Страница 98 из 182
24 XII
Otumaniona chorobą. Spycham sprayem przeziębienie z obolałego gardła w oskrzela. Przełykam, wykasłuję potwornym bólem. Ze względu na Połę nie biorę nic poza miodem i cytryną. Mama z Siostrą pichcą wigilię. Wyganiają mnie z kuchni:
– Zasmarkasz, zarazisz.
Kładę się, zamieniając się w roślinę. Przez korę (zaskorupiałe smarki, zatykające mózg) słyszę wspomnienia Ojca z oflagu albo stalagu. Siostrzeniec wkuwa niemiecki i pyta o słówka. Kot ułożył się mi na głowie. Nie można paść pośrodku życia rodzi
Z telewizyjnych kolęd, choinek i bombek wychyla się Glemp. Jasełkowy gwiazdor. Głosi o „kwalifikacjach na chrześcijanina”. Nie, nie mam kwalifikacji go słuchać. Pasterz dusz, bo nie inteligencji (w Polsce zaledwie czteroprocentowej). Duszy obojętne, co słyszy, nie ma uszu. Marzenie o Lustigerze… czemu nie on prymasem Polski? Błyskotliwy przechrzta, nauczający katolików?
Siostrzeniec przyniósł z kościoła różowy opłatek „dla braci mniejszych”: dla naszego kota i Gustawa – jamnika sąsiadów. Sprzedawano w kruchcie. Smaczny, na wołowince.
Piotr idzie na dyżur. Dzwonię go „ucałować”.
– Buzi – chrypię.
– A kto ty jesteś? – słyszę, jak czule się pochyla nad nieznanym dzieckiem.
– Polak mały, kurwa – przebiłam się przez chrypę.
– Nie poznałem… mój Boże, co ci jest? Byłaś u lekarza?
– Wyzdrowieję… nie mam temperatury… lekarz… nie wyjdę z domu.
– A nie można wezwać? Co miesiąc jest u was karetka.
– Wiesz, nie pomyślałam…
– Ty rzeczywiście jesteś chora. Wracaj jak najszybciej, w Polsce nie da się żyć, tam się umiera.
– (Zatyka mnie z kataru i złości).
Kolacje wigilijne u nas mają nastrój Ostatniej Wieczerzy. Może widzimy się ostatni raz? W przyszłym roku dodatkowe puste nakrycie… nie dla wędrowca, który przyszedł, ale dla tego, który odejdzie.
Nocą, podrzucana kaszlem na skrzypiącym polowym łóżeczku, tęsknię za Pietuszką – moim „środowiskiem naturalnym”. Do ciszy naszego domu. Cisza jest chyba największym meblem, przy niej nie ma miejsca na ludzi.
Martwię się Mamą. Po dwóch zawałach i teraz Świętach ledwo się rusza. Z trudem oddycha. Parę miesięcy temu groził jej trzeci zawał (zawsze grozi), więc wysłali ją do szpitala na by – passy. Przetkali żyły, stwierdzając totalną miażdżycę. Lekarz powiedział:
– Ma pani świeczkę u Pana Boga.
Mama po zabiegu, jeszcze z rurą w gardle, nie mogła zapytać, co za świeczka. Zrozumiała to po swojemu, że czas umierać. Popłakała się. Przyszedł do jej pokoju drugi lekarz i też coś o świeczce. Mama otarła łzy.
– Przez tyle lat praktyki widzę trzeci raz podobny przypadek. Pani nie płacze, pani Gretkowska, ma pani chyba wielkie zasługi w niebie. Nie trzeba by – passów, urósł pani drugi, zastępczy obieg krwionośny. To dzięki niemu pani serce żyje.
Po czterdziestu latach małżeństwa Rodzicom wspólny obieg miłosny przerósł chyba we wspólny obieg sercowo – zdrowotny. Są najszczęśliwsi, kiedy dostają razem skierowanie do szpitala. Nie muszą się rozstawać. Zabierają ze sobą szlafroki, papcie, książki i szachy. Po powrocie idą do miejskiej biblioteki i to zdrowsze wspina się na drugie piętro po nowy zapas książek. Bardziej chorowite czeka na dole i się dotlenia.