Страница 93 из 123
Frankfurt nad Menem, środa po południu
Małgorzato,
jeśli dusze ludzkie po śmierci faktycznie przechodzą do jakichś i
Jeśli na straży tych różnych światów Stwórca postawił świętych, to z pewnością w świecie Kinseya i Wisłockiej strażnikiem jest święty Augustyn. Przyzna Pani, że wybór Augustyna byłby dowodem wielkiej mądrości Stwórcy, prawda? Pamiętam do dzisiaj jeden z Pani felietonów do „Wprost” z początku 2003 roku, w którym cytowała Pani sły
Po okresie bardzo rozwiązłej młodości (z tego okresu pochodzi powyższy cytat) święty Augustyn się nawrócił i stał się bardzo gorliwym neofitą. Jego nauki są do dzisiaj (to już grubo ponad 1500 lat) inspiracją ultrakonserwatywnej teologii moralnej. Jej głównym założeniem było zerwanie z ideą manicheizmu, według której świat jest miejscem nieprzerwanej bitwy między siłami dobra i zła, światła i ciemności. Święty Augustyn, który przed przejściem na chrześcijaństwo sam był zagorzałym manichejczykiem, zaczął w pewnym momencie swojego życia z pasją zwalczać dawną wiarę. Odmówił złu wszelkiej realności i zaczął głosić, że zło jest po prostu brakiem dobra, a nie samodzielnym, niezależnym bytem. Podobnie jak ciemność jest niczym i
Nie kto i
Ciągle mam w swoim księgozbiorze (przewiezionym z Polski) bardzo zniszczoną i bardzo „wyczytane” „Sztukę kochania” Wisłockiej. Nie przypominam sobie, aby moje córki kiedykolwiek miały (do wczoraj) ją w rękach, chociaż stała dostępna na półce i powi
Dla mnie ta książka jest symbolem. Gdy wyszła po licznych perypetiach (dowiedziałem się o tym z ostatniego wywiadu z Wisłocką udzielonego kilka miesięcy przed śmiercią) w 1976 roku (miałem wtedy 22 lata), była sztandarowym znakiem zmian zachodzących wtedy w Polsce. Peweksy, małe fiaty, fotografie nagich kobiet na ostatniej stronie studenckiego miesięcznika „ITD” (przez pewien czas bardzo wtedy jeszcze młody, szczupły i socjalistyczny Aleksander Kwaśniewski był redaktorem naczelnym tego miesięcznika) i Wisłocka – substytut wolności w Polsce należącej wtedy do Układu Warszawskiego. Ludzie, naczytawszy się zachła
W „maluchach” robili to samo co Amerykanie na tylnych siedzeniach swoich wielkich jak czołgi cadillaców. Zapalali potem cienkiego, czarnego More'a i chwilowo czuli się wyzwoleni. Jeśli kobiety nie miały na tylnym siedzeniu małego fiata orgazmu, to po powrocie do swoich M2, M3 lub M4 w blokach z betonu, w których nie ma wolnej miłości, otwierały na powrót książkę Wisłockiej i dowiadywały się, że „brak orgazmu zdarza się kobietom bardzo często”. Gdy mężczyźni mieli zaburzenia erekcji lub przedwczesne wytryski, to zrzucali to na sytuację, smród benzyny i oleju dochodzący z komory silnika umieszczonego zaraz za siedzeniem albo brak miejsca w samochodzie. Kobiety nie dość, że martwiły się brakiem swojego orgazmu, martwiły się również dysfunkcją erekcji lub eiaculatio praecox swoich partnerów z tylnego siedzenia. Wisłocka i w tej materii je uspokajała.
Michalina Wisłocka była pierwszą prawdziwą polską nauczycielką seksuologii. Może nawet (na początku) o tym nie wiedziała. Jej książka była oprócz wszystkiego także podręcznikiem. Nowoczesnym i na tamte, i jak się okazuje także na te czasy, jedynym prawdziwie uczciwym. Jakże i
(1) pigułka antykoncepcyjna całkowicie rozregulowuje naturalne mechanizmy funkcjonowania kobiety;
(2) masturbacja może być przyczyną niedorozwoju lub i
Przerzucałem kartki tego „podręcznika” i czekałem z niecierpliwością na fragmenty o tym, że mężczyznom od masturbacji robią się na dłoniach czyraki, kobietom od seksu oralnego wypadają zęby, a prezerwatywy regularnie stosowane powodują łupież lub w skrajnych przypadkach ślepotę. Na szczęście nie trafiłem. Ale cenzura, jak widać, ciągle istnieje…
„Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej nigdy nie była dla mnie tylko zimnym poradnikiem. Pamiętam, że gdy już otrząsnąłem się z pierwszego hormonalnego podniecenia wywołanego tą książką, zrozumiałem, że jest ona także o tym, jak kochać. Pełna ciepła, serdeczności i wyrozumiałości.
Jestem pewny, że gdy Św. Augustyn oddali się na chwilę, Kinsey szepnie do ucha Wisłockiej, że bardzo jej zazdrości. I że wcale nie chodzi mu o te niewiarygodne siedem milionów sprzedanych egzemplarzy „Sztuki kochania” (nie licząc pirackich dodruków), ale że najbardziej zazdrości jej jednego: że udało się jej napisać o miłości. Nie raport, ale książkę…
Serdeczności,
JLW