Страница 39 из 48
Integracja w skali planety może zostać „zamrożona” na nieostatecznym etapie, jeśli dojdzie – przedwcześnie – do odkrycia nukleoniki. Tylko wtedy bowiem strona słabsza staje się równa silniejszej – ponieważ każda z nich, dysponując bronią jądrową, może zgładzić cały gatunek. Zapewne, integracja społeczna zachodzi zawsze na bazie techniki i nauki, ale odkrycie energii jądrowej może regularnie przypadać na okres pozjednoczeniowy – i wówczas nie ma już ono zgubnych konsekwencji. Samozagrażalność gatunku, czyli jego skło
Jeśli na jakimś globie jest tysiąc skłóconych państw, każde zaś posiada tysiąc nuklearnych głowic, szansa czysto lokalnego konfliktu, który przerośnie w apokalipsę, jest wielekroć większa aniżeli wówczas, gdy istnieją tylko nieliczni antagoniści. Toteż stosunek dwu kalendarzy – tego, który pokazuje kolejność naukowych odkryć, i tego, który rejestruje sukcesy zespalania się poszczególnych społeczeństw – decyduje w Galaktyce o losie pojedynczych psychozoików. Myśmy na Ziemi mieli zapewne pecha: przejście od cywilizacji przedatomowej do atomowej zaszło nietypowo, zbyt wcześnie, i to właśnie spowodowało zamrożenie status quo, aż do trafienia na emisję neutrinową. Dla planety zjednoczonej rozłamanie „listu” jest czymś pozytywnym jako krok w obręb „klubu kosmicznych Cywilizacji”. Lecz dla nas, w naszej sytuacji, jest to dzwonek na opuszczenie kurtyny.
– Być może – powiedziałem – gdyby Galileusz z Newtonem umarli na koklusz w dzieciństwie, fizyka opóźniłaby się dostatecznie, żeby rozbicie atomu przypadło na XXI wiek. Ten niedoszły koklusz mógł nas uratować.
Rappaport zarzucił mi wulgaryzowanie: fizyka jest w rozwoju ergodyczna – i śmierć jednego czy dwu ludzi nie mogłaby odmienić jej biegu.
– Więc dobrze – powiedziałem – mogło nas uratować powstanie na Zachodzie, jako panującej, i
Wezwany, wziąłem się do argumentowania owej tezy. Fizyka powstała na Zachodzie nieprzypadkowo – jako „królowa empirii”. Kultura Zachodu jest, dzięki chrystianizmowi, kulturą Grzechu. Upadek – a pierwszy był seksualny! – angażuje całą osobowość człowieka w prace melioryzacyjne, które dają rozmaite typy sublimacji – z praktyką poznania na czele.
W tym sensie chrystianizm faworyzował empirię – jakkolwiek, rzecz jasna, bezwiednie: otworzył dla niej możliwość, dał jej szansę wzrostu. Natomiast typowa dla Wschodu, dla jego kultur, jest kategoria Wstydu, jako centralna, albowiem postępowanie człowieka niewłaściwe nie jest tam „grzeszne” w chrześcijańsku rozumieniu, lecz najwyżej – haniebne, w sensie zwłaszcza zewnętrznym: form zachowania. Toteż taka teoria Wstydu przerzuca, niejako człowieka „na zewnątrz” ducha, w obszar praktyk ceremonialnych! Dla empirii nie ma wtedy po prostu miejsca, jej szansa znika z chwilą zdeprecjonowania materialnych działań: zamiast sublimacji popędów pojawia się ich „ceremonializacja”, rozpusta, nie będąc już „upadkiem człowieka”, ulega odseparowaniu od osobowości, niejako legalnie skanalizowana w osobnym repertuarze form. Grzech i Łaskę zastępuje Wstyd oraz taktyki jego unikania. Nie pojawia się penetracja w głąb osobowości: poczucie tego, „co właściwe”, co „się należy”, zastępuje Sumienie, a najlepsze umysły kierowane są w stronę „rezygnacji ze zmysłów”. Dobry chrześcijanin może być dobrym fizykiem, ale nie może zostać fizykiem ktoś, kto jest dobrym buddystą, konfucjonistą czy wyznawcą doktryny Zen, ponieważ zajmowałby się wtedy tym wszystkim, co te wiary całościowo deprecjonują. W takim ustawieniu wyjściowym selekcja społeczna zbiera niejako całą „intelektualną śmietankę” ludności – i pozwala jej, wyładowywać się wyłącznie w praktykach mistycznych, np. jogi. Kultura taka działa jak centryfuga, uzdolnionych odrzuca precz od tych społecznych miejsc, w których mogliby zainicjować empirię, i umysły ich ozonuje ceremoniałami wykluczającymi prace instrumentalne jako „niższe” i „gorsze”. Otóż właśnie potencjał egalitaryzmu chrześcijańskiego, jakkolwiek okresowo im ulegał, przecież nie znikł całkowicie nigdy – i pośrednio z niego to właśnie rodem jest fizyka, we wszystkich swoich konsekwencjach.
– Fizyka jako asceza?
– O, to nie takie proste. Chrześcijaństwo było „mutacją” judaizmu jako religii „zamkniętej”, bo przeznaczonej tylko dla wybranych. Judaizm był więc, jako wynalazek, czymś w rodzaju geometrii euklidesowej; wystarczyło zastanowienie się nad wyjściowymi aksjomatami, żeby poprzez ich uniwersalizację poszerzającą, dojść do doktryny bardziej powszechnej, która za „wybranych” ma już wszystkich ludzi.
– Chrystianizm – odpowiednikiem zgeneralizowanej geometrii?
– W pewnym sensie tak, na planie czysto formalnym – poprzez zmianę znaków, w obrębie systemu tego samego pod względem wartości i znaczeń. Operacja ta doprowadziła, między i
Chrystianizm jest zgeneralizowaną mutacją judaizmu, przystosowaniem struktury systemowej do wszystkich możliwych istnień ludzkich. To było własnością judaizmu czysto strukturalną – już na wyjściu. Nie można przeprowadzić analogicznej operacji na buddyzmie, ani na braminizmie, nie mówiąc już o nauce Konfucjusza. Tak więc decyzja zapadła wtedy, gdy powstał judaizm – kilka tysięcy lat temu. Była też i
Otóż, gdyby seks był fenomenem mniej ważnym biologicznie, gdyby pozostał zjawiskiem tylko periodycznym, fazowym, jak u niektórych ssaków, nie mógłby mieć centralnego znaczenia, bo okazałby się pewnym fenomenem pulsującym, przejściowym. To jednak zostało zdeterminowane jakieś półtora miliona lat temu. Odtąd seks był już punctum saliens każdej właściwie kultury, bo nie można go po prostu negować – musi zostać „ucywilizowany”. Człowiek Zachodu zawsze czuł się dotknięty w swojej godności tym, że inter faeces et urina nascimur… ta refleksja właśnie wprowadziła, na prawach Tajemnicy, Pierworodny Grzech do Genesis. Tak się stało. I
– Stagnacji cywilizacyjnej?
– Nie, po prostu – opóźnienia rozwoju fizyki.
Rappaport zarzucił mi „freudyzm nieświadomy”. Jako wychowanek rodziny purytańskiej – powiedział – rzutuję w świat własne uprzedzenia. Nie wyzwoliłem się w gruncie rzeczy z widzenia wszystkiego w kategoriach Upadku i Zbawienia. Skoro mam Ziemian za upadłych bez reszty, przenoszę Zbawienie w Galaktykę. Klątwa moja strąca do piekła ludzi – nie tyka jednak Nadawców, ci pozostają doskonale dobrzy i bezwi
Świadomość ewolucyjna, czyli zrozumienie tego, że duch wynika z procesów homeostatycznej „wspinaczki” pod prąd entropijny, pozwala objąć solidarnością – to ewolucyjne drzewo, które zrodziło istotę rozumną. Lecz nie można ogarnąć solidarnością całego drzewa ewolucji, ponieważ koniecznie musi się istota „wyższa” – żywić „niższymi”. Granicę solidarności trzeba gdzieś przeprowadzić. Na Ziemi nikt nigdy nie umieszczał jej poniżej rozwidlenia, w którym rośliny odstrychnięte są od zwierząt. W praktyce instrumentalnej nie można zresztą uznać za objętych solidarnością – na przykład owadów. Gdybyśmy wiedzieli, że z jakichś powodów sygnalizacji z Kosmosem koniecznie wymaga zagłady ziemskich mrówek, na pewno uznalibyśmy, że „warto” poświęcić mrówki. Otóż my, na naszym szczeblu rozwoju, możemy być dla Kogoś – mrówkami. Poziom solidarności niekoniecznie musi obejmować – ze stanowiska owych istot – takie planetarne pełzaki jak my. A może dysponują po temu racjonalizacjami. Może wiedzą, że zgodnie z galaktyczną statystyką ziemski typ psychozoika jest z góry zdany na niełaskę technoewolucji, tak więc niczym horrendalnym nie będzie dodatkowe zagrożenie naszej egzystencji, skoro i tak „nic najprawdopodobniej z nas nie będzie”.
Przedstawiam tu treść owego nocnego czuwania w wigilię eksperymentu, ale nie chronologiczny zapis rozmowy, bo jej aż tak dokładnie nie pamiętam i nie wiem, kiedy Rappaport opowiedział mi jedno ze swych europejskich przejść – to, które zacytowałem poprzednio. Stało się to chyba wtedy, gdy zamknęliśmy już sprawę generałów, a jeszcze nie poczęli szukać sprężyny nadciągającego epilogu. Teraz powiedziałem mu tak mniej więcej:
– Doktorze Rappaport, jest pan jeszcze bardziej niepoprawny ode mnie. Zrobił pan z Nadawców „wyższą rasę”, która solidaryzuje się tylko z „wyższymi formami” Galaktyki. Po co więc starają się upowszechniać biogenezę? Po co mają rozsiewać życie, jeśli mogliby prowadzić politykę ekspansji i kolonizacji planet? Nie możemy po prostu obaj wykroczyć rozumowaniem poza pojęcia, jakie są nam dostępne. Być może, pan ma rację w tym, że dlatego lokalizuję przyczyny naszej klęski na Ziemi, ponieważ tak mnie wychowano jako dziecko. Tyle, że zamiast „ludzkiej winy” dostrzegam proces stochastyczny, który wpędził nas w zaułek bez wyjścia. Pan, uciekinier z kraju zabitych, zbyt mocno czuł zawsze własną bezwinę w obliczu zagłady i przez to umiejscawia pan źródła katastrofy gdzie indziej: w środowisku Nadawców. Nie myśmy o tym sami zadecydowali – oni zrobili to za nas. Tak się kończy każda próba transcendencji. Potrzeba nam czasu, którego nie będziemy już mieć.