Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 26 из 48

Jakkolwiek było to do pomyślenia, nie takie panowały u nas opinie. Powstały nawet hipotezy wielce wymyślne – że, na przykład, „list” działa „dwupoziomowo”. Sprawia życie, niby ogrodnik rzucający ziarno w ziemię; potem jednak przychodzi powtórnie, aby zbadać, czy wschodzący plon jest „właściwy”. „List” miał właśnie, na swym „drugim” poziomie, to znaczy treściowo, stanowić odpowiednik ogrodniczego sekatora – jako czy

Fantazję tę odrzucałem. Obraz cywilizacji, która ma „zdegenerowane” czy „niedorozwinięte” takim niezwykłym sposobem unicestwiać, uznałem za jeszcze jedną projekcję – w zagadkę listu, jako „test asocjacyjny” – lęków właściwych naszej epoce, i za nic więcej. Efekt Romneya-Moellera świadczył jak gdyby o tym, że Nadawca ma egzystencję, jako życie, za rzecz „dobrą”. Ale na postawienie następnego kroku – na przypisanie „internacjonalnej dobroci” także informacyjnej „podszewce” kodu już się nie ważyłem, tak samo, jak na przydanie jej znaku ujemnego. Pomysły „czarne” wynikły ich twórcom mechanicznie, kiedy to, co nam wręczano listem, uznali za godne tylko podejrzliwości dary Danaów: instrument, ale taki, co Ziemię zniewoli, istota, ale mająca nami zawładnąć.

Wszystkie te koncepcje tłukły się między diabelstwem i anielstwem jak muchy między szybami. Próbowałem postawić się w sytuacji Nadawcy. Nie posłałbym niczego, co mogłoby zostać wykorzystane wbrew mym intencjom. Dostarczyć narzędzi jakichkolwiek, nie wiedząc komu, to tyle, co dzieciom granaty rozdawać. Co zatem przesłano? Plan idealnego społeczeństwa, wyposażony w „ryciny” przedstawiające źródła energetyczne dla tego społeczeństwa (w postaci Pana Much)? Ale taki plan to system uzależniony od własnych elementów, czyli od poszczególnych istot. Nie może istnieć jeden, optymalny dla wszystkich miejsc i czasów. Plan taki musi uwzględniać też osobniczą biologię – a nie wierzyłem w to, by człowiek przedstawiał pod tym względem jakąś stałą kosmiczną…

Zrazu nie wydawało się, żeby „list” mógł stanowić komunikat będący fragmentem „międzyplanetarnej rozmowy”, któryśmy całkiem przypadkowo podsłuchali. Nie godziło się to bowiem z trwałą powtarzalnością emisji; rozmowa nie na tym polega przecież, żeby jeden partner w kółko, całymi latami, powtarzał wciąż jedno i to samo od początku. Lecz tu znów wchodziła w grę skala czasowa; komunikat, w niezmie

Mimo to wersja „rozmowy podsłuchanej” wyglądała bardzo nieprawdopodobnie. Jeśli „pytania” dzieli od uzyskiwanych „odpowiedzi” czas rzędu stuleci, trudno nazwać taką wymianę informacji „rozmową”. Należało się spodziewać raczej tego, że każda ze „stron” będzie przekazywała drugiej istotne wiadomości o sobie. Wi

Zapewne – list mógł zawierać coś stosunkowo prostego. Mógł na przykład być tylko schematem maszyny do nawiązywania łączności z Nadawcami. Był wtedy „planem nadajnika” – na „elementach” typu Żabiego Skrzeku. My, jak małe dziecko, głowiące się nad schematem radioaparatu, nie zdołaliśmy złożyć niczego więcej oprócz paru najprymitywniejszych śrubek. Mogła to być „ucieleśniona” teoria psychokosmogoniczna, wyjawiająca, jak powstaje, jak jest rozmieszczone i jak funkcjonuje rozumne życie w Metagalaktyce. Kiedy się odrzucało „manichejskie” uprzedzenia jako sugestie podszeptujące, że Nadawca koniecznie musi życzyć nam albo źle, albo dobrze (albo „dobrze i źle” naraz, np., kiedy by wedle swych kryteriów był dla nas intencjonalnie „dobry”, a wedle maszyn „zły”) – odgadywanie płodziło coraz swobodniej pomysły podobne do wymienionych i stawało się grzęzawiskiem, nie mniejszym od owego profesjonalnego zawężenia, które empiryków Projektu uwięziło w złotych klatkach ich sensacyjnych odkryć. Sądzili, niektórzy przynajmniej, że badaniem Pana Much można będzie wreszcie dojść do sedna; tajemnicy Nadawców – jak po nitce do kłębka. Uważałem, że to jest wtórna racjonalizacja: ponieważ nie mieli nic nad Pana Much, trzymali się go kurczowo w swym dociekaniu. Przyznałbym im słuszność, gdyby szło o problem przyrodoznawczy – lecz mieliśmy i

Może należało uskromnić zamierzenia i dochodzić intencji Nadawców stopniowymi przybliżeniami? Lecz tu wracało palące pytanie, czemu połączyli w jedno ten komunikat przeznaczony dla rozumnych odbiorców z biofilnym działaniem?

Na pierwszy rzut oka wydawało się to niezwykłe, niesamowite nawet. Najpierw, ogólne rozważania wskazywały, że cywilizacja Nadawców musi być wprost niewiarygodnie stara. Emisja sygnału – obliczyliśmy to szacunkowo – wymagała poboru mocy rzędu co najmniej słonecznej. Wydatek taki nie może być obojętny nawet dla społeczności dysponującej wysoko rozwiniętą astroinżynierią. Musieli więc Nadawcy działać w przeświadczeniu, że taka „inwestycja” jest – jakkolwiek nie dla nich – opłacalna, w sensie: realnej, życiosprawczej skuteczności. Lecz obecnie planet, na których panują warunki odpowiadające ziemskim sprzed czterech miliardów lat, jest w całej Metagalaktyce stosunkowo niewiele. Nawet bardzo mało. Metagalaktyka jest bowiem gwiazdowym czy mgławicowym organizmem więcej aniżeli dojrzałym; za jakiś miliard lat pocznie „chylić się ku starości”. Okres młodzieńczy, bujnej i gwałtownej planetogenezy, już w niej minął. Wychynęła z niego właśnie, między i