Страница 2 из 48
PRZEDMOWA
Jakkolwiek zgorszę wielu Czytelników słowami, które nastąpią, wypowiedzenie ich uznałem za swój obowiązek. Książek takich jak ta nigdy dotąd nie pisałem, a że nie jest w zwyczaju, by matematyk poprzedzał swoje prace wynurzeniami osobistej natury mogłem ich sobie oszczędzić.
Wskutek niezależnych ode mnie okoliczności uwikłany zostałem w zdarzenia, które pragnę przedstawić. Powody, dla jakich poprzedzam ów opis rodzajem wyznania, wyjaśnią się później. Chcąc mówić o sobie, trzeba wybrać jakiś układ odniesienia; niechaj nim będzie ostatnio wydana moja biografia, pióra profesora Harolda Yowitta. Yowitt nazywa mnie umysłem największego formatu, bo atakowałem zawsze problemy najtrudniejsze z dzisiaj dostępnych. Wskazuje, że nazwisko moje znaleźć można było tam, gdzie toczyły się prace radykalnej destrukcji dziedzictwa naukowego i budowania nowych ujęć, na przykład w rewolucji matematycznej, w fizykalizowaniu etyki albo i w projekcie MAVO.
Doszedłszy w lekturze do miejsca, w którym o destrukcji mowa, oczekiwałem za słowami o moich skło
Mogłem więc odstawić tę książkę ze spokojem na półkę, do i
Profesor Yowitt pisał o mnie zgodnie z regułami, których nie ustanawiał. Nie na wszystkie osoby publiczne wolno patrzeć tak samo. Wielkich artystów wolno już ścigać w ich małości, i niektórzy biografowie zdają się nawet sądzić, że dusza artysty powi
Grupa psychoanalityków z Michigan usiłowała co prawda ten stan rzeczy odmienić, lecz popadła w grzech trywialności. Skło
Psychoanaliza dostarcza prawdy sposobem infantylnym, to jest gimnazjalnym: dowiadujemy się z niej, brutalnie i pospiesznie, rzeczy, które nas szokują i przez to zniewalają do posłuchu. Nieraz bywa, i właśnie jest tak w tym przypadku, że uproszczenie, dotykające nawet prawdy, lecz tandetne, jest warte tyle samo, ile fałsz. Raz jeszcze pokazano nam demona i anioła, bestię i boga, splecionych w manichejskim uścisku, i raz jeszcze człowiek został ubezwi
Toteż właściwie powinienem być wdzięczny profesorowi Yowittowi za to, że utrzymał mój wizerunek w stylu klasycznym i nie pożyczył metody od michigańskich psychologów. Nie mam zamiaru mówić o sobie lepiej, niż oni by mówili, ale jest przecież różnica pomiędzy karykaturą a portretem.
Nie uważam co prawda, by człowiek będący obiektem prac biograficznych dysponował wiedzą lepszą od tej, jaką posiedli biografowie. Pozycja ich jest bardziej dogodna, bo niejasności mogą tłumaczyć brakiem danych, co pozwala na domniemanie, że opisywany gdyby żył i chciał tego, mógłby im dostarczyć owej brakującej informacji. Opisywany nie dysponuje jednak niczym więcej ponad hipotezy na własny temat, które mogą zasługiwać na uwagę jako jego wytwory, ale niekoniecznie jako owe cegiełki brakujące.
Przy dostatecznej inwencji każdy właściwie może napisać cały szereg własnych życiorysów układających się w zbiór, spójny tylko faktograficznie. Osoby nawet rozumne, lecz młode, a więc przez niedoświadczenie naiwne, nie widzą w takiej możliwości niczego prócz cynizmu. Błądzą, ponieważ nie chodzi o problem moralny, lecz poznawczy. Ilość wiar metafizycznych wcale nie ustępuje liczebności rozmaitych wiar, jakie człowiek może żywić na własny temat – kolejno, w różnych okresach życia, a czasem i naraz.
Toteż nie powiadam, jakobym mógł dostarczyć czegoś więcej oprócz wyobrażeń, jakie o sobie żywię mniej więcej od lat czterdziestu, a jedyną ich osobliwością wydaje mi się to, że nie są dla mnie pochlebne. Niepochlebność owa nie ogranicza się jednak do „zdarcia maski”, które jest jedynym chwytem, dostępnym psychoanalitykowi. Powiedzieć, dajmy na to, o geniuszu, że był moralnie świnią, to niekoniecznie jeszcze w tym go trafić, w czym mogła mieszkać jego prywatna hańba. Myśl, „sięgająca pułapu epoki”, jak powiada w swej książce Yowitt, nie będzie dotknięta takim rodzajem diagnozy. Hańbą geniuszu może być jego intelektualna daremność, jego samowiedza o tym, jak niepewne jest wszystko, czego dokonał. Genialność jest nieustającym zwątpieniem – przede wszystkim. Każdy z wielkich uginał się jednak pod presją ogółu, nie rozwalał stawianych sobie za życia pomników i nie podawał tym samego siebie w wątpliwość.
Jeśli jako osoba z genialnością, podżyrowaną przez kilkudziesięciu uczonych biografów, mogę cokolwiek powiedzieć w kwestii duchowych kulminacji, to tyle tylko, że jasność myśli jest płonącym punktem na obszarze niewyczerpanej ciemności. Geniusz nie jest światłem po prostu, lecz przede wszystkim – trwałym dostrzeganiem mroku otaczającego, a normalnie jego tchórzostwo na tym polega, aby we własnym blasku się kąpać i, póki to możliwe, nie patrzeć poza jego granicę. Bez względu na to, jak wiele jest w nim autentycznej siły, zawsze pozostaje jeszcze taka znaczna reszta, która musi być już tylko siły takiej udaniem.
Za podstawowe cechy mego charakteru uważam tchórzostwo, złość i dumę. Tak się złożyło, że owa trójca miała do dyspozycji określony talent, który ukrył ją i pozornie przeinaczył, a pomogła mu w tym inteligencja, jedno z przydatniejszych w życiu urządzeń do maskowania przyrodzonych cech, jeśli się taki zabieg ma za pożądany. Od czterdziestu kilku lat zachowuję się jak człowiek uczy
Zło moje było izotropowe i doskonale bezinteresowne. W miejscach szanownych, jak kościół, lub w pobliżu szczególnie godnych osób chętnie myślałem o tym, co mi było zakazane. To, że treść owych myśli przedstawiała śmieszną dziecinadę, nie ma najmniejszego znaczenia. Dokonywałem po prostu eksperymentów w takiej skali, na jaką aktualnie było mnie stać. Nie pamiętam wcale, kiedy pierwszy raz wziąłem się do takich doświadczeń. Pamiętam tylko ów przeraźliwy żal, gniew, rozczarowanie, które szły za mną później latami, skoro okazało się, że w głowę, złymi myślami wypełnioną, w żadnym miejscu i przy żadnym sąsiedztwie nie uderza piorun, że wyłamanie się z uczestnictwa w porządku właściwym nie pociąga za sobą żadnej, ale to żadnej konsekwencji.
Jeśli w ogóle można tak powiedzieć o kilkuletnim dziecku, życzyłem sobie owego piorunu lub i
Nieco później uznawałem stan mój, zdobyty samowiedzą, za rodzaj dojmującego nieszczęścia, z którym nic absolutnie się nie da począć, ponieważ nie może niczemu posłużyć. Powiedziałem, że moja złość była izotropowa: jakoż obdarzałem nią samego siebie najpierw; kształty rąk, nóg własnych, rysy twarzy irytowały mnie, widziane w lustrze, tak jak na ogół gniewają nas i niecierpliwią tylko u i
Autobiografię, która zaczyna się od wymienienia złości z dumą i trwożliwością jako fundamentów ducha, obciąża z deterministycznego punktu widzenia logiczny błąd. Jeśli uznać bowiem, że wszystko jest w nas przesądzone, przesądzone było także moje sprzeciwienie się wewnętrznemu złu, a różnica pomiędzy mną a i