Страница 15 из 48
Lawenda
Zeszli na parter. Drzwi z mosiężną tabliczką „E. A. Walma
W mieszkaniu było zimno. Gdy w lustrze zobaczyli swoje przymglone odbicia, Ojciec powiedział półgłosem, jakby nie chciał obudzić kogoś, kto śpi za drzwiami: „Jak myślisz, ile tu może być pokoi?” Mama poczuła się nieswojo na widok haków od dziecięcej huśtawki we framudze drzwi. Po prawej, zza mlecznych szybek, przenikało światło, więc pewnie musiały tam być drzwi do kuchni. Przy gazomierzu wisiał pęk kluczy. Sięgnęła ręką: dwa małe, mosiężne i jeden długi, żelazny, na drucianym kółku. Pod sufitem rury centralnego ogrzewania. Linoleum czyste. Tylko trochę zaschniętych śladów przy drzwiach.
Ojciec objął Mamę ramieniem: „Chodź, najpierw zobaczmy kuchnię”. Ale Mama przypomniawszy coś sobie, wyjęła z plecaka blaszaną mydelniczkę i płócie
Drzwi łazienki były polakierowane na biało. Na szybie wąskiego okna szklił się mróz. W rowku wyżłobionym w parapecie dla odpływu wody deszczowej – warstewka lodu. W powietrzu obcy, lawendowy – jak jej się wydało – zapach, zmieszany z wonią wyziębionego wnętrza. Tak jakby weszła do hotelowej łazienki: ciekawość koloru kafelków, obawa przed śladami rdzy na wa
W oknie kuchni zasłonki obszyte koronką. Podłoga z desek. Biały parapet. Od razu przekręciła mosiężny kran nad zlewem, by sprawdzić, czy i tu też jest woda. Wiatrak, wyhaftowany niebieską nitką na białym płótnie ozdabiał ścianę nad stołem, gotyckie litery były trochę przekrzywione, więc poprawiła nierówną krawędź makatki. Ojciec widząc, jak czule wygładziła rozwieszone płótno, uśmiechnął się znad otwartego paleniska, w którym postukiwał pogrzebaczem o żelazne ruszty: „Piec jest chyba dobry”. Fajerki leżały na płycie. Poczuła zapach wilgotnego żużlu i siwego popiołu. Kafle pieca były białe, zupełnie gładkie, z kremowym odcieniem. „Zobacz – Ojciec mrużył oczy – tu jest centralne. A tu, z tej strony, piekarnik. Ale chyba trzeba będzie palić drewnem. Bo palenisko bardzo małe”.
Otworzyła drzwiczki mahoniowego kredensu. Brzęk kryształowych szybek. Za szkłem, wśród kieliszków z kobaltowego szkła i małych dzbanków z napisem „Pfeffer”, „Salz”, „Zucker”, bielił się owal wazy na zupę z pokrywką w kształcie chińskiej pagody, smużkami błękitu wymalowano też morze i małą dżonkę z brązowym żaglem. Gdy uniosła pokrywkę, na zakurzonej porcelanie obok znaku firmowego Rosenthal został ciemniejszy ślad palca – jak okrągły stempelek na kremowej kopercie.
Zaczęła wyjmować rzeczy z plecaka. Układała je powoli na stole nakrytym białą ceratą. Gruby sweter, jeszcze z powstania, narciarskie spodnie, które dał jej pan Z., gdy Ukraińcy wchodzili na Żoliborz, blaszany kubek od cioci Heli z Koszykowej, butelka z porcelanowym korkiem (resztka zimnej herbaty na dnie), dwie łyżki, nóż („Gerlach” – od sióstr z Szymanowa), I koszula Ojca z UNRRY, płócie
Lecz Ojciec odwrócił głowę, by nie patrzeć na to czułe, ostrożne układanie na stole rzeczy, które ocalały. Z piwnicy przyniósł trochę węgla w blaszanym pudle po kostkach „Maggi”, spod kredensu wyciągnął równo ułożony stos pożółkłej „Völkischer Beobachter”, połamał sosnowe trzaski i podpalał. Huczało, ogień miał dobry cug. Mama, przykładając dłonie do rozgrzewających się kafli, coś zamruczała pod nosem, Ojciec pogłaskał ją po włosach, udając, że nie dosłyszał, uśmiechnięta, przymknęła oczy, chciał, żeby powtórzyła, ale tylko pokręciła głową.
Gdy weszła do środkowego pokoju, aż cofnęła się na widok swojego odbicia, które wybiegło ku niej z okrągłego lustra wprawionego w drzwi orzechowej szafy. Ściany były w ładnym herbacianym kolorze. Na obrazie w złotych ramach, który wisiał nad otomaną, płonął czerwienią chmur zachód słońca na plaży w Glettkau; gdy podeszła bliżej, by przyjrzeć się morskiej scenie, w prawym dolnym rogu, niedaleko słupów białego mola, przy których został namalowany mały parowiec, dostrzegła podpis: „L. Schneider”. Leciutko przeciągnęła wskazującym palcem po płótnie, ale kurzu było niewiele. Zdmuchując kurz z palca, podeszła do okna. Przesunęła dłonią po wygiętym, zimnym korpusie maszyny do szycia „Singer”, potem, czując narastające zmęczenie, usiadła na otomanie i dopiero teraz, oparłszy głowę na miękkim oparciu, które pachniało pluszem i suchą morską trawą, odetchnęła głęboko. Na stole stał kryształowy flakon z papierową różą. Od razu pomyślała, ze trzeba to wyrzucić, ale najpierw położyła papierowy kwiat na bambusową etażerkę, później na szafę. Przygniatany walizkami i pakunkami, miał tam przeleżeć całe lata, aż stracił płatki i listki, a z owiniętej zieloną bibułką łodygi zostały tylko sczerniałe druty.
Otworzyła szafę pełną białej i niebieskiej bielizny, równo ułożonej na półkach. Lawenda? Uniosła krawędź świeżo uprasowanego prześcieradła, rozchylając chłodny materiał: na gładkim płótnie z monogramem „W” leżało parę kruchych płatków dzikiej róży. Takie płatki, zrywane z krzewu rosnącego pod brzozą w kącie ogrodu, wkładała później do świeżo upranych poszew i prześcieradeł.
Potem Ojciec rozpalił ogień pod żelaznym kotłem w pralni, włożył do gorącej wody poszwy i prześcieradła, które wyjęła z szafy – mimo że wszystko było czyste i świeżo wy krochmalone – lecz chociaż gotowało się to parę godzin, chłodna świeżość – i
I gdy wieczorem położyli się w środkowym pokoju na przesłanym łóżku – Mama w swojej koszuli nocnej z domu na Nowogrodzkiej, Ojciec w pasiastej piżamie z UNRRY – te dwa obce zapachy, zapach podwarszawskiego prześcieradła i zapach poszwy z niebieskim monogramem „W”, którą Elsa Walma
Nie mogli zasnąć. W górze słychać było kroki mężczyzny, który mieszkał nad nimi. Z fotogram, wiszącej przy drzwiach, patrzyły na nich dwie poważne dziewczynki w słomkowych kapeluszach, w sukienkach z marszczonego batystu, stojące na molo w Zoppot obok mężczyzny w mundurze pocztowca i młodej pani w plisowanej sukience z okrągłym kołnierzykiem. Ojciec wstał, ostrożnie zdjął zdjęcie z gwoździa, zdmuchnął pajęczynę z jaśniejszego prostokąta, który został na herbacianej tapecie, obejrzał odwrotną stronę z nadrukiem „Ballerstaedt. Photograph. Atelier” (przy nadruku był atramentowy dopisek „Juli 1938”) i włożył je do dolnej szuflady w orzechowej szafie, w której oprócz zeszytów zapisanych równym dziecięcym pismem leżał atlas świata Westerma
Dopiero gdy o północy Mama stanęła w wa