Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 38 из 55

– Masz źle w głowie, wiesz! To może być radioaktywne!!

Pobiegli do wnętrza. Szczątki nie okazały się radioaktywne. Licznik impulsów, kiedy go do nich zbliżyli, milczał. Wyglądały bardzo osobliwie - ani śladu pancerza czy i

Fizyk wziął ten proch pod lupę, podniósł brwi, wyciągnął z szafki mikroskop, spojrzał i krzyknął.

– No! no?! - omal nie oderwali mu przemocą głowy od okularu.

– Posyłają nam zegarki… - słabym głosem powiedział Chemik, kiedy z kolei odjął oko od mikroskopu.

W polu widzenia leżały, rozsypane rulonikami i łańcuszkami, dziesiątki i setki malutkich zębatek, mimośrodów, sprężynek, pogiętych osiek - przesuwali mikroskopowy stolik, sypali pod obiektyw nowe próbki i wciąż widzieli to samo.

– Co to może być?! - krzyknął Inżynier. Fizyk biegał po bibliotece od ściany do ściany z rozburzonymi włosami, stawał, patrzał na nich błędnym wzrokiem i biegał dalej.

– Jakiś niesłychanie skomplikowany mechanizm - coś potwornego po prostu, w tym - Inżynier zważył w ręce garść metalicznego prochu - są chyba miliardy, jeśli nie biliony tych przeklętych kółeczek!! Chodźmy na górę - zdecydował nagle - zobaczymy, co się dzieje.

Kanonada trwała bez żadnych zmian. Automat naliczył od chwili swego przybycia na posterunek tysiąc sto dziewięć trafień.

– Spróbujmy teraz klapę - przypomniał sobie naraz Chemik, kiedy wrócili do rakiety. Cybernetyk siedział nad mikroskopem i przeglądał szczątki pocisku, porcję za porcją. Nie odpowiadał, kiedy do niego mówili.

Trudno było w samej rzeczy siedzieć i nic nie robić - udali się więc do maszynowni. Światełka kontrolne mechanizmu zamkowego wciąż płonęły. Inżynier poruszył tylko rękojeść i wskaźnik posłusznie drgnął - klapa ruszyła. Natychmiast zamknął ją i powiedział:

– W każdej chwili możemy wyjechać Obrońcą.

– Klapa zawiśnie w powietrzu - zauważył Fizyk.

– Nie szkodzi, zostanie najwyżej półtora metra do ziemi. Dla Obrońcy to nic. Przejedzie.

Na razie nie było jednak naglącej potrzeby wyruszenia, wrócili więc do biblioteki. Cybernetyk wciąż tkwił przy mikroskopie. Był jak w transie.

– Zostawcie go - może wpadnie na coś - powiedział Doktor. - A teraz… musimy coś robić. Proponuję, żebyśmy zwyczajnie wzięli się do dalszego remontowania statku…

Wstali wolno z miejsc. Cóż i

Chociaż nikt nie był głodny, przyrządzili obiad i zjedli go - na siłę i dla zdrowia - jak oświadczył Doktor. Teraz mało już było z tym kłopotów i naczyń nie musieli myć, wrzucało się je po prostu do paszczy zmywaka. Dwanaście minut po drugiej drgania nagle ustały. Wszyscy rzucili natychmiast pracę i pobiegli tunelem na powierzchnię. Chmurka zasłaniała słońce, cała rozpalona złoto równina leżała w nagrzanej ciszy, delikatny pył, podniesiony wybuchami, opadał, panował martwy spokój.

– Koniec?… - powiedział niepewnie Fizyk. Głos jego zabrzmiał dziwnie mocno, w ciągu całych godzin przywykli do nieustającego huczenia.

Ostatnie trafienie, zarejestrowane przez automat, miało liczbę porządkową dziesięć tysięcy sześćset cztery.

Powoli wyszli z tunelu. Nic się nie działo. O dwieście kilkadziesiąt do trzystu metrów ciągnął się wokół rakiety pas rozoranego przemielonego gruntu, miejscami pojedyncze leje zlały się w ciągłe zapadliska.

Doktor wspiął się na przedpiersie.

– Jeszcze nie - wstrzymał go Inżynier. - Zaczekajmy.

– Jak długo?

– Co najmniej pół godziny, a lepiej i godzinę.

– Zapalniki z opóźnieniem? Przecież tam nie ma wybuchowych ładunków!

– Nie wiadomo.

Chmura zeszła ze słońca, zajaśniało. Stali i rozglądali się - wiatr prawie ustał, robiło się coraz goręcej. Koordynator pierwszy usłyszał szelest.

– Co to jest? - powiedział szeptem.

Nastawili uszu. Im też wydało się, że coś słyszą.

Szelest był taki, jakby wiatr poruszał listkami krzaków. Ale w zasięgu spojrzenia nie było ani krzaków, ani liści, nic oprócz zrytego koliska piachu. Powietrze stało martwe, nagrzane, daleko, nad wydmami, dygotało od żaru Szelest trwał.

– To stamtąd?…

– Tak.

Mówili szeptem. Dobiegał teraz równomiernie ze wszystkich stron - czy to przesypywał się tak piasek?

– Nie ma wiatru… - odezwał się cicho Chemik.

– Nie, to nie wiatr. To tam - gdzie te pociski…

– Pójdę tam.

– Oszalałeś?! A jeżeli to czasowe zapalniki?

Chemik pobladł. Cofnął się, jakby chciał skoczyć do tunelu. Ale było tak jasno, panował taki bezruch - wszyscy stali - zacisnął zęby i pięści, został. Szelest trwał, miarowy, szybki, płynął zewsząd. Stali przygarbieni, z napiętymi mięśniami, bez drgnienia, jak w nieświadomym oczekiwaniu ciosu - to było tysiąc razy gorsze od kanonady! Słońce zawisło w zenicie, cienie kłębiastych chmur wolno sunęły równiną, chmury były spiętrzone, o płaskich podstawach, wyglądały jak białe wyspy.

Na horyzoncie nic się nie ruszało - wszędzie było tak pusto - nawet szare kielichy, których kreseczki wznosiły się przedtem niewyraźnie na tle odległych wydm - nawet one znikły! Teraz dopiero to spostrzegli.

– Patrzcie!

Krzyknął Fizyk. Wyciągniętą ręką pokazywał przed siebie. Ale to się stało prawie jednocześnie - ze wszystkich stron naraz. Można było patrzeć w każdą - widziało się to samo.

Zryty lejami grunt drgnął. Poruszył się. Wysuwało się z niego coś iskrzącego w słońcu, wszędzie gdzie padły pociski. Niemal równa, grzebieniasta linia błyszczących kiełków, gdzieniegdzie w czterech, czasem w pięciu, sześciu rzędach. Coś wyrastało z ziemi, tak szybko, że można było, wytężając wzrok, niemal widzieć postępowanie tego wzrostu.

Ktoś wybiegł pędem z tunelu, pognał, jakby ich nie widząc, przed siebie, ku wygiętej linii lustrzanych płomyków. Cybernetyk. Krzyknęli i pobiegli za nim.

– Wiem! - krzyczał. - Wiem!!

Padł na kolana przed szklistym wielorzędem kiełków. Wystawały już na palec z ziemi, u nasady grube jak pięść. Piasek delikatnie mrowił wokół każdego, w głębi coś drżało gorączkowo, krzątało się, pracowało. Słychać było jakby jednoczesne przesypywanie się miliardów najdelikatniejszych ziarenek.

– Mechaniczne plemniki!! - krzyknął Cybernetyk. Rękami usiłował okopywać grunt dokoła najbliższego kiełka. Nie szło mu to. Piasek był gorący. Poderwał ręce w górę. Ktoś pobiegł po łopaty, zabrali się do kopania, aż ziemia wylatywała w powietrze. Zmieszane z nią, zabłysły rozczłonkowane, długie, posplatane jak korzenie, żyły lustrzanej masy. Była twarda, dźwięczała pod uderzeniami łopaty jak metal, gdy dół osiągnął przeszło metr głębokości, usiłowali wyrwać ten dziwny twór, ale nawet nie drgnął - tak był zrośnięty z i

– Czarny!! - krzyknął chór głosów, jak z jednej piersi. Automat nadbiegł, piasek tryskał mu spod nóg.

– Wyrwij to!

Chwytne cęgi zemknęły się na grubych, jak męskie ramię, lustrzanych żyłach. Stalowy tors wyprężał się. Zobaczyli, jak jego stopy zaczynają wolno zapadać w grunt: Najcichsze granie, jakby do ostatka napiętej, wibrującej struny, dobywało się z kadłuba. Prostował się, grzęznąc.

– Puść!! - krzyknął Inżynier. Czarny wygramolił się ciężko z zarycia i znieruchomiał.

Oni też stali bez ruchu. Lustrzany żywopłot miał już prawie pół metra wysokości. U spodu - nad samą ziemią powoli nabiegał nieco ciemniejszą, mlecznobłękitną barwą, a górą wciąż rósł.

– To tak - powiedział spokojnie Koordynator.

– Tak.

– Chcą nas zamknąć? Milczeli przez chwilę.

– Czy to nie jest jednak prymitywne - w końcu moglibyśmy teraz wyjść - powiedział Chemik.

– Zostawiając rakietę - odparł Koordynator. - Musiał ją sobie dobrze obejrzeć ten ich zwiad! Uważacie - wstrzelali się, prawie dokładnie, w tę bruzdę, którą wyryły ich tarcze!

– Rzeczywiście!

– Nieorganiczne plemniki - powiedział Cybernetyk. Uspokoił się. Otrzepał ręce z piasku i gliny. - Nieorganiczne ziarna - nasiona - rozumiecie? Zasadzili je - swoją artylerią!

– To nie jest metal - powiedział Chemik. - Czarny by go zgiął. To coś jak supranit albo ceramit, z utwardzającą obróbką.

– Ależ nie, przecież to po prostu piasek! - zawołał Cybernetyk. - Nie rozumiesz? One - to jest nieorganiczny metabolizm! Katalitycznie przemieniają piasek w jakąś wysokomolekularną pochodną krzemu - i tworzą z niej te żyły, tak jak rośliny wychwytują z gleby sole.

– Myślisz? - powiedział Chemik. Ukląkł, dotykał lśniącej powierzchni. Podniósł głowę.

– A gdyby trafiły na i

– Przystosowałyby się. Jestem tego pewien! Dlatego właśnie są tak piekielnie skomplikowane - ich zadaniem jest wytworzyć zawsze substancję jak najtwardszą, najoporniejszą ze wszystkich możliwych - z tego, co mają do dyspozycji.

– Och, jeżeli nic więcej - Obrońca wszystko ugryzie. I nie połamie sobie zębów - uśmiechnął się Inżynier.

– Czy oni nas zaatakowali? - powiedział cicho Doktor. Spojrzeli na niego ze zdziwieniem.

– A co to jest? Nie atak?

– Nie. Powiedziałbym raczej - próba obrony. Chcą nas - izolować.

– Więc co? Mamy siedzieć i czekać, aż będziemy jak robaki pod kloszem?

– A po co wam Obrońca? Zawahali się.

– Wody już nie potrzebujemy. Rakietę - prawdopodobnie - uda się wyremontować do tygodnia. Do dziesięciu dni, powiedzmy. Syntetyzatory atomowe ruszą w najbliższych godzinach. Nie przypuszczam, żeby to miał być klosz. Raczej - wysoki mur. Przegroda nie do przebycia dla nich, więc sądzą, że i dla nas także. Dzięki syntetyzatorom będziemy mieli żywność. Nie potrzebujemy od nich nic, a oni - chyba nie mogli wyraźniej - dać nam do zrozumienia, że sobie nas nie życzą…