Страница 2 из 21
o penisa posługuje się tym, co akurat ma pod ręką – a to nożem, a to długopisikiem. Można by pomyśleć, że wydawanie książek – żmudniejsze od redagowania gazet – zniechęca poprawiaczy do wpisywania własnych koncepcji (na przykład teologicznych) w tekst autora. Ale gdzie tam. Ostatnia korekta, wszystko przejrzane kilka razy, bezbłędne, książka idzie do drukarni i w nowiutkim egzemplarzu Kabaretu metafizycznego w zdaniu: „Chrystus nas zbawił, to już wielki cud, ale kto nas teraz zabawi?”, słowo „zabawi” zmieniono na „zbawi”. Zdanie traci sens, lecz zyskuje głębię metafizyczną, ba – heretycką. Nie sądzę, żebym miała szczególnego pecha korekcyjnego do Jezusa Chrystusa. Podejrzewam, że w tak religijnym kraju jak Polska każdy (poprawiacz) ma swoje poglądy na temat roli Mesjasza w tekście i gdzie indziej.
Najciekawiej jest prześledzić, w jaki sposób pracują zawodowi poprawiacze z języka na język, czyli tłumacze. Nie uwłaczając ich profesji, przypomina to niekiedy pracę anegdotycznej telefonistki z hotelu, która zrozumiawszy złożone po angielsku zamówienie dwóch herbat do pokoju numer dwa jako „Tu ti tu tu”, odpowiedziała: „A tu titaka”. Dostałam do przejrzenia francuskie tłumaczenie jednej z moich książek, przy którym pracowała pani znająca polski i pan nie mówiący ani słowa w języku słowiańskim, ale za to poeta. Zasłużone paryskie wydawnictwo, tak więc i ja z pełnym szacunkiem zasiadłam do lektury. Czytając, zdałam sobie z przerażeniem sprawę, że nie jest to tłumaczenie, lecz wytłumaczenie. W polskiej wersji bohater wstrzykuje sobie lizol, wzbudzając tym ciekawość przyjaciół, czy można przeżyć z lizolem we krwi. Francuska tłumaczka nie miała pojęcia, czym jest lizol, we Francji nazywa się on poetycko Veau de javel. Na szczęście współpracujący z nią poeta nie poszedł dalej tropem skojarzeń językowych i nie wymyślili czegoś z „lizaniem”. Tłumaczka zajrzała do słownika, gdzie znalazła wyjaśnienie, że lizol to jakiś kwas, i to skojarzyła zapewne z i
„Wprost” 1998, nr 3
Konsul Piłat i i
Przyjęcia w ambasadach są celebrowane, jakby chciano ratować ginący gatunek gości dyplomatycznych. Gdy państwo ambasadorostwo z akcentem narodowym i językowym witają przesuwających się rządkiem pana i panią X, pana i panią Y – przypomina to wstępowanie par do arki Noego.
O wiele ciekawsze są konsulaty, gdzie bez zderzaków etykiety tubylcy muszą sobie radzić z tambylcami. Zanim moim hobby stało się ich zwiedzanie, musiałam przejść przez polski konsulat w Paryżu. Poprosiłam nowego, postkomunistycznego urzędnika o paszport, bo od kilku lat byłam bezprizornaja. Konsul, zadowolony, że w jego placówce chcę trwać przy polskości, miał jednak kłopot: chciałam ten paszport na następny dzień, gdyż zaraz miałam jechać do Włoch. Licytacja trwała krótko. On wyłożył formularze, a ja bilet do Rzymu. „Drogi konsulu, jeżeli nie dostanę paszportu od razu, i tak pojadę na cudzy. Mam koleżankę, też blondynkę, a we Włoszech una bionda jest identyczna z i
Chiński konsulat już na początek proponuje reedukację z europejskiej niecierpliwości: wiza nazajutrz – 80 zł, po kilku dniach czekania – 50 zł, po tygodniu – za darmo. Ostatnim konsulatem w książce telefonicznej był Zair, ale właśnie przeskoczył na pozycję „K” Zjawiłam się na Hożej, w budynku, naprzeciw którego urodził się autor Bzika tropikalnego – Witkacy. Konsul w nienaga
Czy istnieje konsulat doskonały? Na razie nie, ale niebawem powstanie prawdziwie ludzki. Jeśli za jakiś czas dogadamy się z i
„Wprost” 1997, nr 38
Chorobliwie zdrowy kraj
Żeby porównać kraje, zaczyna się od początku – dochód, liczba obywateli (żywych), a nie od końca, czyli od cmentarza. Ale bywają cmentarze statystycznie jednakowe: jeżeli pierwszego listopada zapala się lampki, to w państwie demokratyczno-luterańskim, jakim jest Szwecja, każdy grób będzie miał swoją świeczkę zafundowaną przez parafię. Równi za życia, jednakowo oświetleni po śmierci, skoro wszyscy płacą podatki na państwo i Kościół.
I trudno powiedzieć, czy protestanckie poczucie powi
Oczywiście za luksusowe szwedzkie domy spokojnej starości ktoś zapłacił. Najczęściej mówi się, że dobrobyt zarabiający na szwedzkiej neutralności w czasie wojny. Ale ten dobrobyt ma coraz mniej spokojne sumienie. „Neutralność była pasywnym przyglądaniem się cudzemu cierpieniu” – jak to określiła szefowa szwedzkich feministek. Za neutralność się płaci, ale niekoniecznie się na niej traci, jeśli za rudę po alchemicznej przemianie bankowej dostawało się od hitlerowców złoto. Dopiero teraz, przy okazji afery ujawniania kont w szwajcarskich bankach, można się dowiedzieć coś niecoś o szwedzkich finansach podczas wojny. O transferze skradzionych przez nazistów dzieł sztuki, o tym, że niemieckie banki sprzedawały szwedzkim złoto odsprzedawane następnie dentystom. Złoto przechodzi więc nie tylko z rąk do rąk, ale i z ust do ust.