Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 25 из 48

Listek dębu

Czasami zachodził do Hanema

Wyczuwałem to zresztą i u i

Więc nawet w samej barwie głosu, w powadze, z jaką odnosili się do spraw, które niewtajemniczonym mogły wydać się błahe, było coś, co ich zbliżało, choć pewnie w sercach skrywali niejedną zadrę. Rozmowa w pokoju na piętrze wiła się kapryśnymi liniami. Zapewne więcej w niej było samej przyjemności wspólnego mówienia niż chęci roztrząsania zawiłych spraw. Preteksty były przypadkowe: codzie

Któregoś popołudnia – było to chyba w maju – pan J. dostrzegł na biurku Hanema

Hanema

Pan J. przewracał jeszcze parę chwil kartki zadrukowane gotyckimi literami, po czym uśmiechnął się. „Bo wie pan, ja jego nawet trochę znałem, no może nie tak znów bardzo, ale kiedyś, gdy byłem w Warszawie, mój przyjaciel ze związku nauczycielskiego, przyjaźniący się z artystami, z poetą Czecho-wiczem, z i

Bo wtedy, przed laty, gdy Hanema

Historia, którą opowiedział pan J., zdarzyła się parę dni po wybuchu wojny, lecz Hanema

Polski generał wydał rozkaz, by wszyscy mężczyźni opuścili bombardowane miasto – już to wydało się Hanema

Malarz i dziewczyna zatrzymali się w małej wsi wśród lasów. Był chory na nerki i wątrobę, zatruł się gdzieś wodą ze studni, bardzo cierpiał, dziewczyna chciała mu pomóc, ale cóż mogła zrobić? Bóle narastały. Puchły nogi i dłonie. Mówił: „Wszystko odpada, bo wszystko odpadnie do końca”. Trzymał ją za rękę. „Ty nie wiesz, jaka to dzicz. Jesteś bezradna. Jesteś słaba. Jesteś dziecko. Beze mnie zginiesz. Lepiej umrzeć razem. Mamy przecież jeden układ krążenia. Jeśli odchodzisz ode mnie, tracę siły”.

Osiemnastego rano powiedział: „Dzisiaj się odłączymy”. Całowała go po rękach, by odwlec decyzję. Wyszli z domu i poszli w stronę lasu. Po drodze wziął przeciwbólową orto-drynę. Usiedli na piasku, przy wielkim dębie. „To będzie tu” – powiedział. Zaczął się żegnać z przyjaciółmi i matką. Chciał się modlić, zaczął „Ojcze nasz”, ale przerwał, bo nie mógł sobie przypomnieć słów. Potem powiedział, że chce wziąć z nią ślub. Kiedyś mówiła, że zgodzi się na ślub tylko pod chloroformem. Palcami dotknął jej powiek tak, że musiała zamknąć oczy. „Teraz daję nam ślub”.

Wyjął cały zapas luminalu, prawie czterdzieści tabletek, w buteleczce miał wodę, nalał do kubeczka i rozpuścił. „To jest porcja dla ciebie”. Wypiła bez lęku. Miał dwie żyletki, jedną podał jej, by użyła jak luminal zadziała. Pokazał, gdzie powi

To było między dwunastą a drugą po południu, dzień wcześniej Rosjanie weszli do Polski – wiedział o tym. Kiedy się obudziła, wschodziło słońce. Dopiero gdy obróciła głowę, zobaczyła, że leży przy niej. W piasku obok prawej dłoni zegarek kieszonkowy, widocznie do końca sprawdzał godzinę. Na szyi mała plamka. Przeciął tętnicę szyjną. Chciała dotknąć tej plamki, uniosła się i wtedy zobaczyła, że ramię i część rękawa ma przesiąknięte krwią. Mokre były wszystkie warstwy ubrania. Nie mogła się utrzymać na nogach. Przewróciła się, ale wydało jej się, że musi go pochować, że on nie może tak tu zostać bezbro

liście, mech i ziemię, żeby wykopać grób. Wygrzebała małą jamkę, bez żadnego kształtu.

„On ciągle myślał o Micińskim – mówiła do pana J. kobieta, która wtedy, we wrześniu, palcami wygrzebywała malarzowi grób. – Pan wie, kto to był Miciński? Słyszał pan o nim? Wielki, bardzo wielki pisarz, którego chłopi zarąbali siekierami w osiemnastym roku pod Czyrykowem, bo myśleli, że schwytali carskiego generała. Nie ma nigdzie jego grobu. On także chciał nie mieć grobu jak Miciński. Powtarzał wiele razy, że to wspaniale, kiedy wszyscy pisarza znają i uważają, że jest wszędzie, gdy tymczasem nic po nim materialnego nie zostało. A ja chciałam wykopać mu grób, krok od niego…”. Pan J. odłożył zieloną książkę: „Dziwi to pana? Że to panu opowiadam?” Hanema

Pan J. pokręcił głową. „On nie chciał przyjąć świata, który nadchodził. Tak samo jak Kleist”. „Myśli pan?…” – Hanema

Ale czy to była prawda? Gałązki brzozy kołysały się za szybą. Hanema