Страница 2 из 55
Dźwignia z piekielnym zgrzytnięciem stuknęła w zapadkę. Rygiel wewnętrzny był odsunięty.
– Poszło jak po maśle - cieszył się Fizyk.
Inżynier milczał. Wiedział swoje. Zabrali się teraz do otwierania klapy, co było zadaniem trudniejszym. Inżynier spróbował uruchomić ją, naciskając rękojeść hydraulicznego urządzenia, ale wiedział z góry, że nic z tego nie będzie. Rury popękały w wielu miejscach i cały płyn wyciekł. Ręczna korba zaświeciła nad nimi swoim kółkiem jak aureola, kiedy Doktor skierował latarkę do góry. Jak na ich możliwości gimnastyczne, było za wysoko - ponad cztery metry.
Zaczęło się znoszenie ze wszystkich pomieszczeń połamanych aparatów, poduszek, książek - szczególnie przydatna okazała się biblioteka, a w niej - atlasy gwiazdowe nieba, bardzo wielkie i grube.
Budowali z nich piramidę, jak z cegieł. Wzniesienie dwumetrowego stosu zabrało niemal godzinę. Raz część obsunęła się i odtąd zaczęli pracować systematycznie - pod komendą Inżyniera.
– Praca fizyczna to jednak okropność! - dyszał Doktor. Latarka tkwiła wciśnięta w szczelinę klimatyzatora i oświetlała im drogę, gdy biegli do biblioteki i wracali, objuczeni książkami.
– Nigdy nie wyobrażałem sobie, że tak prymitywne warunki mogą panować w podróżach do gwiazd - sapał Doktor. On jeden jeszcze mówił. Na koniec Koordynator, podtrzymywany przez towarzyszy, wlazł ostrożnie na wzniesioną piramidę i dotknął palcami korby.
– Mało - powiedział. - Brakuje mi pięć centymetrów. Nie mogę podskoczyć, bo mi się wszystko rozjedzie.
– Właśnie mam tu Teorię lotów szybkich - powiedział Doktor, ważąc w ręku zwalisty tom. - Myślę, że będzie w sam raz.
Koordynator wczepił się w korbę. Świecili mu latarką. Jego cień łopotał na białej powierzchni plastyku wyściełającego to, co teraz było stropem. Naraz góra książek poruszyła się.
– Uwaga - syknął Fizyk.
– Nie mam się o co oprzeć - wyrzucił przez zduszone gardło Koordynator. - Trzymajcie tam - wszyscy diabli!! - warknął. Korba wymknęła mu się z rąk, przez moment ważył się na górze, w końcu chwycił równowagę. Nikt już nie patrzał w górę - splótłszy się rękami, napierali ze wszystkich stron na chwiejną budowlę z książek, żeby się nie rozsunęła.
– Tylko nie klnij - jak raz zaczniemy, nie będzie końca - przestrzegł z dołu Doktor. Koordynator ponownie ujął korbę. Naraz rozległ się przeciągły zgrzyt, po którym nastąpił głuchy szum osuwających się tomów. Koordynator wisiał nad nimi w powietrzu, ale korba, której się uczepił, wykonała pełny obrót.
– I tak dalej, jeszcze jedenaście razy - powiedział lądując na książkowym pobojowisku.
Po dwu godzinach klapa została pokonana. Kiedy zaczęła się otwierać, wydali chóralny okrzyk triumfu.
Otwierając się zawisła w połowie wysokości korytarza i utworzyła jakby poziomy pomost, po którym można było wejść do śluzy bez większych trudności.
Skafandry w płaskiej szafie ście
– Wychodzimy wszyscy czy jak? - spytał Chemik.
– Najpierw spróbujemy otworzyć właz…
Był zagłuszony - jak gdyby stanowił litą całość z korpusem. Dźwignie nie dawały się ruszyć, ramię przy ramieniu parli w sześciu, potem próbowali rozruszać gwinty, więc miotali się na przemian to w jedną, to w drugą stronę - ani drgnęły.
– Okazuje się, że dolecieć, to nic - najtrudniej jest czasem wysiąść - zakonkludował Doktor.
– Pogratulować humorku - mruknął przez zęby Inżynier. Pot lał mu się na oczy. Usiedli na drzwiach ście
– Jestem głodny - wyznał w ogólnym milczeniu Cybernetyk.
– Wobec tego trzeba coś zjeść - oświadczył Fizyk i zaofiarował się, że pójdzie do magazynu.
– Raczej do kuchni. W chłodni może coś…
– Sam nie dam rady. Trzeba przerzucić z pół tony szmelcu, żeby się dostać do zapasów. Kto na ochotnika?
Doktor był pierwszy, Chemik wstał z pewnym ociąganiem. Gdy głowy ich znikły za brzegiem odchylonej klapy, a ostatni brzask latarki, którą zabrali, zgasł, Koordynator powiedział przyciszonym głosem:
– Wolałem nie mówić. Orientujecie się mniej więcej w sytuacji?
– Tak - powiedział Inżynier w czarny mrok przed sobą. Dotknął wyciągniętą ręką stopy Koordynatora i nie cofnął palców. Potrzebował tego dotknięcia.
– Myślisz, że klapy nie da się przeciąć?
– Czym? - spytał Inżynier.
– Palnikiem elektrycznym albo gazowym. Mamy autogen i…
– Słyszałeś o autogenie, który by przeciął ćwierć metra ceramitu? Człowieku!
Milczeli. Z głębi statku, jak z żelaznych podziemi, dochodził głuchy hałas.
– Więc co? Co?! - powiedział ze zdenerwowaniem Cybernetyk. Słyszeli skrzypnięcie jego stawów. Wstał.
– Siadaj - łagodnie, ale stanowczo powiedział Koordynator.
– Myślicie, że… klapa stopiła się z pancerzem?
– Niekoniecznie - odparł Inżynier. - Czy wiesz w ogóle, co się stało?
– Dokładnie nie. Trafiliśmy z kosmiczną szybkością w atmosferą tam, gdzie nie miało jej być. Dlaczego? Automat nie mógł się pomylić.
– Automat się nie pomylił. Myśmy się pomylili - powiedział Koordynator. - Zapomnieliśmy o poprawce na ogon.
– Na jaki ogon? Go ty mówisz?
– Na gazowy ogon, który rozciąga za sobą każda planeta posiadająca atmosferę, w kierunku przeciwnym do jej ruchu. Nie wiesz o tym?
– A tak, tak. Wpadliśmy w ten ogon? Ale on musi być szalenie rozrzedzony.
– Dziesięć do minus szóstej - odparł Koordynator - albo coś koło tego, ale mieliśmy ponad siedemdziesiąt kilometrów na sekundę, kochany. Przyhamowało nas jak mur - to był ten pierwszy wstrząs, pamiętacie?
– Tak - podjął Inżynier - a kiedyśmy weszli w stratosferę, mieliśmy jeszcze dziesięć albo i dwanaście. Powi
– Rakieta?
– Obliczona jest na dwudziestokrotne przeciążenie, a zanim ekran pękł, na własne oczy widziałem, jak strzałka wyskoczyła ze skali. Skala ma rezerwę do trzydziestu.
– A my?
– Co my?
– Jak mogliśmy wytrzymać - chcesz powiedzieć, że trwała deceleracja wyniosła trzydzieści g?
– Nie trwała. W szczytach na pewno. Przecież hamownice dały wszystko. Dlatego przyszło do pulsacji.
– Ale automaty wyrównały i gdyby nie sprężarki… - powiedział z odcieniem przekory w głosie Cybernetyk. Urwał, w głębi statku coś potoczyło się z brzękiem, jakby żelazne koła po blasze. Ucichło.
– Co chcesz od sprężarek? - powiedział Inżynier. - Jak pójdziemy do maszynowni, to pokażę ci, że zrobiły pięć razy więcej, niż mogły. To przecież tylko agregaty pomocnicze. Najpierw rozchwiało im łożyska, a jak przyszła pulsacja…
– Myślisz, że rezonans?
– Rezonans swoją drogą. Właściwie powi
– Wcale nie palę się, żeby zobaczyć maszynownię. Co u licha, czemu oni tak długo nie wracają? Ciemno, aż oczy bolą.
– Światło będziemy mieli, nie bój się - powiedział Inżynier.
Wciąż, jakby niechcący, trzymał końce palców oparte o stopę Koordynatora, który nie ruszał się i milczał.
– A do maszynowni pójdziemy tak, z nudów. Co i
– Na serio myślisz, że się stąd nie wydostaniemy?
– Nie, żartuję. Lubię takie żarty.
– Przestań - odezwał się Koordynator. - Po pierwsze, jest rezerwowy właz.
– Człowieku! Rezerwowy właz jest akurat pod nami. Statek musiał się porządnie worać, nie jestem pewny, czy nawet ta klapa wystaje nad ziemię.
– Więc co z tego? Mamy narzędzia, możemy wykopać tunel.
– A ciężarowy? - powiedział Cybernetyk.
– Zalany - wyjaśnił lakonicznie Inżynier. - Zaglądałem do studzienki kontrolnej. Musiał pęknąć któryś z głównych zbiorników - tam jest co najmniej dwa metry wody. Prawdopodobnie skażonej.
– Skąd wiesz?
– Stąd, że tak jest zawsze. Chłodzenie reaktora puszcza pierwsze - nie wiesz o tym? Zapomnij lepiej o ciężarowym włazie. Musimy wyjść tym - jeżeli…
– Wykopiemy tunel - powtórzył cicho Koordynator.
– Teoretycznie to jest możliwe - nieoczekiwanie zgodził się Inżynier. Zamilkli. Dały się słyszeć coraz bliższe stąpania, w korytarzu pod nimi zajaśniało, zmrużyli oślepione oczy.
– Szynka, suchary, ozorki czy co tam jest w tym pudle - wszystko z żelaznej racji! Tu czekolada, a tu termosy.
– Dajcie na górę! - zwrócił się Doktor do pozostałych, gramoląc się jako pierwszy na klapę. Świecił im latarką, gdy wchodzili do komory i rozstawiali puszki. Przynieśli też aluminiowe talerze.
Przy świetle latarki jedli w milczeniu.
– Termosy są całe? - zdziwił się naraz Cybernetyk. Nalewał sobie kawy do kubka.
– Dziwne, ale tak. Z konserwami nie jest źle. Ale zamrażalnia, lodówki, piekarniki, mały syntetyzator, aparatura oczyszczająca, filtry wody - wszystko w proszku.
– Aparatura oczyszczająca też? - zaniepokoił się Cybernetyk.
– Też. Może dałaby się naprawić, gdyby było czym. Ale to błędne koło; żeby uruchomić choćby najprostszy półautomat naprawczy, trzeba prądu, żeby mieć prąd, trzeba naprawić agregat, a do tego znów potrzebny jest półautomat.
– Naradziliście się tu, uczeni w technice? I co? Gdzie promyk nadziei? - spytał Doktor, smarując grubo suchary masłem i nakładając z wierzchu płaty szynki. Nie czekając odpowiedzi, ciągnął:
– Jako szczeniak przeczytałem chyba więcej książek o kosmonautyce, niż waży nasza nieboszczka, a jednak nie znalazłem ani jednej opowieści, żadnej historii, anegdotki nawet o czymś podobnym do tego, co nas spotkało. Dlatego - nie pojmę!
– Bo to nudne - wyjaśnił z szyderczą intencją Cybernetyk.
– Tak - to coś nowego - Robinson międzyplanetarny - powiedział Doktor. Zakręcał termos. - Jak wrócę, postaram się to opisać, o ile talent pozwoli.
Zapadła nagła cisza. Zbierali puszki, aż Fizyk wpadł na myśl, żeby je schować do szafki ze skafandrami, ustąpili więc pod ścianę, bo inaczej nie dało się otworzyć drzwi w podłodze.