Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 16 из 21

Debiutowała pani w „bruLionie”. Jak pani to wspomina, czy i z tą grupą nadal czuje się pani jakoś związana?

Tak, ale ja wyrosłam z „brulionu”.

Jak pani to rozumie?

Wyrosłam z „brulionu” Kropka.

A jednak nadal istotna dla pani pozostała poetyka skandalu i prowokacji. Co pani chce dzięki niej osiągnąć? W pani powieściach często pojawiają się elementy, które można określić mianem obscenicznych – malowanie obrazów krwią menstruacyjną, odgryzanie łechtaczki… Pierwszą książkę dedykowała pani swojemu psu, drugą swojej żonie… W dodatku na okładce zamieściła pani bardzo pochlebny list Czesława Miłosza.

Następną dedykuję samej sobie.Na pewno.A list Miłosza zamieścił wydawca,nie ja. To był warunek wydrukowania książki. Jeśli chodzi o skandal, to jest mi naprawdę bardzo przykro, że ludzie tak to odbierają. Czuję się niewi

Uważam, że dużo bardziej skandaliczne jest życie w tym kraju. I temu nikt się nie dziwi, nikt się nie oburza. Ten kraj jest dla mnie nadal głęboko nienormalny. Sądzę, że najbardziej był sobą pod zaborami, stąd ta niezwykła erupcja talentów. Istotą tego narodu był język. A sam kraj istniał tylko, będąc otoczony granicami, sam w sobie stanowiąc cudowną rozpierduchę. I chwała Bogu, że tak jest. Bo taki kraj w świecie się przyda.

A jednak pani tu wróciła…

Nie chcę powiedzieć, że ten kraj jest upiorny – jest ciekawy, a to, co ciekawe, mnie ciekawi. Ja tu nie wróciłam, ale przyjechałam na jakiś czas. Chcę jeszcze coś zobaczyć, jeszcze gdzieś się zagnieździć. Mogę być wszędzie, gdzie mam pracę, przyjaciół i mogę pisać. Na razie jest tutaj. Tak jak kiedyś tutaj było Francją. Nie czuję się ograniczona Polską, bo ten kraj jest nieograniczonością.

Paryż w pani twórczości to miasto emigrantów. Ciekawe w tym obrazie jest to, że brakuje w nim tej „wielkiej”, polskiej emigracji. Dlaczego?

Co znaczy wielka?

Biorę to słowo w cudzysłów… Miałam na myśli środowisko „Kultury”, jeszcze do niedawna – „Zeszytów Literackich”.

Ale to ja jestem teraz wielka emigracja. Paryż nowy, młody, prócz jednego czy dwu poetów (nie mówię tu o ludziach z „Kultury”), to jestem ja. Więc tego wcale nie brakuje.

Nie jest już chyba pani emigrantem…

Ja się nigdy nie czułam emigrantem. Przynajmniej od kilku lat we współczesnej Europie to pojęcie nie ma już żadnego znaczenia. Kojarzy się jedynie z Trzecim Światem.

W pani ostatniej powieści Giugiu mówi: „Prawdziwa sztuka się skończyła. Można jedynie rozwijać osiągnięcia mistrzów”. Co pani myśli o zdaniu swego bohatera?

Najlepiej byłoby przeprowadzić wywiad z Giugiu, bo to on je wypowiada…

Ale jest on jednak pani kreacją…

Tak, ale jedna kreacja może powiedzieć: „kończę książkę”, a druga – „a ja ją zaczynam”. Książka ma dialogi, więc wszystko dzieje się w jakiejś dialektyce – tak i nie. Druga postać mówi zupełnie co i

Kompletnie mnie to nie interesuje. O kryzysie powieści piszą ludzie, którzy przeżywają kryzys w widzeniu świata. Nie potrafią oni dostrzec tego, co się zmienia – na lepsze albo na gorsze – ale się zmienia. Wtedy nie ma stagnacji ani kryzysu. To, czy powieść się skończyła, nie ma nic wspólnego z tym, czy będę pisać, czy nie. Co się kończy? Wrażliwość? Paradoksy? Nieskończoność? Jak mam potrzebę, to piszę. Cudowne zdanie ostatnio widziałam w filmie Dereka Jarmana Blue: „Pamiętasz przykazanie „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”, a mimo to zasiadasz przed pustą kartką”. Zastanawiam się nad tym, co piszę w danym momencie, i musi się to dziać bez dystansu. Gdyby tak nie było, pisałabym o tym, czy powieść się skończyła, a ten problem zupełnie mnie nie zajmuje.

Budowa pani powieści jednak jest dość specyficzna, składają się na nie wypowiedzi o charakterze dyskursu naukowego, czasem felietony, ostatnią skonstruowała pani z samych dygresji, a jeśli potraktujemy do końca serio układ graficzny, to nawet z samych przypisów. Czy sądzi pani, że inaczej już pisać się nie da?

Na pewno można pisać inaczej. Pełne księgarnie książek. Jednak ja mogę się zastanawiać jedynie nad tym, czy ja potrafię inaczej pisać. Pierwsza książka – My zdies’ emigranty – była jakimś pseudopamiętnikiem, to zbiór artykułów plus moja praca magisterska. Uważałam, że w i

Jestem kobietą. Nie mam jednak nic wspólnego z żadnym feminizmem. Feminizm jest ograniczeniem. Ja uważam się za pisarza ultrawierzącego. Moje książki mówią o wszystkich wiarach i wszystkich religiach. Niektórzy mogą się śmiać, bo tam jest i chuj, i cipa, i i

Piszę ciałem, więc musi odgrywać… Biorę długopis do ręki, a ręka to przecież kawał żywego mięsa.

Często stosuje pani zabieg charakterystyczny dla postmodernizmu, łącząc i traktując równorzędnie fikcję literacką (w My zdies’ emigranty pamiętnik bohaterki) z tekstem dyskursywnym (praca magisterska o Marii Magdalenie)…

I to jest postmodernizm?!

No, tak jakby… Obydwie formy wypowiedzi to jedynie hipotezy sensu…

To ja tego, kurwa, nie wiedziałam. Czuję się jak bohater Moliera – podobnie jak on nie wiedziałam, że mówię prozą… Pod postmodernizm można wszystko podciągnąć, to słowo działa jak wytrych. Ja mówię postmodernizm zamiast głupota. Tak zwani intelektualiści traktują to jako przerywnik, jak przecinek, dla nich ma takie samo znaczenie, jak kurwa dla prostaków. Ja jednak nadal wolę słowo kurwa niż postmodernizm.

Jednak musiała pani dokonać świadomie tego zabiegu: zetknięcia tekstu dyskursywnego z wątkiem fikcji literackiej…

Pisze się szalenie świadomie, to jest nawet nadświadomość. Moje książki są jednak w pewnym stopniu skonstruowane nieświadomie, bo nadświadomość jest nieświadomością. Nie siadam do pisania z założeniem, że ja teraz przywalę postmodernizmem. Nie. Piszę, bo mam w sobie coś do opisania, a nie ilustruję nurtu, który jedni nazywają postmodernizmem, i

Czy zgodziłaby się pani ze zdaniem, że na przestrzeni tych trzech powieści dokonuje się przejście od optymizmu i afirmacji pewnych wartości…

Chrześcijańskich.

Tak, ja akurat miałam tu na myśli rodzinę i małżeństwo w My zdies’ emigranty – do rozpadu wartości i pesymizmu Kabaretu metafizycznego.

Nie. Ta droga wiedzie od wartości chrześcijańskich do superchrześcijańskich. Chrześcijaństwo wcale nie jest optymistyczne, Chrystus umarł na krzyżu i choć zmartwychwstał, to wszystko kończy się Apokalipsą i Sądem Ostatecznym. Może być wiara radosna, ale wiedza o niej niekoniecznie.

Uważam, że rozpad – noc czarna mistyków – dokądś prowadzi. To jest adekwatne do stanu wiary. Można być człowiekiem głęboko wierzącym poprzez zdanie sobie sprawy z rozpadu, z marności tego, co istnieje. I do tego w jakiś sposób prowadzi chrześcijaństwo. Mówi: uświadom sobie, że wszystko jest zgnilizną, rozpadem, wszystko znika, a istnieje duch czy życie wieczne. Tak mówi chrześcijaństwo. To jest pogłębienie wartości, a nie rozpad.

Co dla pani jest najistotniejsze w chrześcijaństwie?

Samo chrześcijaństwo.

W My zdies’ emigranty można zauważyć, rzecz jasna, będąc uważnym czytelnikiem, strukturę dwudzielną, w Tarocie paryskim – układ koła, Kabaret metafizyczny – to powieść rozpadająca się na elementy… Co będzie dalej?