Страница 20 из 55
– Niepotrzebnie się tak uniosłeś - powiedział cicho Koordynator do Inżyniera.
– Wiesz doskonale - zaczął Inżynier, ale popatrzywszy mu w oczy, powtórzył ciszej:
– Tak. Niepotrzebnie.
– Doktor ma słuszność w jednym - powiedział Koordynator. Podciągnął osuwający się bandaż. - To, cośmy odkryli na północy, nie składa się z tym, co widzieliśmy na wschodzie. Szacując z grubsza, miasto znajduje się tak daleko od nas, jak fabryka - w linii powietrznej niewiele ponad trzydzieści, trzydzieści piąć kilometrów.
– Więcej - powiedział Fizyk.
– Możliwe. Otóż nie sądzę, żeby na południu albo na zachodzie znajdowały się jakieś elementy ich cywilizacji równie blisko - bo z tego by wynikało, że spadliśmy w samym środku jakiegoś lokalnego „pustkowia cywilizacyjnego”, „cywilizacyjnej próżni” o średnicy sześćdziesięciu kilometrów - byłby to zbyt dziwny, a przez to i nazbyt nieprawdopodobny przypadek. Zgadzacie się ze mną?
– Tak - powiedział Inżynier. Nie patrzył na nikogo.
– Tak - skinął głową Chemik i dodał: - Od początku należało mówić tym językiem.
– Podzielam skrupuły Doktora - ciągnął Koordynator - ale jego propozycję uważam za naiwną i nieprzystosowaną do sytuacji. Nie dorastającą do niej. Reguły kontaktu z obcymi istotami są wam znane, ale nie przewidują sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się - jako bezbro
– Czy mogę coś powiedzieć? - odezwał się Fizyk.
– Mów.
– Chciałbym wrócić do punktu widzenia Doktora. Jest on - powiedziałbym - przede wszystkim emocjonalny, ale stoją za nim także i
– No dobrze, ale jak to ma wyglądać w praktyce? - spytał Inżynier.
– W praktyce nic się na razie nie zmieni. Musimy mieć broń - i to jak najszybciej. Chodzi o to, abyśmy, zaopatrzywszy się w nią, przystąpili do prób kontaktu - ale nie na zbadanym terenie.
– Dlaczego? - spytał Koordynator.
– Dlatego, ponieważ jest wysoce prawdopodobne, że zanim jeszcze dotrzemy do miasta, zostaniemy uwikłani w walkę. Nie porozumiesz się z istotami, które pędzą w tych tarczach - są to najgorsze warunki, jakie sobie można wyobrazić.
– A skąd wiesz, że gdzie indziej natkniemy się na lepsze?
– Nie wiem - ale wiem, że na północy i na wschodzie nie mamy czego szukać. Przynajmniej na razie.
– Rozważymy to - powiedział Koordynator. - Co dalej?
– Trzeba uruchomić Obrońcę - powiedział Chemik.
– W jakim czasie da się to zrobić? - zwrócił się Koordynator do Inżyniera.
– Nie mogę powiedzieć. Bez automatów nie dostaniemy się nawet do Obrońcy. Waży czternaście ton. Niech Cybernetyk powie.
– Żeby go przejrzeć, potrzebuję dwu dni. Co najmniej - podkreślił ostatnie słowo Cybernetyk. - Ale pierwej muszę mieć automaty na chodzie.
– W tym czasie będziesz miał wszystkie automaty w ruchu? - spytał z powątpiewaniem Koordynator.
– Gdzież tam! Dwa dni zajmie mi sam Obrońca - potem, kiedy uruchomię choć jeden automat. Naprawczy. A muszę mieć jeszcze jeden, ciężarowy. Żeby je przejrzeć, potrzebuję znowu dwu dni, z tym, że nie wiem, czy w ogóle dadzą się uruchomić.
– Czy nie można wymontować z Obrońcy serca i ustawić go za prowizorycznym pancerzem, tutaj, na górze, pod osłoną kadłuba? - pytał dalej Koordynator. Skierował wzrok na Fizyka. Ten potrząsnął głową.
– Nie. Każdy biegun serca waży przeszło tonę. Poza tym bieguny nie zmieszczą się w tunelu.
– Tunel można poszerzyć.
– Nie przejdą przez właz. A klapa ciężarowa jest pięć metrów nad ziemią i zalana wodą z pękniętego zbiornika rufowego, przecież wiesz.
– Badałeś skażenie tej wody? - spytał Inżynier.
– Tak. Stront, wapń, cer, wszystkie izotopy baru i co tylko chcesz. Nie można jej ani wypuścić - zatrułaby nam cały grunt w promieniu czterystu metrów - ani oczyścić, jak długo antyradiatory nie mają sprawnych filtrów.
– A ja nie mogę oczyścić filtrów bez mikroautomatu - dodał Inżynier. Koordynator, który wodził oczami od jednego do drugiego, w miarę jak mówili, odezwał się:
– Rejestr naszych „niemożności” jest spory, ale to nic, dobrze, żeśmy go sobie przepowiedzieli od tej strony, myślę o uzbrojeniu. Pozostają zatem miotacze, tak?
– To nie są żadne miotacze - z odcieniem irytacji powiedział Inżynier. - Nie wprowadzajmy samych siebie w błąd. Doktor podniósł koło nich taki szum, jakbyśmy właśnie zamierzali rozpocząć tu wojnę atomową. Oczywiście, można z nich wyrzucać wzbogacony roztwór, ale zasięg nie przekracza nawet siedmiuset metrów. To polewaczki ręczne, nic więcej, a do tego niebezpieczne dla strzelającego, jeśli nie ma na sobie pancerza. A pancerz waży sto trzydzieści kilogramów.
– Rzeczywiście, mamy same ciężkie rzeczy na pokładzie - powiedział Koordynator takim tonem, że nikt nie wiedział, czy drwi. - Zrobiłeś to obliczenie, prawda? - spytał Fizyka.
– Zrobiłem. Jest jeszcze taki wariant: dwa miotacze, oddalone od siebie co najmniej o sto metrów, strzelają tak, aby obie wyrzucone strugi przecięły się w celu. Powstaje wtedy z obu podkrytycznych strumieni objętość nadkrytyczna i zachodzi reakcja łańcuchowa.
– To dobre do zabawy, na poligonie - zauważył Chemik. - Nie wyobrażam sobie takiej precyzji w warunkach polowych.
– Czyli że żadnych atomowych miotaczy w ogóle nie mamy? - zdziwił się Cybernetyk. Pochylił się do przodu. Ogarniała go złość. - Więc po co była ta cała dyskusja - spór - sprzeczka - czy mamy wyruszać, straszliwie uzbrojeni, czy nie? Gonimy po prostu w piętkę!
– Zgadzam się, że sporo robimy bez głowy - powiedział wciąż jednakowo spokojny Koordynator. - Że robiliśmy dotąd - dodał. - Ale na taki luksus nie możemy sobie dalej pozwolić. Nie jest całkiem tak, jak mówisz - patrzał na Cybernetyka - bo istnieje pierwszy wariant użycia miotaczy, wyrzucanie połowy pojemności zbiornika, a wtedy w celu nastąpi wybuch. Tylko trzeba strzelać z możliwie dobrego ukrycia i zawsze na maksymalną odległość.
– To znaczy, że przed otwarciem ognia trzeba wleźć na metr w ziemię, tak?
– Co najmniej na półtora metra - z dwumetrowym przedpiersiem - wtrącił Fizyk.
– No, to dobre w wojnie pozycyjnej. Na wyprawach jest bezprzedmiotowe - powiedział wzgardliwie Chemik.
– Zapominasz o naszej sytuacji - odparował Koordynator. - Jeżeli zajdzie konieczność, jeden człowiek z miotaczem osłoni reszcie odwrót.
– A! Bez kopania metrowych nasypów?
– Jeżeli nie będzie na to czasu - bez.
Milczeli przez chwilę.
– Ile mamy jeszcze zdatnej do użycia wody? - spytał Cybernetyk.
– Niespełna tysiąc dwieście litrów.
– To bardzo mało.
– Bardzo mało.
– Proszę teraz o konkretne propozycje - odezwał się Koordynator. Na białym czepcu jego bandaża ukazała się czerwona plamka. - Celem naszym jest uratować siebie i… mieszkańców planety.
Zapadła cisza. Naraz wszystkie głowy zwróciły się w jedną stronę. Zza ściany dochodziła stłumiona muzyka. Powolne takty melodii, którą wszyscy znali.
– Aparat ocalał?… - szepnął ze zdziwieniem Cybernetyk. Nikt mu nie odpowiedział.
– Czekam - powtórzył Koordynator. - Nikt? - Wobec tego postanawiam: wyprawy będą kontynuowane. Jeżeli uda się doprowadzić do kontaktu w sprzyjających warunkach - zrobimy wszystko, co będzie możliwe, aby urzeczywistnić porozumienie. Nasz zapas wody jest niezwykle mały. Dla braku środków transportowych nie możemy go powiększyć natychmiast. Musimy się zatem rozdzielić. Połowa załogi będzie stale pracować w rakiecie, druga połowa - badać teren. Jutro przystąpimy do naprawy łazika i zmontowania miotaczy. Jeżeli zdążymy - już wieczorem podejmiemy wypad na kołach. Kto chce coś powiedzieć?
– Ja - powiedział Inżynier. Skulony, z twarzą w dłoniach, zdawał się patrzeć przez szpary między palcami w podłogę.
– Niech Doktor zostanie przy rakiecie…
– Dlaczego? - zdziwił się Cybernetyk. Wszyscy i
– On… nie podejmie nic przeciw nam… jeżeli to masz na myśli - powoli, ostrożnie dobierając słowa, powiedział Koordynator. Czerwona plama na bandażu nieco urosła. - Mylisz się, sądząc…
– On - czy nie można by go zawołać? Nie chcę tak.
– Mów - powiedział Cybernetyk.
– Wiecie, co zrobił pod tą - fabryką. Mógł zginąć.
– Tak. Ale - on jeden pomógł mi… rozdeptać… - Koordynator nie dokończył.
– To prawda - zgodził się Inżynier. Nie odrywał rąk od twarzy. - Wobec tego nic nie powiedziałem.
– Kto chce zabrać głos? - Koordynator wyprostował się lekko, podniósł rękę do głowy, dotknął bandaża i popatrzał na palce. Muzyka za ścianą wciąż grała.
– Tu czy tam, w terenie - nie wiadomo, gdzie pierwej ich się spotka - przyciszonym głosem rzucił Fizyk do Inżyniera.
– Czy będziemy losować? - spytał Chemik.
– To niemożliwe - zostać będą musieli zawsze ci, którzy mają na statku robotę, to znaczy - specjaliści - powiedział Koordynator. Wstawał powoli, dziwnie jakoś niepewnie. Naraz zachwiał się, Inżynier przyskoczył i podparł go. Zajrzał mu w twarz.