Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 16 из 48

Grottgera 17

Cóż to był za dom! Na wieżyczkę z galeryjką wchodziło się po czarnych schodkach, pod szpiczasty dach z cynkową kulą na szczycie; z góry, przy dobrej pogodzie widziało się pola lotniska, sosnowy las w Brzeźnie, a nad nim daleką błękitniejącą smugę morza. Dachówki prusko-ciemnoczerwone, z mchem w spojeniach, prawdziwie nadwiślańsko-gotycki odcień, a pod każdym oknem linia cegiełek z oliwkową glazurą. Weranda była duża, dwupiętrowa, patrzyło się z niej na ogród, ścieżka z ubitej czarnej ziemi biegła wśród strzyżonych bukszpanów ku żelaznej bramie, pod gęsty cis, który ocieniał grządki obłożone kobaltowymi kafelkami. A dalej ogromna brzoza i szpaler tui. Przed domem srebrzysty świerk – wysoki, z nagim popielatym pniem, kolczaste gałęzie dopiero na wysokości ry

Dębinki, Traugutta, Tuwima, Morska… Gdy Ojciec wieczorami opowiadał o spółce „Antracyt”, w której pracował od stycznia, te nazwy ulic powtarzały się jak nazwy zamorskich krain. „Antracyt”! Właściciele mieli kopalnię pod Gliwicami, dwa szyby, rampa, koksownia. Ojciec zarabiał prawie trzydzieści tysięcy – to było zupełnie dużo, Mama jako instruktorka w szkole pielęgniarskiej miała sześć, nie musieli więc narzekać, właściwie po tym, co przeszli – prawdziwy raj. Ale w lipcu do kantoru na Morskiej przyszło dwóch: „Niech pan podpisze, że firma przechodzi pod zarząd przymusowy”. Ojciec tylko na nich popatrzył: „Nie, ja tego nie podpiszę, bo ja nie jestem właścicielem. Właściciele są w więzieniu”. Pokiwali głowami wyrozumiale. „To pan nie będzie tu pracował”. „To nie będę”.

Taka firma! Bałtycka Spółka Węglowa ze składami bunkrowymi örzy Wiślnej w Nowym Porcie i z własną bocznicą w Porcie Oksywie! Pierwsze formularze, na których Ojciec wypisywał rachunki, zielone, z fioletowymi rubrykami, miały nadruk Herbert Borkowski. Drogen u. Chemikalien-Grosshandlung. Danzig. Brabank 4”. „Za co ich, Józiu, zamknęli?” – zapytała kiedyś Mama. „Jak to za co? Za to, że kapitaliści”.

Delbrück-Allee nie nazywała się już Delbrück-Allee. Do Akademii szło się teraz ulicą Curie-Skłodowskiej, obok baraku Volkssturmu przerobionego na kaplicę, chodnikiem wzdłuż cmentarza, gdzie wieczorami paliło się tylko kilka gazowych latarń i zdarzały się napady na pielęgniarki z nocnego dyżuru. Studenci, których Mama mijała po drodze, chłopcy w prochowcach i wojskowych drelichach bez pagonów, nawoływali się przez jezdnię: „Idziemy na jaskółkę!” Co znaczyło: Idziemy na anatomię porównawczą, do amfiteatralnej sali w budynku na rogu Alei Zwycięstwa, w którym jeszcze nie tak dawno Niemcy robili mydło z zabitych ludzi. Warszawską Szkołę Pielęgniarstwa przy Szpitalu Dzieciątka Jezus, założoną na Koszykowej z funduszy Rockefellera, najpierw przeniesioną do Białego Dunajca, potem do Gdańska, ulokowano w budynku E i Mama była bardzo dumna, że do niej trafiła. W Akademii pracowali też lekarze z Wilna, chirurdzy z wydziału lekarskiego Uniwersytetu Stefana Batorego. Mama wymieniała z szacunkiem nazwiska: doktor Michejda, Piskozub, Jóźkiewicz. Ale też miała trochę żalu. Bo dużo pielęgniarek w Akademii to były Niemki. Takie pod trzydziestkę. Krankenhaus Schwester. Wszystkie nosiły się tak samo: niebieskie długie sukienki, gładkie włosy z przedziałkiem, na plecach skrzyżowane szelki, biały fartuch. I polscy lekarze bardzo lubili z nimi pracować. Może nawet bardziej niż z Polkami. A one traktowały polskie pielęgniarki jak powietrze.

Laboranci Niemcy pracowali też w podziemiach rentgena. Dopiero we wrześniu Mama zobaczyła przed budynkiem C trzy czy cztery ciężarówki. Laboranci stali na chodniku z paczkami i walizkami.

Pod całą Akademią ciągnęły się przeciwlotnicze schrony. Mama mówiła później: „Liczyliśmy się z tym, że pod nami żyją Niemcy. Jedna widziała Niemca, który wyszedł i uciekł. Cały czas nie wiedzieliśmy, co się pod nami dzieje”. Las dookoła był zaminowany. Masę dzieci porozrywało na górkach i w jarze. Z dachu hotelu dla pielęgniarek widać było nieczy

Potem przyjechały szwedzkie pielęgniarki z Uppsali. Przywiozły ubrania, stroje pielęgniarskie i żywność. Trzynastego grudnia urządziły wigilię św. Łucji. Ale Mama dostawała też paczki z UNRRY, dwudziestopięciokilowe, z czekoladą i „Ca-melami”, można to było wymienić na kawę albo kakao. W biurze UNRRY na Morskiej pracował pan Szczepkowski, którego znała jeszcze z obozu przejściowego w Pruszkowie, więc udawało się czasem zdobyć coś i dla Hanema

Hanema

Zdziwiła się na jego widok: „To pan nie wyjechał?” Ale Hanema

Nazajutrz Hanema

Wszystko zmieniło się dopiero we wrześniu, gdy do drzwi mieszkania na piętrze przy Lessingstrasse 17 (która teraz nazywała się ulicą Grottgera) zapukała pani Ch. z ulicy Obrońców Westerplatte 12. Hanema

„Niech się Andrzejek nauczy po niemiecku – mówiła do męża pani Ch. – Zobaczysz, oni tu jeszcze wrócą z Anglikami i Amerykanami, to mu się przyda”. Pan Ch. nie podzielał tej wiary, ale pieniądze dał. Miało to ten skutek, że Hanema

Nie spotykał się też już z panią Stein pod ceglanym murem hali targowej obok skrzynek z pokruszonym lodem, w których rybacy z Jelitkowa i Brzeźna wystawiali na sprzedaż świeże dorsze, odwiedził ją jednak parę razy na Ahornweg, która teraz nazywała się ulicą Klonową. Nie zawsze to były wizyty przyjemne. Panią Stein drażniły hałasy dobiegające z podwórza, krzyki, zaczepki. Ale nade wszystko nie mogła ścierpieć zapachów w sieni. Na ścianach klatki schodowej zakwitały żółte plamy, których ilość rosła w sobotnie wieczory. Dawniej, gdy po Mirchauer Weg spacerował posterunkowy Gustaw Joppe, syn właściciela stolarni na Joha

A jednak, gdy spotkał ją kiedyś na Mirchauer Weg w towarzystwie szpakowatego pana z laseczką, odpowiedziała na ukłon uśmiechem. Miała na głowie nowy czarny kapelusz ze srebrną broszką. Hanema