Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 9 из 55

Stał znowu w pustym miejscu, przed nim olbrzymiał kopulasty zwał ślimacznicy, grad ostygłych już całkiem w czasie długiej wędrówki czarnych przedmiotów runął z góry w jej objęcia. Doktor obszedł pobocze ślimacznicy, bo już wiedział, z której strony należy oczekiwać porodu - i oto znalazł się obok ludzi otaczających Inżyniera, który wciąż jeszcze badał czarny przedmiot, podczas kiedy pękający, wielki bąbel bluzgał właśnie „gotową produkcją” do sformowanej na nowo w zagłębieniu niecki.

– Halo! Możecie się nie fatygować! Już wszystko wiem! I zaraz wam powiem! - krzyknął Doktor.

– Gdzie byłeś? Zaczynałem się już niepokoić - odezwał się Koordynator. - Naprawdę coś odkryłeś? Bo Inżynier nic nie wie.

– Żeby to nic! Nie byłoby tak źle! - warknął Inżynier. Stanął na równe nogi, trącił wściekle czarny przedmiot i zmierzył Doktora gniewnym spojrzeniem.

– No i co takiego odkryłeś?

– Więc to jest tak - powiedział z dziwnym uśmiechem Doktor - te rzeczy wciągane są tam - pokazał rozwierającą się właśnie paszczę ryja - o, teraz ona rozgrzeje się w środku, widzicie? - teraz wszystkie się stopią - wymieszają - pojadą na górę porcjami, tam się zaczyna ich obróbka, kiedy są jeszcze trochę wiśniowe od gorąca, lecą na dół, pod ziemię, tam musi być jeszcze jedna kondygnacja, i znów coś im się tam robi, wracają taką studnią tutaj całkiem blade, ale jeszcze świecące, robią wycieczkę pod sam dach, wpadają do tego bochna - wskazał ślimacznicę - potem do „składu gotowej produkcji”, z niego jadą na powrót do ryja, roztapiają się w nim, i tak w kółko - bez końca - formują się, kształtują, roztapiają, formują się.

– Zwariowałeś? - szeptem powiedział Inżynier. Na czoło wystąpiły mu grube krople potu.

– Nie wierzysz? Możesz sprawdzić sam.

Inżynier sprawdził - dwa razy. Trwało to dobrą godzinę. Kiedy znaleźli się na powrót przy niecce, którą wypełniała właśnie nowa, porządkująca się w czworobok porcja „końcowego produktu”, zaczął zapadać zmierzch i w hali zrobiło się szaro.

Inżynier wyglądał jak obłąkany - trząsł się od złości, przez jego twarz przelatywały skurcze, i

– Musimy wyjść stąd zaraz - powiedział Koordynator - po ciemku może być ciężko. Wziął Inżyniera za ramię. Ten dał się pociągnąć, bezwolny, naraz wyrwał mu się, podskoczył do czarnego przedmiotu, który zostawili, i podźwignął go z trudem.

– Chcesz to zabrać? - powiedział Koordynator. - Dobrze. Chłopcy, pomóżcie mu.

Fizyk chwycił uszate występy, we dwóch nieśli z Inżynierem niekształtny czarny przedmiot. Tak dotarli do zaklęsłej granicy pomieszczenia. Doktor spokojnie ruszył na lśniącą syropowato ścianę „wodospadu” - i znalazł się na równinie, w chłodnym powietrzu wieczoru. Z rozkoszą wciągał głęboko w płuca podmuchy wiatru. I

Rozpalili kocher, zagrzali trochę wody, rozpuścili w niej mięsny koncentrat i zabrali się do jedzenia, bardzo zgłodniali. Jedli w milczeniu. Tymczasem zrobiło się zupełnie ciemno, wystąpiły gwiazdy, ich blask potężniał nieomal z każdą chwilą, niewyraźne chaszcze dalekiego zagajnika roztopiły się w mroku, już tylko błękitnawy płomień kuchenki, poruszany łagodnymi powiewami, dawał nieco światła. Wysoka ściana hali za ich plecami, pogrążona w nocy, nie wydawała najlżejszego odgłosu, nie było nawet widać, czy dalej płyną po niej poziome fale.

– Ciemno robi się tu jak u nas w tropikach - powiedział Chemik - spadliśmy w strefie równikowej, co?

– Zdaje się, że tak - odparł Koordynator - chociaż nie znam nawet nachylenia planety do ekliptyki.

– Jak to? Ależ musi być znane?

– Oczywiście. Dane są na statku.

Zamilkli. Chwytał nocny ziąb, okryli się więc kocami, a Fizyk wziął się do stawiania namiotu. Napompował płachtę, aż stanęła sztywna, podobna do spłaszczonej półkuli z niewielkim włazem nad samą ziemią, szukał w pobliżu jakichś kamieni, którymi dałoby się przycisnąć brzegi namiotu, aby go nie porwał wiatr - mieli kołki, ale nie było ich czym wbijać - natykał się jednak tylko na drobne okruchy i wrócił do siedzących wokół błękitnawego ogienka z pustymi rękami.

Naraz wzrok jego padł na ciężki obiekt, przyniesiony z hali, dźwignął go i przytłoczył brzeg namiotu.

– Przynajmniej przydało się do czegoś - powiedział obserwujący go Doktor.

Inżynier siedział skulony, głowę oparł na rękach, obraz ostatecznego zgnębienia. Nie odzywał się, nawet o podanie talerza prosił nieartykułowanym pomrukiem.

– I co teraz, kochani? - spytał nagle, prostując się.

– Spać, rzecz jasna - odparł spokojnie Doktor. Z namaszczeniem wyjął z pudełka papierosa, zapalił go i zaciągnął się z lubością.

– A jutro co? - pytał Inżynier i widać było, że jego spokój jest cienką, napiętą do ostateczności błoną.

– Henryku, zachowujesz się dzieci

– I myślisz, że znajdziemy coś i

– Nie wiem. Mamy przed sobą jeszcze jeden dzień. Po południu będziemy musieli wrócić do rakiety.

– Szalenie się cieszę - mruknął Inżynier. Wstał, przeciągnął się, stęknął. - Wszystkie kości mam jak połamane - wyznał.

– My też - zapewnił go dobrodusznie Doktor. - Słuchaj, czy naprawdę nic nie możesz powiedzieć o tym? - wskazał żarzącym się końcem papierosa na ledwo widoczny kształt, który przyciskał brzegi namiotowej płachty.

– Mogę. Dlaczego nie? Pewno, że mogę. Jest to urządzenie, które służy do tego, żeby je najpierw…

– Nie, serio. Przecież to ma jakieś części. Ja się na tym nie znam.

– A ja się znam, myślisz?! - wybuchnął Inżynier. - Jest to płód wariata - wskazał ręką w stronę niewidzialnej hali. - A raczej wariatów. Cywilizacja obłąkańców, oto, czym jest ten przeklęty Eden! To, cośmy przywlekli, jest wytworzone w całym szeregu procesów - dodał spokojniej. - Prasowanie, wgniatanie przezroczystych segmentów, obróbka termiczna, polerowanie. To są jakieś wysokomolekularne polimery - i jakieś kryształy nieorganiczne. Do czego to może służyć - nie wiem. To jest część, nie całość. Ale nawet wyjęta z tego zwariowanego młyna - ta część, sarna w sobie, wygląda mi na pomyloną.

– Co przez to rozumiesz? - spytał Koordynator. Chemik składał talerze i zapasy, rozwijał koc. Doktor zdusił papierosa i pieczołowicie schował połówkę do pudełka.

– Nie mam na to dowodów. Tam są w środku jakieś ogniwka - nie łączą się z niczym. Jakby zamknięty w sobie obwód - elektryczny - ale poprzecinany wstawkami izolatora. To - to nie mogłoby działać. Tak mi się wydaje. Ostatecznie, po tylu latach, w człowieku wyrabia się jakaś - zawodowa intuicja. Mogę się naturalnie mylić, ale - nie, wolę o tym w ogóle nie mówić.

Koordynator wstał. I

– Deneb - odezwał się cicho Fizyk. Patrzeli w niebo.

– Gdzie? Tam? - spytał Doktor. Mówili przyciszonymi nieświadomie głosami.

– Tak. A ta mniejsza obok to gamma Cygni. Cholernie jasna!

– Ze trzy razy jaśniejsza niż na Ziemi - zgodził się Koordynator.

– Chłodno i do domu daleko - mruknął Doktor. Nikt już się więcej nie odezwał. Pojedynczo wleźli do wydętej bani namiotu. Byli tak zmęczeni, że kiedy Doktor powiedział swoim zwyczajem w ciemności „dobranoc” - odpowiedziały mu oddechy śpiących.

Sam nie spał jeszcze - pomyślał, że postępują nierozważnie - z pobliskiego zagajnika mogło w nocy wyleźć jakieś paskudztwo - należało wystawić wartę. Przez chwilę rozważał, czy nie powinien czasem sam objąć ochotniczo tego stanowiska - ale raz jeszcze tylko uśmiechnął się ironicznie w mrok, odwrócił i westchnął. Ani wiedział, kiedy zapadł w kamie

Ranek następnego dnia powitał ich słońcem. Na niebie było więcej białych, kłębiastych chmur. Zjedli skąpe śniadanie, zostawiając resztki żywności na ostatni posiłek - po dalsze zapasy musieli już wrócić do rakiety.

– Żeby się przynajmniej raz umyć! - skarżył się Cybernetyk. - To mi się jeszcze nie zdarzyło - człowiek cały śmierdzi potem, okropność! Przecież tu musi być gdzieś woda!

– Gdzie woda, tam i fryzjer - pogodnie odparł Doktor, zaglądając do małego lusterka. Robił do niego sceptyczne i bohaterskie miny. - Tylko obawiam się, że fryzjer na tej planecie najpierw goli, a potem na powrót zasadza ci wszystkie włosy - to nawet bardzo prawdopodobne, wiesz?

– Czy w grobie też będziesz żartował? - wypalił Inżynier, zmieszał się i dodał: - Przepraszam. Nie chciałem…

– Nie szkodzi - odparł Doktor. - W grobie nie, ale jak długo się da. No, pójdziemy chyba, co?

Spakowali rzeczy, wypuścili powietrze z namiotu i obładowani ruszyli wzdłuż falującej miarowo zasłony, aż oddalili się o dobry kilometr od obozowiska.

– Nie wiem, może się mylę, ale ona wygląda tu jak gdyby wyższa - powiedział Fizyk, patrząc przez zmrużone powieki na łuki, biegnące w obie strony - wysoko migotały ich szczyty srebrnym ogniem.

Rzucili ładunek na jedno miejsce i ruszyli ku hali. Weszli bez żadnej przygody, jak poprzedniego dnia. Fizyk i Cybernetyk zostali z tyłu.

– Jak myślisz, co jest z tym znikaniem? - spytał Cybernetyk. - Tu tyle się dzieje, że wczoraj całkiem o tym zapomniałem!

– Jakaś historia z refrakcją - odparł bez przekonania Fizyk.

– A na czym opiera się strop? Bo przecież nie na tym - wskazał nabrzmiewającą falami zasłonę, do której podchodzili.

– Nie wiem. Może podpory są jakoś ukryte w środku albo z drugiej strony.

– Ala w krainie czarów - powitał ich wewnątrz głos Doktora. - Zaczynamy? Dzisiaj kicham jakoś mniej. Może to adaptacja. W którą stronę idziemy najpierw?

Otoczenie było dosyć podobne do tego, które widzieli poprzedniego dnia. Poruszali się w nim pewniej już i szybciej. Zrazu zdawało im się nawet, że wszystko tu jest zupełnie takie samo jak tam. Kolumny, studnie, las skośnych, pulsujących i wirujących przełyków, rozżarzania, migotania, cały kołowrót procesów toczył się w jednakim tempie. Przyjrzawszy się jednak „gotowym produktom”, których nieckowaty zbiornik odnaleźli po jakimś czasie, odkryli, że są i