Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 3 из 55

– Wiecie, słyszeliśmy jakieś dziwne odgłosy, jakeśmy grzebali w magazynie - powiedział Chemik.

– Jakie odgłosy?

– Takie stękania i potrzaskiwania, jakby nas coś prasowało.

– Myślisz, że oberwała się na nas jakaś skała? - spytał Cybernetyk.

– To całkiem co i

Zamilkli. Tylko twarze oświetlała latarka, leżąca na płaskim kole nad włazem. We wnętrzu statku rozległo się przeciągłe stęknięcie, seria krótkich, słabnących potrzaskiwań i nastała cisza.

– A może to któryś automat? - powiedział z nadzieją w głosie Cybernetyk.

– Widziałeś przecież sam.

– Tak, ale nie zaglądaliśmy do luki rezerw. Cybernetyk wychylił się w ciemność korytarza i stając na samym brzegu klapy krzyknął:

– Automaty rezerwy!!

Głos zadudnił w zamknięciu. Odpowiedziała cisza.

– Chodź tu, zbadamy porządnie właz - powiedział Inżynier. Przykląkł przed zaklęśniętą łagodnie płytą i zbliżając oczy do obrzeża oświetlał je centymetr po centymetrze. Wodził tak plamą światła wzdłuż uszczelnień, które porysowała drobniutka siateczka spękań.

– Od wewnątrz nic stopionego, zresztą nie dziwota - ceramit bardzo źle przewodzi ciepło.

– Może spróbujemy jeszcze raz? - zaproponował Doktor, kładąc rękę na korbie.

– To nie ma sensu - zaprotestował Chemik. Inżynier przyłożył dłoń do klapy i zerwał się na równe nogi.

– Chłopcy, potrzebna woda! Dużo zimnej wody!

– Po co?

– Dotknijcie klapy - gorąca, co!?

Dotknęło jej kilka wyciągniętych jednocześnie rąk.

– Prawie parzy - powiedział ktoś.

– To nasze szczęście!

– Jak to?

– Korpus jest rozgrzany, rozszerzył się, i klapa też. Jeżeli będziemy chłodzili klapę, skurczy się i może da się otworzyć.

– Woda to mało. Może jest jeszcze lód. Powinien być w zamrażalniach - powiedział Koordynator.

Jeden po drugim zeskakiwali na dno korytarza, który zadudnił od kroków biegnących.

Koordynator został przy włazie z Inżynierem.

– Puści - powiedział cicho, jakby do siebie.

– O ile się nie zatopiła - mruknął Inżynier. Rozłożonymi rękami wodził płasko po obrzeżu, badając jego temperaturę. - Ceramit zaczyna płynąć powyżej trzech tysięcy siedmiuset stopni. Nie zauważyłeś, ile miała na ostatku powłoka?

– Na ostatku wszystkie zegary pokazywały daty z zeszłego roku. Kiedy zastopowaliśmy na hamownicach, było ponad dwa i pół, jeżeli się nie mylę.

– Dwa i pół tysiąca stopni to jeszcze nic takiego!

– Tak, ale potem!

Tuż nad poziomo wywichniętą klapą ukazała się zgrzana twarz Chemika. Latarkę miał przypiętą na szyi, chwiała się, blask skakał w kawałach lodu, które sterczały z wiadra. Podał je Koordynatorowi.

– Czekaj no… jak my właściwie będziemy chłodzić… - zafrasował się Inżynier. - Zaraz.

Znikł w ciemności. Kroki znów dały się słyszeć, Doktor przyniósł dwa wiadra wody, w której pływał lód. Chemik świecił, Doktor wspólnie z Fizykiem zaczęli polewać klapę wodą. Ściekała na podłogę, na korytarz. Kiedy zlewali klapę dziesiąty raz, wydało im się, że coś w niej słyszą - słabiutkie poskrzypywanie. Wydali okrzyk radości. Pojawił się Inżynier. Niósł spory reflektor od skafandra, przymocowany taśmą na wysokości piersi. Od jego blasku zaraz pojaśniało. Inżynier rzucił na podłogę naręcze plastykowych płyt ze sterowni. Zaczęli stara

– Czekaj, jeszcze nie! - krzyknął gniewnie Inżynier, ale korba obróciła się dziwnie lekko. Skoczyli wszyscy. Wirowała coraz szybciej. Inżynier uchwycił pośrodku rękojeść zabezpieczającego klapę potrójnego rygla, targnął, rozległ się dźwięk jakby pękającej grubej szyby i właz naparł na nich, zrazu lekko, nagle uderzył najbliższych i z ciemnej czeluści wywaliła się z hurgotem czarna lawina, zasypując po kolana tych, co stali naprzeciw. Chemik i Koordynator, którzy stali najbliżej, rzuceni zostali na boki. Klapa przycisnęła Chemika do bocznej ściany tak; że nie mógł się ruszyć, ale nie zrobiła mu nic złego. Koordynator ledwo zdążył odskoczyć w ostatniej chwili, omal nie przewrócił Doktora. Znieruchomieli. Latarka Doktora, zasypana, zgasła, świecił tylko reflektor na piersi Inżyniera.

– Co to jest? - nieswoim głosem powiedział Cybernetyk. Stał za wszystkimi, ostatni, na skraju platforemki.

– Próbka planety Eden - odparł Koordynator. Pomógł wyleźć Chemikowi spoza odrzuconej w bok klapy.

– Tak - dodał Inżynier - cały właz zasypany, musieliśmy porządnie wleźć w grunt!

– To jest pierwsze lądowanie POD powierzchnią nieznanej planety, prawda? - spytał Doktor. Naraz wszyscy zaczęli się śmiać. Cybernetyk tak się zanosił, aż łzy ukazały mu się w oczach.

– Dosyć tego! - krzyknął ostro Koordynator. - Nie będziemy przecież stali tak do rana. Po narzędzia, chłopcy, musimy się odkopać.

Chemik nachylił się i podniósł ciężką, zbitą bryłę z kopca, który urósł na podłodze przed włazem. Z owalnego otworu wypuczała się ziemia, od czasu do czasu tłusto połyskujące, czarniawe okruchy staczały się po powierzchni małego osypiska aż na korytarz.

Wycofali się do niego, bo na platformie nie było już nawet tyle miejsca, by usiąść; Koordynator i Inżynier zeskoczyli na dół ostatni.

– Jak głęboko mogliśmy się wbić? - spytał półgłosem Koordynator Inżyniera. Szli obok siebie korytarzem. Daleko przed nimi jaśniała sunąca szybko plama światła. Inżynier dał reflektor Chemikowi.

– Jak głęboko?… To zależy od zbyt wielu czy

– Tak, ale co zostało z rakiety i z niego!

– A ta sonda z Księżyca? Sztolnię musieli bić w skale, żeby ją odkopać. W skale!

– Na księżycu jest pumeks…

– A skąd możemy wiedzieć, co tu jest?

– Widziałeś przecież. To wygląda na margle.

– Przy samym włazie, a dalej?

Z narzędziami było bardzo źle. Statek, jak wszystkie długiego zasięgu, miał na pokładzie podwójny zestaw automatów i zdalnie sterowanych półautomatów do wszelkich prac, także powierzchniowo-ziemnych, jakich mogą wymagać różnorodne warunki planetarne. Urządzenia te były jednak nieczy

Trzy czwarte doby minęły od katastrofy i wszyscy upadali ze zmęczenia. Doktor zadecydował, że powi

Rychło okazało się, że poza Chemikiem i Inżynierem nikt nie może zasnąć. Doktor wstał więc znowu i poszedł z latarnią na poszukiwanie środków nase

Zbudzili się nadspodziewanie szybko, niemal wszyscy, z wyjątkiem Cybernetyka, który łyknął zbyt wielką dawkę pigułek i był jak pijany. Inżynier znów skarżył się na dojmujący ból barku. Doktor odkrył w tym miejscu bolesną opuchliznę, przypuszczalnie Inżynier musiał nadwerężyć sobie staw, gdy mocowali się z dźwigniami włazu.

Nastrój był ponury. Nikt się prawie nie odzywał, nawet Doktor. Do reszty zapasów w śluzie nie mogli się dostać, bo na drzwiach szafy ze skafandrami spoczywał ogromny kopiec osypiska, raz jeszcze więc Fizyk i Chemik poszli do kuche

Roboty posuwały się żółwim krokiem. W owalnym otworze włazu nie można się było dobrze rozmachnąć, ludzie dźgali kopaczkami zbite zwały ziemi, a stojący w tyle usuwali je do korytarza. Po namyśle zdecydowano wrzucać ziemię do kabiny nawigacyjnej, bo znajdowała się najbliżej i nie zawierała niczego, co mogłoby się okazać potrzebne w bezpośredniej przyszłości.

Po czterech godzinach nawigatornia była zasypana na wysokość kolan wynoszonym gruntem, a tunel osiągnął ledwo dwa metry długości. Margiel był zbity, nie to, że twardy, ale ostrza drągów i kopaczek więzły w nim, a żelazne trzony, zbyt gwałtownie naciskane przez pracujących zajadle ludzi, gięły się - najlepiej sprawowała się stalowa kopaczka w rękach Koordynatora.

Inżynier niepokoił się, czy ziemny strop nie zacznie osiadać, i dbał szczególnie o stara