Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 11 из 65

Eyck mówił coraz głośniej, egzaltowany głos łamał mu się i drżał z podniecenia.

— …kto znieważy honor, znieważy i mnie, i krew jego lub moja popłynie na tę umęczoną ziemię. Bestia żąda pojedynku? Dobrze więc! Niechaj herold otrąbi moje imię! Niech zadecyduje sąd bogów! Za smokiem siła kłów i pazurów, i piekielna złość, a za mną…

— Co za kretyn — mruknął Yarpen Zigrin.

— …za mną prawość, za mną wiara, za mną łzy dziewic, które ten gad…

— Skończ, Eyck, bo rzygać się chce! — wrzasnął Boholt.

— Dalej, w pole! Bierz się za smoka, zamiast gadać!

— Ej, Boholt, zaczekaj — rzekł nagle krasnolud szarpiąc brodę. - Zapomniałeś o umowie? Jeśli Eyck położy gadzinę, weźmie połowę…

— Eyck nic nie weźmie — wyszczerzył zęby Boholt. - Znam go. Jemu wystarczy, jeśli Jaskier ułoży o nim piosenkę.

— Cisza! — oznajmił Gyllenstiern. - Niech tak będzie. Przeciwko smokowi wystąpi prawy rycerz błędny, Eyck z Deńesle, walczący w barwach Caingorn jako kopia i miecz króla Niedamira. Taka jest królewska decyzja!

— No i masz — zgrzytnął zębami Yarpen Zigrin. - Kopia i miecz Niedamira. Załatwił nas caingornski królik. I co teraz?

— Nic — Boholt splunął. - Nie chcesz chyba zadzierać z Eyckiem, Yarpen? On gada głupio, ale jeśli już wlazł na konia i podniecił się, to lepiej schodzić mu z drogi. Niech idzie, zaraza, i niech załatwi smoka. A potem się zobaczy.

— Kto będzie heroldem? — spytał Jaskier. - Smok chciał herolda. Może ja?

— Nie. To nie piosenki śpiewać, Jaskier — zmarszczył się Boholt. - Heroldem niech będzie Yarpen Zigrin. Ma głos jak buhaj.

— Dobra, co mi tam — rzekł Yarpen. - Dawajcie mi tu chorążego ze znakiem, żeby wszystko było jak należy.

— Tylko grzecznie mówcie, panie krasnoludzie. I dwornie — upomniał Gyllenstiern.

— Nie uczcie mnie jak gadać — krasnolud dumnie wypiął brzuch. - Chodziłem w poselstwa już wtedy, kiedy wy jeszczeście na chleb mówili: «bep», a na muchy: "tapty"

Smok w dalszym ciągu spokojnie siedział na pagórku, wesoło machając ogonem. Krasnolud wdrapał się na największy głaz, odchrząknął i splunął.

— Hej, ty tam! — zaryczał, biorąc się pod boki. - Smoku chędożony! Słuchaj, co ci rzeknie herold! Znaczy się ja! Jako pierwszy zabierze się do ciebie honorowo obłędny rycerz Eyck z Denesle! I wrazi ci kopię w kałdun, wedle świętego zwyczaju, na pohybel tobie, a na radość biednym dziewicom i królowi Niedamirowi! Walka ma być honorowa i wedle prawa, ziać ogniem nie łza, a jeno konfesjonalnie łupić jeden drugiego, dopokąd ten drugi ducha nie wyzionie albo nie zemrze! Czego ci życzymy z duszy, serca! Pojąłeś, smoku?

Smok ziewnął, zamachał skrzydłami, a potem, przypadłszy do ziemi, szybko zlazł z pagóra na równy teren.

— Pojąłem, cny heroldzie! — odryczał. - Niech tedy wystąpi w pole szlachetny Eyck z Denesle. Jam gotów!

— Istne jasełki — Boholt splunął, ponurym wzrokiem odprowadzając Eycka, stępa wyjeżdżającego zza bariery głazów. - Cholerna kupa śmiechu…

— Zamknij jadaczkę, Boholt — krzyknął Jaskier zacierając ręce. - Patrz, Eyck idzie do szarży! Psiakrew, ale będzie piękna ballada!

— Hurra! Wiwat Eyck! — krzyknął ktoś z grupy łuczników Niedamira.

— A ja — odezwał się ponuro Kozojed — ja bym go jednak dla pewności napchał siarką.

Eyck, już w polu, odsalutował smokowi uniesioną kopią, zatrzasnął zasłonę hełmu i uderzył konia ostrogami.

— No, no — powiedział krasnolud. - Głupi to on może jest, ale na szarżowaniu faktycznie się zna. Patrzcie tylko!

Eyck, schylony, zaparty w siodle, zniżył kopię w pełnym galopie. Smok, wbrew oczekiwaniom Geralta, nie odskoczył, nie ruszył półkolem, ale przypłaszczony do ziemi, popędził prosto na atakującego rycerza.

— Bij go! Bij, Eyck! — wrzasnął Yarpen.

Eyck, choć niesiony galopem, nie uderzył na wprost, na oślep. W ostatniej chwili zmienił zwi

Smok uniknął pchnięcia w delikatnym, zwi

Smok przysiadając przygniótł konia łapą, zniżył zębatą paszczę. Koń kwiknął przeraźliwie, zaszamotał się i ścichł.

W ciszy, jaka zapadła, wszyscy usłyszeli głęboki głos smoka Villentretenmertha.

— Mężnego Eycka z Denesle można zabrać z pola, jest niezdolny do dalszej walki. Następny, proszę.

— O, kurwa — powiedział Yarpen Zigrin w ciszy, jaka zapadła.

VIII

— Obie nogi — powiedziała Ye

— Ryzyko zawodowe — mruknął Geralt. Czarodziejka zmarszczyła się.

— Tylko tyle masz do powiedzenia?

— A co jeszcze chciałabyś usłyszeć, Ye

— Ten smok jest niewiarygodnie szybki, Geralt. Za szybki, by mógł z nim walczyć człowiek.

— Rozumiem. Nie, Yen. Nie ja.

— Zasady? — uśmiechnęła się zjadliwie czarodziejka. - Czy zwykły, najzwyklejszy strach? To jedno ludzkie uczucie, którego w tobie nie wytrzebiono?

— Jedno i drugie — zgodził się beznamiętnie wiedźmin. - Co za różnica?

— Właśnie — Ye

— Dla ciebie?

— Dla mnie. Chcę tego smoka, Geralt. Całego. Chcę go mieć tylko dla siebie.

— Użyj czarów i zabij go.

— Nie. Ty go zabij. A ja czarami powstrzymam Rębaczy i i

— Padną trupy, Ye

— Od kiedy ci to przeszkadza? Ty zajmij się smokiem, ja biorę na siebie ludzi.

— Ye

Ye

— Jest ktoś, kto może mi pomóc, Geralt. Podobno to… wiesz, o co mi chodzi… Podobno to nie jest nieodwracalne. Jest szansa. Mogę jeszcze mieć… Rozumiesz?

— Rozumiem.

— To skomplikowana operacja, kosztowna. Ale w zamian za złotego smoka… Geralt? Wiedźmin milczał.

— Kiedyśmy wisieli na moście — powiedziała czarodziejka — prosiłeś mnie o coś. Spełnię twoją prośbę. Mimo wszystko.

Wiedźmin uśmiechnął się smutno, wskazującym palcem dotknął obsydianowej gwiazdy na szyi Ye

— Za późno, Yen. Już nie wisimy. Przestało mi zależeć. Mimo wszystko.

Oczekiwał najgorszego, kaskady ognia, błyskawicy, ciosu w twarz, obelgi, przekleństwa. Zdziwił się, widząc tylko powstrzymywane drżenie warg. Ye

— No, to sprawę honoru rycerskiego mamy już z głowy, proszę waszmości — zawołał Boholt, już w zbroi, stając przed Niedamirem, wciąż siedzącym na kamieniu z nieodmie

— A umowa, Boholt? — wycedził kanclerz. - Co z umową?

— W rzyci mam umowę.

— To niebywałe! To zniewaga majestatu! — tupnął nogą Gyllenstiern. - Król Niedamir…

— Co, król? — wrzasnął Boholt wspierając się na ogromnym, dwuręcznym mieczu. - Może król życzy sobie osobiście, sam iść na smoka? A może to wy, jego wierny kanclerz, wtłoczycie w blachy wasze brzuszysko i wystąpicie w pole? Czemu nie, proszę bardzo, my zaczekamy, proszę waszmości. Mieliście swoją szansę, Gyllenstiern, gdyby Eyck zadźgał smoka, to wy wzięlibyście go całego, nam nie dostałoby się nic, ni jedna złota łuska z jego grzbietu. Ale teraz za późno. Przejrzyjcie na oczy. Nie ma komu bić się w barwach Caingorn. Nie znajdziecie drugiego takiego durnia jak Eyck.

— Nieprawda! — szewc Kozojed przypadł do króla, wciąż zajętego obserwacją sobie tylko znanego punktu na horyzoncie. - Królu panie! Zaczekajcie tylko krzynę, niech no nadciągną nasi z Hołopola, a tylko ich patrzeć! Pluńcie na przemądrzałą szlachtę, precz ich pognajcie! Obaczyde, kto śmiały naprawdę, kto w garści mocny, a nie w gębie!

— Zamknij pysk — spokojnie odezwał się Boholt ścierając plamkę rdzy z napierśnika. - Zamknij pysk, chamie, bo jak nie, to ja ci go zamknę tak, że ci zębiska do gardzieli wlecą.

Kozojed, widząc zbliżających się Ke

— Królu! — zawołał Gyllenstiern. - Królu, co rozkażesz?

Wyraz znudzenia znikł nagle z twarzy Niedamira. Nieletni monarcha zmarszczył piegowaty nos i wstał.

— Co rozkażę? - powiedział cienko. - Nareszcie zapytałeś o to, Gyllenstiern, zamiast decydować za mnie i przemawiać za mnie i w moim imieniu. Bardzo się cieszę. I niech tak zostanie, Gyllenstiern. Od tej chwili będziesz milczał i słuchał rozkazów. Oto pierwszy z nich. Zbierz ludzi, każ położyć na wóz Eycka z Denesle. Wracamy do Caingom.