Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 22 из 63

— Yen…

— Oddychaj, oddychaj, zaraz ci przejdzie.

— Yen!

— Tak. Szczerość za szczerość.

— Dobrze się czujesz?

— Czekałam — wycisnęła cytrynę na łososia. - Nie wypadało mi przecież reagować na wyznania czynione w myślach. Doczekałam się słów, mogłam odpowiedzieć, odpowiedziałam. Czuję się świetnie.

— Co się stało?

— Opowiem ci później. Jedz. Ten łosoś jest wyborny, klnę się na Moc, doprawdy wyborny.

— Czy mogę cię pocałować? Teraz, tu, przy wszystkich?

— Nie.

— Ye

— Sabrina! — Ye

Czarodziejki objęły się ostrożnie i pocałowały sobie wzajem powietrze obok uszu i brylantowo-onyksowych kolczyków. Kolczyki obu czarodziejek, przypominające miniaturowe kiście winogron, były identyczne — w powietrzu natychmiast zapachniało wściekłą wrogością.

— Geralt, pozwól, to moja szkolna przyjaciółka, Sabrina Glevissig z Ard Carraigh.

Wiedźmin skłonił się, ucałował podaną wysoko dłoń. Zdążył już zorientować się, że wszystkie czarodziejki oczekiwały przy powitaniach całowania w rękę, gestu, który równał je co najmniej z księżnymi. Sabrina Glevissig uniosła głowę, jej kolczyki zadrżały i zadzwoniły. Cichutko, lecz demonstracyjnie i bezczelnie.

— Bardzo pragnęłam cię poznać, Geralt — powiedziała z uśmiechem. Jak wszystkie czarodziejki, nie uznawała „panów", „waszmościów" ani i

— Też tak myślę — odrzekła swobodnie Ye

Wiedźmin kiwnął głową, przełknął ślinę. Bluzka Sabriny Glevissig, uszyta z czarnego szyfonu, odsłaniała absolutnie wszystko, co było do odsłonięcia, a trochę było. Karminowa spódnica, ściągnięta srebrnym pasem z wielką klamrą w kształcie róży, była bokiem rozcięta zgodnie z najnowszą modą. Moda nakazywała jednak nosić spódnice rozcięte do połowy uda, a Sabrina nosiła rozciętą do połowy biodra. Bardzo ładnego biodra.

— Co nowego w Kaedwen? — spytała Ye

— Dajmy pokój polityce — uśmiechnęła się Sabrina. Odrobinę za długi nos i drapieżne oczy upodobniały ją do klasycznego wizerunku wiedźmy. - Jutro, na naradzie, napolitykujemy się po dziurki w nosie. I nasłuchamy się różnych… morałów. O potrzebie pokojowej koegzystencji… O przyjaźni… O konieczności zajęcia solidarnej pozycji wobec planów i zamiarów naszych królów… Czego jeszcze się nasłuchamy, Ye

— Dajmy pokój polityce.

Sabrina Glevissig zaśmiała, się srebrnie przy wtórze cichego brzęku kolczyków.

— Słusznie. Zaczekajmy do jutra. Jutro… Jutro wszystko się wyjaśni. Ach, ta polityka, te nie kończące się narady… Jakże one fatalnie odbijają się na cerze. Na szczęście mam doskonały krem, wierz mi, kochana, zmarszczki znikają jak sen jaki złoty… Dać ci recepturę?

— Dziękuję, kochana, ale nie potrzebuję. Naprawdę.

— Ach, wiem. W szkole zawsze zazdrościłam ci cery. Bogowie, ileż to lat?

Ye

— Och, wybacz — powiedziała nagle. - Widzę tam Filippę, muszę z nią koniecznie porozmawiać. Pozwól, Geralt. Pa, Sabrina.

— Pa, Ye

— Dziękuję — głos Ye

Filippa Eilhart była w towarzystwie Dijkstry. Geralt, który miał niegdyś przelotny kontakt z redańskim szpiegiem, w zasadzie powinien był się ucieszyć — wreszcie trafił na kogoś znajomego, kto jak i on nie należał do konfraterni. Ale nie cieszył się.

— Cieszę się, że cię widzę, Ye

— Któż go nie zna — Ye

— To dla mnie radość — zapewnił szef tajnych służb króla Vizimira — znowu cię widzieć, Ye

Geralt, powstrzymując się od zapewniania, że jego uszanowanie jest jeszcze głębsze, uścisnął podaną dłoń — a raczej spróbował to uczynić, bo jej rozmiary przekraczały normy i czyniły uściśnięcie praktycznie niemożliwym.

Olbrzymi szpieg ustrojony był w jasnobeżowy dublet, dość nieformalnie rozpięty. Widać było, że czuje się w nim swobodnie.

— Zauważyłam — powiedziała Filippa — że rozmawialiście z Sabriną?

— Rozmawialiśmy — fuknęła Ye

— Próbowała was wypytywać? Wszyscy wiedzą, że ona szpieguje dla Henselta z Kaedwen.

— Doprawdy? — Ye

— A pan, panie hrabio, dobrze się bawi na naszej uroczystości? — spytała Ye

— Niezwykle dobrze — szpieg króla Vizimira ukłonił się dwornie.

— Jeśli zważymy — uśmiechnęła się Filippa — że hrabia jest tu służbowo, takie zapewnienie jest dla nas niesłychanie komplementujące. I jak każdy podobny komplement, mało szczere. Jeszcze przed chwilą wyznawał mi, że wolałby miły, swojski półmrok, smrodek pochodni i przypalanego na rożnach mięsiwa. Brak mu też tradycyjnego, zalanego sosem i piwem stołu, w który mógłby walić kuflem w rytm plugawych, pijackich piosenek, a pod który nad ranem mógłby osunąć się z wdziękiem, by zasnąć wśród chartów ogryzających kości. A na moje argumenty, wykazujące wyższość naszego sposobu ucztowania, pozostał, wyobraźcie to sobie, głuchy.

— Doprawdy? — wiedźmin spojrzał na szpiega łaskawiej. - A jakie to były argumenty, jeśli można wiedzieć?

Tym razem jego pytanie zostało najwyraźniej potraktowane jako przedni żart, bo obie czarodziejki zaśmiały się jednocześnie.

— Ach, mężczyźni — powiedziała Filippa. - Niczego nie rozumiecie. Czy w półmroku i dymie, siedząc za stołem, można imponować suknią i figurą?

Geralt, nie znajdując słów, skłonił się tylko. Ye

— Ach — powiedziała. - Widzę tam Triss Merigold. Muszę z nią koniecznie zamienić kilka słów… Wybaczcie, że was teraz opuścimy. Na razie, Filippa. Z pewnością znajdziemy jeszcze dziś sposobność do pogawędki. Czyż nie tak, hrabio?

— Niewątpliwie — Dijkstra uśmiechnął się i ukłonił głęboko. - Jestem do usług, Ye

Podeszli do Triss, mieniącej się kilkoma odcieniami błękitu i seledynu. Triss na ich widok przerwała rozmowę z dwoma czarodziejami, zaśmiała się radośnie, objęła Ye

Czarodzieje przedstawili się. Jednym był Drithelm z Pont Vanis, drugim jego brat Detmold. Obaj byli w służbie króla Esterada z Koviru. Obaj okazali się małomówni, obaj odeszli przy pierwszej nadarzającej się okazji.

— Rozmawialiście z Filippa i Dijkstra z Tretogoru — zauważyła Triss, bawiąc się zawieszonym na szyi, oprawnym w srebro i brylanty serduszkiem z lapis lazuli. -Wiecie, oczywiście, kim jest Dijkstra?

— Wiemy — powiedziała Ye

— Próbował — czarodziejka uśmiechnęła się znacząco i zachichotała. - Dość ostrożnie. Ale Filippa przeszkadzała mu, jak mogła. A myślałam, że są w lepszej komitywie.

— Są w świetnej komitywie — ostrzegła poważnie Ye

— Wiem. Będę uważała. A przy okazji… — Triss zniżyła głos. - Co u niej słychać? Czy będę mogła ją zobaczyć?

— Jeśli zdecydujesz się wreszcie prowadzić ćwiczenia w Aretuzie — uśmiechnęła się Ye

— Ach — Triss szerzej otworzyła oczy. - Rozumiem. Czy Ciri…

— Ciszej, Triss. Porozmawiamy o tym później. Jutro. Po naradzie.

— Jutro? — uśmiechnęła się dziwnie Triss. Ye

— Już są — odchrząknęła Triss. - Przyszli nareszcie.

— Tak — potwierdziła Ye

Zgromadzeni czarodzieje rozstąpili się, kłaniając z szacunkiem wkraczającym na salę osobistościom. Jako pierwszy podążał niemłody, ale krzepki mężczyzna w niezwykle skromnym wełnianym stroju. U jego boku kroczyła wysoka kobieta o ostrych rysach i ciemnych, gładko uczesanych włosach.