Страница 39 из 55
Słuchali jego słów nachmurzeni. Inżynier rozejrzał się. Lustrzane ostrza dochodziły mu już do kolan. Sczepiały się. Zrastały. Szelest był teraz tak silny, jak dobywające się spod ziemi brzęczenie setek niewidzialnych uli. Sine korzenie w dnie wykopu nabrzękły, grube prawie jak pnie.
– Proszę cię - przyprowadź tu dubelta - nieoczekiwanie powiedział Koordynator. Doktor popatrzał na niego, jakby nie dosłyszał.
– Teraz? Tu? Po co?
– Nie wiem. To znaczy… chciałbym, żebyś go przyprowadził. Dobrze?
Skinął głową i odszedł. Stali, milcząc w słońcu. Ukazał się Doktor. Nagi olbrzym wypełzł za nim z trudem z tunelu, przeskoczył przez wał ziemi, wydawał się ożywiony i jakby zadowolony - trzymał się blisko Doktora i gulgotał z cicha. Naraz jego płaska twarzyczka stężała, błękitne oko patrzało nieruchomo przed siebie, sapnął. Obrócił się całym kadłubem. Przeraźliwie zakwilił. Wielkimi susami dopadł lustrzanych zasieków, jakby chciał się na nie rzucić, gnał wzdłuż nich, sadząc pokracznie, obiegł dokoła całe kolisko, bezusta
Przez sekundę widzieli jeszcze spłaszczone, drgające podeszwy jego stóp, kiedy wpełzał do wnętrza.
Ludzie milczeli dobrą chwilę.
– Spodziewałeś się tego? - spytał Doktor Koordynatora.
– Nie… nie wiem. Naprawdę. Myślałem tylko, że - być może - to nie jest mu obce. Oczekiwałem jakiejś reakcji. Niezrozumiałej, powiedzmy. Takiej - nie…
– Czy to ma znaczyć, że ona jest zrozumiała? - mruknął Fizyk.
– W pewnym sensie tak - odparł Doktor. - On to zna. W każdym razie - zna coś podobnego - i boi się tego. Jest to dla niego jakieś straszne, zapewne - śmiertelnie niebezpieczne zjawisko.
– Egzekucja… modo Eden? - podpowiedział z cicha Chemik.
– Nie wiem. W każdym razie wskazywałoby to, że używają tego „żywego muru” nie tylko wobec planetarnych przybyszów. Można go zresztą zasadzić i bez artylerii.
– A może on po prostu boi się wszystkiego, co błyszczy? - powiedział Fizyk. - Proste skojarzenie. To by wyjaśniło także historię z tym lustrzanym pasem.
– Nie, pokazywałem mu lustro, ani się nie bał, ani się nim nie interesował - powiedział Doktor.
– A zatem on nie jest ani taki głupi, ani - niedorozwinięty - rzucił Fizyk. Stał tuż przy szklistych zasiekach, dochodziły mu do pasa.
– Obstrzelany pies boi się karabinu.
– Słuchajcie - powiedział Koordynator - zdaje mi się, że to martwy punkt. Jesteśmy w kropce. Co począć dalej? Remonty - remontami, to rozumie się samo przez się, ale chciałbym…
– Nowa ekspedycja? - podpowiedział Doktor. Inżynier uśmiechnął się niewesoło.
– Tak? Ja zawsze z tobą. Dokąd? Do miasta?
– To oznaczałoby pewne starcie - szybko rzucił Doktor. - Bo nie przejedziesz inaczej jak Obrońcą. A na szczeblu cywilizacji, który zdołaliśmy osiągnąć wspólnym wysiłkiem - mając pod ręką wyrzutnię antyprotonów, ani się obejrzysz, jak zaczniesz strzelać. Powi
– Wcale nie myślałem o wojnie - odparł Koordynator. - Obrońca jest właśnie doskonałym ukryciem, bo tak wiele może wytrzymać. Wszystko zdaje się wskazywać na to, że ludność Edenu jest głęboko rozwarstwiona - i że z warstwą, która podejmuje rozumne działania, nie mogliśmy dotąd nawiązać kontaktu. Rozumiem, że wypad w stronę miasta gotowi potraktować jako przeciwuderzenie. Został nam jednak nie zbadany kierunek zachodni. Dwóch ludzi całkowicie wystarczy do obsługi wozu, reszta może zostać i pracować w rakiecie.
– Ty i Inżynier?
– Niekoniecznie. Możemy pojechać z Henrykiem, jeśli chcesz.
– W takim razie będę potrzebował kogoś trzeciego, obznajomionego z Obrońcą - powiedział Inżynier.
– Kto chce jechać?
Chcieli wszyscy. Koordynator uśmiechnął się mimo woli.
– Ledwo armaty przestają huczeć, jad ciekawości ich zżera - zadeklamował.
– No to jedziemy - oświadczył Inżynier. - Doktor chce oczywiście być z nami jako przedstawiciel rozsądku i łagodności. Doskonale. Dobrze, że zostajesz - mówił do Koordynatora - bo znasz kolejność robót. Najlepiej postawcie od razu Czarnego nad jednym ciężarowcem, ale nie zaczynajcie wykopów pod rakietą, dopóki nie wrócimy. Chciałbym sprawdzić jeszcze statyczne obliczenia.
– Jako przedstawiciel rozsądku chciałbym spytać, jaki jest cel tej wyprawy? - powiedział Doktor. - Otwierając sobie drogę, wstępujemy w fazę konfliktu, czy chcemy tego, czy nie.
– Podaj kontrpropozycję - odparł Inżynier. Stali w cichym, śpiewnym nieomal szumie rosnącego żywopłotu, który rychło miał już wyróść im ponad głowy. Słońce rozłamywało się na białe i tęczujące iskry w jego żylastych splotach.
– Nie mam żadnej - wyznał Doktor. - Wypadki nieusta
– Nie wierzysz w to chyba - zaoponował Inżynier. - Jeżeli nie możemy dowiedzieć się niczego, badając wszystko z bliska, cóż powie nam lot na ponadatmosferycznej wysokości? A rozsądek, mój Boże… Gdyby ludzie byli rozsądni, nie znaleźlibyśmy się tu nigdy. Cóż rozsądnego jest w rakietach, które lecą do gwiazd?
– Demagogia - mruknął Doktor. - Wiedziałem, że was nie przekonam - dodał. Poszedł powoli wzdłuż szklistej przegrody.
Tamci wracali ku rakiecie.
– Nie licz na sensacyjne odkrycia - przypuszczam, że na zachód ciągnie się teren podobny do tego tutaj - powiedział Koordynator do Inżyniera.
– Skąd wiesz?
– Nie mogliśmy upaść akurat w środku pusty
– Możliwe. Zobaczymy.