Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 42 из 48

XV

Zdecydowaliśmy się przedstawić historię efektu Trex na Radzie Naukowej dopiero za trzy dni, potrzeba było bowiem nieco czasu, aby porządnie usystematyzować wyniki i sporządzić bardziej szczegółowe protokoły obserwacyjne, a także zrobić powiększenia wybranych zdjęć. Lecz już nazajutrz w południe poszedłem do Yvora. Przyjął wiadomość nad podziw spokojnie; nie doceniałem jego opanowania. Najbardziej był dotknięty tajemnicą, jaką zachowaliśmy przed nim do końca. Mówiłem mu wiele na ten temat w sytuacji odwróconej względem tej, jaka panowała już po moim przybyciu do osiedla, wtedy bowiem on starał się „odtłumaczyć” wcześniejsze pominięcie mnie, jak mógł. Lecz teraz szło o rzecz nieporównanie większej wagi.

Usiłowałem osłodzić pigułkę wszechmożliwymi argumentami, którym akompaniował pomrukiwaniem. Zachował do mnie długo żal, zrozumiały, choć w końcu jak gdyby uznał nasze racje. Tymczasem Donald w taki sam prywatny sposób uprzedził Dilla, tak więc jedynym człowiekiem, który wszystkiego dowiedział się na posiedzeniu, był Wilhelm Eeney. Jakkolwiek go nie cierpiałem, musiałem podziwiać, bo ani mrugnął podczas wykładu Donalda. Obserwowałem go przez cały czas. Ten człowiek urodził się na polityka, chociaż nie na dyplomatę może, bo dyplomata nie powinien być zanadto pamiętliwy, Eeney zaś, niemal dokładnie w rok po owym posiedzeniu, kiedy Projekt zakończył swą egzystencję, za pośrednictwem osoby trzeciej – pewnego dzie

Jak mógł się o tym przekonać Czytelnik, jeśli byliśmy wi

Wybiegłem tak daleko naprzód, aby ukazać, że Eeney nie był tak niewi

Wywiązała się potem dyskusja, w której Dill zauważył, raczej niespodzianie, że zrealizowany Trex mógł przynieść światu pokój, a nie zagładę, oznaczałby bowiem upadek doktryny EW (Early Warning, wczesnego ostrzeżenia), opierającej się na interwale czasowym, dzielącym odpalenie rakiet międzykontynentalnych od pojawienia się ich na radarowych ekranach obrony w wysokich punktach lotu podorbitalnego. Broń rażąca na odległość ziemskiej średnicy z szybkością światła „wcześniejszego ostrzeżenia” nie dopuszczała i obie strony postawiłaby w sytuacji ludzi, z których każdy trzyma w ręku rewolwer przyłożony do skroni drugiego. Mogło to doprowadzić do globalnego rozbrojenia. Lecz taka kuracja wstrząsowa mogła się również zakończyć całkiem inaczej, jak mu odpowiedział Donald.

Baloyne czuł tymczasem skupioną na sobie podejrzliwość Eeneya i rozpoczął się ów definitywny rozpad Rady, którego załatać ani skleić nie udało się już do końca trwania Projektu. Eeney przestał odtąd zachowywać pozory, jakoby był tylko kimś w rodzaju neutralnego ambasadora czy obserwatora z ramienia Pentagonu, co przejawiało się rozmaicie, ale zawsze w sposób dla nas niemiły. Tak więc najazd fachowców nuklearnych i balistycznych Armii, który rozpoczął się w dwadzieścia cztery godziny po owym posiedzeniu, już był w toku, podobny do operacji okupowania terenów wroga (śmigłowców przyleciało jak szarańczy), gdy dopiero Eeney powiadomił o tym kroku telefonicznie Baloyne’a. Równocześnie przyjazd sygnalizowanych ludzi z Kontrprojektu został odroczony. Byłem zupełnie pewny, że nukleonicy Armii, których nie uważałem za uczonych w żadnym rozumieniu tego słowa, tylko potwierdzą nasze wyniki doświadczeniami w skali poligonu, lecz sposób, w jaki wyjęto nam z rąk wszystkie dane, zabrano aparaturę, filmy, protokoły, odebrał mi resztę złudzeń, jeśli w ogóle je miałem.

Donald, zaledwie cierpiany we własnej pracowni, znosił to filozoficznie, a nawet tłumaczył mi, że inaczej nie może przecież być, bo gdyby i było inaczej, ocalona zostałaby tylko warstwa pozorów, które się przecież nie liczą. Gdyż działania takie są konsekwencją logiczną sytuacji światowej… i tak dalej, W pewnym sensie miał słuszność, lecz osobnika, który przyszedł do mnie rano (leżałem jeszcze w łóżku) i poprosił o zestawy obliczeń, spytałem, czy ma nakaz rewizji i czy przyszedł mnie aresztować. To go nieco zmitygowało i mogłem przynajmniej umyć zęby, ogolić się i ubrać, kiedy czekał na korytarzu. Wynikało to, naturalnie, z poczucia kompletnej bezsilności. Powtarzałem sobie tylko, że powinienem właściwie się cieszyć, bo jakiż byłby stan mego ducha, gdyby przyszło wręczać obliczenia zapowiadające finis terrarum.

Łaziliśmy po osiedlu jak muchy, podczas gdy Armia wywalała z nieba swoje nieskończone, zdawało się, szeregi i zasoby; ta operacja na pewno nie była zaimprowizowana w ostatniej chwili – musiano ją od dawna przygotować, w jakiś ramowy sposób, bo wszak nie wiedziano, co wyskoczy z Projektu. Trzy tygodnie wystarczyły im dla rozpoczęcia właściwej serii mikrotonowych wybuchów; nie zdziwiło mnie wcale to, że nie byliśmy nawet informowani o rezultatach inaczej, aniżeli dzięki przeciekom poprzez niższy personel techniczny, który stykał się z naszymi ludźmi. Zresztą przy sprzyjającym wietrze eksplozje było słychać w całym osiedlu. Ich nikła, w skali bombowej, moc, sprawiła, że opadu radioaktywnego praktycznie prawie nie było. Nie zarządzono nawet jakichś specjalnych środków ostrożności. Nikt się do nas o nic już nie zwracał, ignorowano nas tak, jakbyśmy w ogóle nie istnieli. Rappaport powiadał, że to dlatego, iż z Donaldem złamaliśmy reguły gry. Być może. Eeney znikał na całe dni, z naddźwiękową szybkością kursując między Waszyngtonem, osiedlem i poligonem.

W początkach grudnia, gdy przyszły burze, instalacje na pustyni rozebrano, zapakowano czternastotonowe helikoptery-krany, helikoptery pasażerskie i wszystkie i

Potem, jak gdyby został z nas zdjęty czar, mniej więcej jak w Śpiącej Królewnie, zaczęliśmy się wszyscy żwawo ruszać i w krótkim czasie zaszło sporo rzeczy. Baloyne podał się do dymisji, Prothero i ja zażądaliśmy, aby uznano nas za wychodzących z Projektu, Rappaport, zdaje się, bardzo niechętnie, uczynił jednak to samo, z poczucia lojalności, i jeden Dill tylko nie imał się żadnych manifestacji, owszem, radził nam, abyśmy z odpowiednimi transparentami chodzili po osiedlu i wznosili okrzyki, miał bowiem poczynania nasze za niepoważne. Nie mogę odmówić mu niejakiej słuszności

Nasza czwórka rebeliancka została od razu ściągnięta do Waszyngtonu; rozmawiano z nami w pojedynkę i pospołu, pojawili się prócz Rusha i McMahona oraz naszego generała (którego wtedy dopiero osobiście poznałem) także doradcy prezydenccy do spraw nauki i okazało się, że nasza dalsza obecność w Projekcie jest wprost niezbędna. Baloyne, ten dyplomata, ten polityk, powiedział na jednej z owych narad, że skoro Eeneya obdarzono pełnym zaufaniem, a jego ćwierciowym, to niechże teraz Eeney zwerbuje lepszych ludzi i sam kieruje Projektem. Odnoszono się do nas, gdy gęsto padały takie dicta, jak do rozgrymaszonych, popsutych, ale kochanych dzieci. Nie wiem, jak i

Pewnego wieczoru przyszedł do mego pokoju hotelowego Baloyne, który w tym dniu miał prywatne spotkanie z Rushem w cztery oczy, i wyjawił mi przyczyny owej perswazji nieustającej. Doradcy doszli do przekonania, że Trex jest tylko niewypałem w rozpoczynającej się serii, że stanowi właśnie wyraźne wskazanie płodności przyszłych badań, które są teraz wprost naszym raison d’être, racją stanu, kwestią życia i śmierci. Jakkolwiek uznałem takie rozumowanie za nonsensowne, namyśliwszy się, doszedłem do wniosku, że właściwie możemy, wrócić, jeśli tylko administracja spełni nasze warunki, które też zaraz jęliśmy wspólnie z Baloyne’em ustalać. Zdałem sobie bowiem sprawę z tego, że gdyby prace miały się toczyć beze mnie, nie mógłbym już zaznać spokoju i wrócić do mojej czystej, to znaczy nieskalanej matematyki. Wiara bowiem w zabezpieczenie, jakie Nadawcy nałożyli na kod gwiazdowy, była właśnie wiarą, a nie wiedzą całkowicie pewną. Powiedziałem to zresztą Baloyne’owi zwięźlej: niechże się wypełni Pascalowskie powiedzenie o wątłej trzcince. Jeśli nie możemy przeciwdziałać, będziemy przynajmniej wiedzieć.

Naradziwszy się we czwórkę, doszliśmy i tego, czemu nie oddano Projektu Armii. Wychowała sobie szczególną rasę uczonych – pod stołem, takich, co wykonywali podstawowe zadania, zdolnych do ograniczonej samodzielności. Wiedząc, skąd i dokąd działać, robili to doskonale. Ale kosmiczne cywilizacje, motywy ich działania, życiosprawcze efekty sygnału, związek pomiędzy nimi a jego treścią, wszystko to była dla nich czarna magia. – Co prawda i dla nas też – zauważył jak zawsze złośliwy Rappaport. W końcu zgodziliśmy się na dalszą pracę, wysłuchano nas, doktor praw Wilhelm Eeney znikł z Projektu (to był jeden z naszych warunków), zastąpiony zresztą zaraz przez i