Страница 9 из 48
Doskonale ich rozumiałem. Projekt stanowił precedens, w którym, jak małe baby drewniane w wielkiej, siedziały i
e precedensy, z tym najpierw, że nigdy dotąd fizycy, technologowie, chemicy, nukleonicy, biologowie, informacjoniści nie dostali w ręce takiego przedmiotu badań, który nie przedstawiał tylko pewnej zagadki materialnej, więc naturalnej, lecz został z rozmysłem przez Kogoś stworzony i przesłany, przy czym rozmyśł ów musiał brać pod uwagę potencjalnych adresatów. Ponieważ uczeni tacy uczą się prowadzić tak zwane „gry z Naturą”, która nie jest przeciwnikiem osobowym w żadnym dozwolonym rozumieniu, nie dopuszczają możliwości, że za badanym obiektem naprawdę stoi Ktoś i że rozeznać się w obiekcie będzie można o tyle, o ile dotrze się rozumowaniem do owego – doskonale anonimowego – sprawcy. Więc chociaż skądinąd wiedzieli i mówili nawet, iż Nadawca jest realny, cały ich życiowy trening, cała zdobyta zaprawa specjalistyczna działa na przekór owemu doświadczeniu.Fizykowi w głowie nie postoi, że Ktoś wprowadził elektrony na orbity umyślnie po to, ażeby on sobie nad konfiguracjami orbit głowę musiał łamać. Wie dobrze, że hipoteza Sprawcy orbit jest w jego fizyce całkowicie zbędna, więcej, zgoła niedopuszczalna. Lecz w Projekcie taka niemożliwość okazała się realnością, fizyka stawała się nieprzydatna w swej dotychczasowej postawie, były z tym istne męczarnie. Tego, co powiedziałem, wystarczy pewno, by wyjaśnić, że wewnątrz Projektu zajmowałem stanowisko raczej odosobnione (w sensie teoretycznym, ogólnym, rozumie się, a nie hierarchiczno-administracyjnym).
Zarzucano mi, że jestem za mało „konstruktywny”, ponieważ stale miałem w pogotowiu swoje trzy grosze, które wtykałem w bieg cudzych rozumowań, aż zacinały się i stawały, sam natomiast niezbyt wiele wniosłem pożytecznych koncepcji, „z którymi dałoby się coś zrobić”. Baloyne zresztą wyraża się o mnie w Raporcie Kongresowym jak najlepiej (mam nadzieję, że nie tylko przez przyjaźń, jaka nas łączy), co może wypływało po części z jego (także administracyjnego) stanowiska. Gdyż podczas kiedy w każdym partykularnym pionie badawczym poglądy, po okresach oscylacji, zbiegały się ku pewnemu uznanemu grupowo mniemaniu, ten, kto zasiadał (jak Baloyne) w Radzie Naukowej, widział dobrze, że mniemania poszczególnych grup są nieraz aż diametralnie rozbieżne. Samą zresztą strukturę koordynacyjną Projektu, z jej izolacją wzajemną poszczególnych pionów, uważałem za bardzo rozsądną, ponieważ uniemożliwiała powstanie zjawisk typu „epidemii błędu”. Taka informacyjna kwaranta
a miała zresztą taż swoje ujemne rezultaty. Lecz tymi słowami zaczynam już wchodzić w szczegóły – przedwcześnie. Pora tedy przejść do przedstawienia wypadków.