Страница 12 из 65
— Panie…
— Ani słowa, Gyllenstiern. Pani Ye
— Królu — rzekł Gyllenstiern. - Jak to? Smok jest tuż, tuż. Tylko ręką sięgnąć. Królu, twoje marzenie…
— Moje marzenie — powtórzył zamyślony Niedamir. - Ja go jeszcze nie mam. A jeśli tu zostanę… Może wtedy nie będę go miał już nigdy.
— A Malleore? A ręka księżniczki? — nie rezygnował kanclerz wymachując rękami. - A tron? Królu, tamtejszy lud uzna cię…
— W rzyci mam tamtejszy lud, jak mawia pan Boholt — zaśmiał się Niedamir. - Tron Malleore jest i tak mój, bo mam w Caingorn trzystu pancernych i półtora tysiąca pieszego luda przeciwko ich tysiącu zafajdanych tarczowników. A uznać, to oni mnie i tak uznają. Tak długo będę wieszał, ścinał i włóczył końmi, aż uznają. A ich księżniczka to tłuste cielątko i plunąć mi na jej rękę, potrzebny mi tylko jej kuper, niech urodzi następcę, a potem sieją i tak otruje. Metodą mistrza Kozojeda. Dość gadania, Gyllenstiern. Przystąp do wykonywania otrzymanych rozkazów.
— Zaiste — szepnął Jaskier do Geralta. - Dużo się nauczył.
— Dużo — potwierdził Geralt patrząc na pagórek, na którym złoty smok, zniżywszy trójkątną głowę, lizał rozwidlonym, szkarłatnym jęzorem coś, co siedziało w trawie obok niego. - Ale nie chciałbym być jego poddanym, Jaskier.
— I co teraz będzie, jak myślisz?
Wiedźmin patrzył spokojnie na maleńkie, szarozielone stworzonko, trzepoczące nietoperzymi skrzydełkami obok złotych pazurów schylonego smoka.
— A co ty na to wszystko, Jaskier? Co ty o tym myślisz?
— A jakie znaczenie ma to, co ja myślę? Ja jestem poetą, Geralt. Czy moje zdanie ma jakieś znaczenie?
— Ma.
— No, to ci powiem. Ja, Geralt, jak widzę gada, żmiję, dajmy na to, albo i
— No?
— On… on jest ładny, Geralt.
— Dziękuję, ci, Jaskier.
— Za co?
Geralt odwrócił głowę, wolnym ruchem sięgnął do klamry pasa, skosem przecinającego pierś, skrócił go o dwie dziurki. Uniósł prawą dłoń, sprawdzając, czy rękojeść miecza jest we właściwym położeniu. Jaskier przyglądał się szeroko otwartymi oczami.
— Geralt! Ty zamierzasz…
— Tak — rzekł spokojnie wiedźmin. - Jest granica możliwości. Mam tego wszystkiego dość. Idziesz z Niedamirem czy zostajesz, Jaskier?
Trubadur schylił się, ostrożnie i pieczołowicie ułożył lutnię pod kamieniem, wyprostował się.
— Zostaję. Jak powiedziałeś? Granica możliwości? Rezerwuję sobie ten tytuł dla ballady.
— To może być twoja ostatnia ballada, Jaskier.
— Geralt?
— Aha?
— Nie zabijaj… Możesz?
— Miecz to jest miecz, Jaskier. Gdy się go już dobędzie…
— Postaraj się.
— Postaram się.
Dorregaray zachichotał, obrócił się w stronę Ye
— Tam oto — powiedział — odchodzi król Niedamir. Nie wydaje już królewskich rozkazów ustami Gyllenstierna. Odchodzi wykazawszy rozsądek. Dobrze, że jesteś, Jaskier. Proponuję, żebyś zaczął układać balladę.
— O czym?
— A o tym — czarodziej wyjął różdżkę zza pazuchy — jak Mistrz Dorregaray, czarnoksiężnik, pogonił do domów hultajstwo chcące po hultajsku zabić ostatniego złotego smoka, jaki pozostał na świecie. Nie ruszaj się, Boholt! Yarpen, ręce precz od topora! Nawet nie drgnij, Ye
— Dorregaray! — zasyczała Ye
— Mości czarodzieju — rzekł pojednawczo Boholt. - Alboż to się godzi…
— Milcz, Boholt. Powiedziałem, nie ruszycie tego smoka. Nie zabija się legendy. W tył zwrot i wynocha.
Ręka Ye
Geralt zwinął się w piruecie, uchodząc przed mieczem Boholta, uderzył krótko doskakującego Zdzieblarza, zrywając mu żelazny naręczak. Zdzieblarz odskoczył, potknął się, upadł. Boholt stęknął, zawinął mieczem jak kosą. Geralt przeskoczył nad świszczącym ostrzem, głowicą miecza gruchnął Boholta w napierśnik, odrzucił, ciął, mierząc w policzek. Boholt, widząc, że nie zdoła sparować ciężkim mieczem, rzucił się w tył, padając na wznak. Wiedźmin doskoczył do niego i w tym momencie poczuł, że ziemia umyka mu spod drętwiejących nóg. Zobaczył, jak horyzont z poziomego robi się pionowy. Nadaremnie usiłując złożyć palce w ochro
— Zwiążcie ich, dopóki działa zaklęcie — powiedziała Ye
Dorregaray i Geralt, otumanieni i bezwładni, dali się spętać i przywiązać do wozu bez oporu i bez słowa. Jaskier rzucał się i rugał, więc jeszcze przed przywiązaniem — dostał po pysku.
— Po co ich wiązać, zdrajców, psich synów — rzekł Kozojed podchodząc. - Od razu ich utłuc i spokój.
— Sam jesteś syn, i to nie psi — powiedział Yarpen Zigrin. - Nie obrażaj tu psów. Poszedł won, zelówo.
— Strasznieście śmiali — warknął Kozojed. - Obaczym, czy wam śmiałości starczy, gdy moi z Hołopola nadciągną, a tylko ich patrzeć. Zoba…
Yarpen, wykręcając się z nieoczekiwaną przy swej posturze zwi
— Popamiętacie! — wrzasnął na czworakach. - Wszystkich was…
— Chłopaki! — ryknął Yarpen Zigrin. - W rzyć szewca, dratwa jego mać! Łap go, Niszczuka!
Kozojed nie czekał. Zerwał się i kłusem pognał w stronę wschodniego kanionu. Za nim chyłkiem pobiegli hołopolscy tropiciele. Krasnoludy, rechocząc, ciskały za nimi kamieniami.
— Od razu jakoś powietrze poświeżało — zaśmiał się Yarpen. - No, Boholt, bierzemy się za smoka.
— Pomału — podniosła rękę Ye
- Że jak? — Boholt zgarbił się, a oczy rozbłysły mu złowrogim blaskiem. - Co powiadacie, jaśnie wielmożna pani wiedźmo?
— Wynoście się stąd w ślad za szewcem — powtórzyła Ye
— No nie — wycedził Boholt — moja cierpliwość sięgnęła granic możliwości. Nie dam robić z siebie głupka. Zdzieblarz, odczep no dyszel od wozu. Czuję, że i mnie potrzebna będzie broń niekonwencjonalna. Zaraz ktoś tu oberwie po krzyżu, proszę waszmości. Nie będę wskazywać palcem, ale zaraz oberwie po krzyżu pewna paskudna wiedźma.
— Spróbuj tylko, Boholt. Uprzyjemnisz mi dzień.
— Ye
— Może ja po prostu nie lubię się dzielić, Yarpen?
— Cóż — uśmiechnął się Yarpen Zigrin. - Głęboko ludzkie. Tak ludzkie, że aż prawie krasnoludzkie. Przyjemnie jest widzieć swojskie cechy u czarodziejki. Bo i ja nie lubię się dzielić, Ye
Zgiął się w krótkim, błyskawicznym zamachu. Stalowa kula, wydobyta nie wiadomo skąd i kiedy, warknęła w powietrzu i łupnęła Ye
— No i co, Ye
Rozerwał jej kołnierz kubraczka,'rozdarł i rozchełstał koszulę. Ye
— Nie mam teraz czasu — rzekł Boholt obmacując ją bezwstydnie wśród rechotu krasnoludów — ale poczekaj trochę, wiedźmo. Jak załatwimy smoka, urządzimy sobie zabawę. Przywiążcie ją porządnie do koła, chłopcy. Obie łapki do obręczy, tak, by ni palcem kiwnąć nie mogła. I niech jej teraz nikt nie rusza, psiakrew, proszę waszmości. Kolejność ustalimy wedle tego, jak kto się spisze przy smoku.
— Boholt — odezwał się skrępowany Geralt, cicho, spokojnie i złowrogo. - Uważaj. Odnajdę cię na końcu świata.
— Dziwię ci się — odrzekł Rębacz, równie spokojnie. - Ja na twoim miejscu siedziałbym cicho. Znam cię i muszę poważnie traktować twoją groźbę. Nie będę miał wyjścia. Możesz nie przeżyć, wiedźminie. Wrócimy jeszcze do tej sprawy. Niszczuka, Zdzieblarz, na konie.
— No i masz ci los — sieknął Jaskier. - Po diabła ja się w to mieszałem?
Dorregaray, pochyliwszy głowę, przyglądał się gęstym kroplom krwi, wolno kapiącym mu z nosa na brzuch.
— Może byś się tak przestał gapić! - krzyknęła do Geralta czarodziejka, jak wąż wijąc się w powrozach, na próżno usiłując ukryć obnażone wdzięki. Wiedźmin posłusznie odwrócił głowę. Jaskier nie.