Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 62 из 65

Jak OK, to OK. Dawałam się na to nabrać, szłam na lep pochlebstwa, że niby jestem tak wstrząsająca, że seksualnie uśmiercam. Czyli działała nadzieja następnego razu.

Nadzieja trzeciego, czwartego i piątego razu. Bo jak idzie o drugi raz, to nie była nadzieja, to była pewność. Na drugie spotkanie zawsze (prawie zawsze) szłam z pewnością, że będzie dobrze, bo dałam im czas, opamiętali się, ocknęli z szału niemożnościj jaki ich na mój widok ogarnął, podnieśli się spod brzemienia paraliżującego zachwytu, omdlawszy na widok mej nagości, oprzytomnieli, oślepieni blaskiem mojej skóry odzyskali wzrok, porażeni cudem, w którego istnienie nie wierzyli, już weń uwierzyli, będą spokojniejsi.

I byli spokojniejsi. Częściowo byli spokojniejsi. Fragmentarycznie byli spokojniejsi. Spokój ich lędźwi, który za pierwszym razem był spokojem snu, teraz był spokojem śmierci. Teraz w ich lędźwiach panował spokój wręcz cmentarny. Poza tym obszarem, owszem, tętniło życie, zwłaszcza ich głowy były pełne życia, ich usta ruszały się nieusta

Czy

Podupadły architekt bił pod tym względem rekordy. I były to rekordy znaczące, bo tyczyły rzeczy najprostszych. On na przykład słuchał, co ja do niego mówię. Prosta, tak prosta, że prawie niezauważalna sprawa. Słuchać, co mówi drugi człowiek. Chryste Panie! Jak ten drugi człowiek mnie słuchał! Wpatrywał się we mnie, reagował na każde słowo, śmiał się z najlżejszego żartu, domagał rozwijania każdego szczegółu, dopytywał o wszystko, wszystkim się zdumiewał. Wspomniałam mu na przykład, że byłam na dorocznym spotkaniu maturalnym naszej klasy, mieliśmy bowiem bardzo fajną, zgraną klasę i co roku się spotykamy w restauracji w Forum, bo tam mieliśmy komers. Boże mój! Jak go ta wiadomość potwornie ożywiła! To, że mu musiałam całą imprezę punkt po punkcie, danie po daniu, drink po drinku opowiedzieć, to była pestka. Ja mu musiałam życiorysy całego koleżeństwa detalicznie przedstawić. Jak się w liceum uczyli, jak zdawali maturę i kto gdzie na jakie studia poszedł. A Olek Podczerwiński co teraz robi? A Marek Aksak? A Tadziu Banaś? A Leszek Binas? A Ela Fijałkowska? A Marek Albrecht? A Ewa Chojna? A Bronek Ciaś? – dopytywał się o wszystkich z imienia i nazwiska i wyglądało to tak, jakby on też z nami co najmniej przez pierwsze dwa lata do klasy chodził, potem gdzieś, na przykład do Ameryki, na emigrację wyjechał i teraz wrócił i losów swoich dawnych przyjaciół niezmiernie jest ciekaw.

Ja wiem, że umiem nieźle opowiadać. Powtórzyć? Serio? Proszę bardzo, powtarzam: Jestem kobietą w wieku Chrystusowym, a kobiety w wieku Chrystusowym potrafią opowiadać dobrze i bezwstydnie. Ale przy podupadłym architekcie byłam narratorką daleko większą niż wszystkie opowiadaczki w wieku Chrystusowym razem wzięte. Byłam Pramatką opowieści, Boginią fabuł, Szecherezadą Szecherezad. Każde moje słowo zasługiwało na najwyższą uwagę, a jego uwaga była tak wytężona, że nieraz nie potrafiłam jej sprostać. Rzucał się na każde moje zdanie jak szaleniec, jak zabójca, jak gwałciciel. Nie mówię, że rozbierał każde moje zdanie, że je pieścił i obcował z nim aż do zupełnego wycieńczenia, tak nie mówię, choć aż się prosi, żeby tak powiedzieć. W gruncie rzeczy wystarczyło, że w jego obecności westchnęłam, chrząknęłam, mruknęłam pod nosem, powiedziałam cokolwiek, wystarczyło, że powiedziałam na przykład: „Byłam w ogrodzie botanicznym w Powsinie, chciałam poplażować, ale nie wyszło, bo komary potwornie gryzły". Wystarczyło tego rodzaju byle jaką wiadomość mu podać, a on już był żądny szczegółów, zwrotów akcji i jej dalszych ciągów. W takich sytuacjach padałam, a moje narracyjne umiejętności szły w rozsypkę. Rozumiem i potrafię opowiadać życiorysy moich szkolnych kolegów, choć w takim kontekście i to było dziwaczne. Ale co ja mam opowiadać o nieudanym z powodu plagi komarów plażowaniu w Powsinie? Życiorysy komarów?

Podupadły architekt był – jak twierdził – człowiekiem porzuconym przez żonę oraz wykolegowanym przez Żydów. Obie te tragedie miały w dodatku miejsce w najlepszych momentach jego życia. Żona zostawiła go w pierwszym najlepszym momencie życia podczas mianowicie niezmiernie korzystnego stypendium amerykańskiego, Żydzi natomiast wykolegowali go w drugim najlepszym momencie życia, kiedy mianowicie pracował w jednym z najbardziej prestiżowych warszawskich biur projektowych. Stracił tę pracę. Stracił też mnie. W dodatku na samo mroczne zakończenie, kiedy za piątym razem znów leżał jak dętka ze wzrokiem posępnie wbitym w sufit, coś mnie podkusiło i powiedziałam zdanie, którego nie powi

Czy

Czy

Czy