Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 16 из 58

GŁOS ROZSĄDKU 3

— Jestem Falwick, hrabia Moen. A to rycerz Tailles z Domdal.

Geralt ukłonił się niedbale, patrząc na rycerzy. Obaj byli w zbrojach i karminowych płaszczach ze znakiem Białej Róży na lewym ramieniu. Zdziwił się nieco, bo w okolicy, jak wiedział, nie było żadnej komandorii zakonu.

Ne

— Ci szlachetnie urodzeni panowie — powiedziała od niechcenia, rozsiadając się wygodniej na swym przypominającym tron fotelu — pozostają w służbie miłościwie władającego tymi ziemiami diuka Herewarda.

— Księcia — poprawił z naciskiem Tailles, młodszy z rycerzy, wlepiając w kapłankę jasne, niebieskie oczy, w których była wrogość. - Księcia Herewarda.

— Nie bawmy się w nazewnicze szczegóły — Ne

— Zaszczyt dla mnie — wiedźmin skłonił się ponownie, równie niedbale jak poprzednio.

— Wątpię — rzekła zimno kapłanka. - Oni nie przyjechali tu, by się zaszczycać. Wręcz przeciwnie. Przybyli z żądaniem, byś się stąd jak najprędzej wyniósł. Przybyli, by cię wypędzić, mówiąc krótko a treściwie. Uważasz to za zaszczyt? Ja nie. Ja to uważam za obelgę.

— Szlachetni rycerze trudzili się bez powodu, jak słyszę — wzruszył ramionami Geralt. - Nie zamierzam się tu osiedlać. Wyniosę się stąd sam bez dodatkowych bodźców i ponagleń, i to niebawem.

— Natychmiast — warknął Tailles. - Bez chwili zwłoki. Książę rozkazuje…

— Na terenie tej świątyni rozkazy wydaję ja — przerwała Ne

— Masz czelność sprzeciwiać się księciu, niewiasto? — krzyknął Tailles, po czym odrzucił płaszcz na ramię, demonstrując w całej okazałości żłobkowany, lamowany mosiądzem napierśnik. - Ośmielasz się kwestionować autorytet władzy?

— Ciszej — powiedziała Ne

— Wiem, do kogo mówię! - rycerz postąpił krok. Falwick, ten starszy, chwycił go mocno za łokieć, ścisnął, aż zazgrzytała pancerna rękawica. Tailles szarpnął się wściekle. - Mówię zaś słowa, które są wolą księcia, pana tych włości! Wiedz, niewiasto, że mamy na podwórcu dwunastu żołnierzy…

Ne

— Naprawdę nie wiem — powiedziała spokojnie — co się stanie, jeśli rozwalę ci to naczynie pod nogami, Tailles. Może pękną ci płuca. Może porośniesz sierścią. A może i jedno, i drugie, któż to wie? Chyba tylko miłościwa Melitele.

— Nie waż się grozić mi twymi czarami, kapłanko! Nasi żołnierze…

— Wasi żołnierze, jeśli którykolwiek z nich dotknie kapłanki Melitele, będą wisieli na akacjach wzdłuż drogi do miasta, i to zanim jeszcze słońce dotknie horyzontu. Oni wiedzą o tym bardzo dobrze. I ty o tym wiesz, Tailles, przestań więc zachowywać się jak cham. Odbierałam twój poród, zasrany smarkaczu, i żal mi twojej matki, ale nie kuś losu. Nie zmuszaj mnie, bym nauczyła cię manier!

— Dobrze już, dobrze — wtrącił wiedźmin, znudzony już nieco całym wydarzeniem. - Wygląda na to, że moja skromna osoba urasta do rozmiarów przyczyny poważnego konfliktu, a nie widzę powodu, aby tak miało być. Panie Falwick, wyglądacie mi na bardziej zrównoważonego niż wasz towarzysz, którego, jak widzę, roznosi zapał młodości. Posłuchajcie, panie Falwick: zaręczam, że opuszczę te okolice rychło, za kilka dni. Zaręczam też, nie zamierzałem i nie zamierzam pracować tutaj, przyjmować zleceń i zamówień. Nie jestem tu jako wiedźmin, ale jako osoba prywatna.

Hrabia Falwick spojrzał mu w oczy, a Geralt od razu zrozumiał swoją pomyłkę. We wzroku rycerza Białej Róży była czysta, niewzruszona i niczym nie skażona nienawiść. Wiedźmin zrozumiał i był pewien, że to nie diuk Hereward wyrzuca i przepędza go, ale Falwick i jemu podobni.

Rycerz odwrócił się do Ne

— Czcigodna Ne

— Nie widzę powodu, aby Geralt z Rivii ponosił konsekwencje rozwydrzenia tutejszych czarodziejów i druidów — przerwała kapłanka. - Od kiedy to Herewarda interesuje zdanie jednych lub drugich?

— Dość tej dyskusji — uniósł głowę Falwick. - Czy nie wyrażam się dostatecznie jasno, czcigodna Ne

— Tu nie jest Ellander! — kapłanka zerwała się z fotela. - Tu jest świątynia Melitele! A ja, Ne

— Panie Falwick — odezwał się cicho wiedźmin. - Posłuchajcie głosu rozsądku. Nie chcę kłopotów, a i wam, jak sądzę, też niespecjalnie na tym zależy. Opuszczę te okolice najdalej za trzy dni. Nie, Ne

— I słusznie, że nie prosisz — powiedziała kapłanka, zanim Falwick zdążył zareagować. - Słyszeliście, chłopcy? Wiedźmin pozostanie tu przez trzy dni, bo taka jest jego zachcianka. A ja, kapłanka Wielkiej Melitele, będę mu przez owe trzy dni udzielać gościny, bo taka jest moja zachcianka. Powtórzcie to Herewardowi. Nie, nie Herewardowi. Powtórzcie to jego małżonce, szlachetnej Ermel-li, dodając, że jeśli zależy jej na nieprzerwanych dostawach afrodyzjaków z mojej apteki, niechaj lepiej uspokoi swego diuka. Niechaj powściągnie jego humory i fanaberie wyglądające coraz bardziej na objawy zidiocenia.

— Dosyć! - krzyknął cienko Tailles, a głos załamał mu się w falset. - Nie myślę słuchać, jak jakaś szarlatanka znieważa mojego seniora i jego małżonkę! Nie puszczę płazem takiej zniewagi! Tu rządzić będzie teraz zakon Białej Róży, koniec będzie z waszymi gniazdami ciemnoty i zabobonu! A ja, rycerz Białej Róży…

— Słuchaj no, smarkaczu — przerwał Geralt, uśmiechając się paskudnie. - Pohamuj rozlatany języczek. Mówisz do kobiety, której należy się szacunek. Zwłaszcza od rycerza Białej Róży. Co prawda, aby zostać takowym, ostatnio wystarczy wpłacić do skarbca kapituły tysiąc novigradzkich koron, zakon zrobił się zatem pełen synów lichwiarzy i krawców, ale jakieś obyczaje chyba jeszcze u was przetrwały. A może się mylę?

Tailles pobladł i sięgnął do boku.

— Panie Falwick — powiedział Geralt, nie przestając się uśmiechać. - Jeśli on wyciągnie miecz, odbiorę mu go i opłazuję gówniarza po rzyci. A potem wybiję nim drzwi.

Tailles drżącymi rękami wyciągnął zza pasa żelazną rękawicę i z trzaskiem cisnął nią o posadzkę tuż przed stopami wiedźmina.

— Zmyję zniewagę zakonu twoją krwią, odmieńcze! — wrzasnął. - Na udeptanej ziemi! Wychodź na podwórzec!

— Coś ci upadło, synku — rzekła spokojnie Ne

Falwick, powstrzymując rozwścieczonego Taillesa żelaznym uchwytem, ukłonił się, chrzęszcząc zbroją. Potem spojrzał w oczy wiedźmina. Wiedźmin nie uśmiechnął się. Falwick zarzucił na ramię karminowy płaszcz.

— To nie była nasza ostatnia wizyta, czcigodna Ne

— Tego się właśnie obawiałam — odrzekła zimno kapłanka. - Cała nieprzyjemność po mojej stronie.