Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 59 из 65

– Złaź! Pobłogosław zgromadzonych pielgrzymów i złaź! – to powi

Ale nie działa. Nie dlatego nie działa, że nagle przestał ją kochać i z braku miłości stał się nieposłuszny, ale dlatego nie działa, że gość ma odmie

– Ale ja nie stoję – mówi – w oknie biblioteki papieskiej przy placu Świętego Piotra w Rzymie, ja stoję w oknie Pałacu Biskupów w Krakowie przy ulicy Franciszkańskiej 3.

– Co za różnica? – denerwuje się Pramatka Ewa i pomimo paniki zauważamy, że denerwuje się jakoś za bardzo osobiście. – Co za różnica?

– Zasadnicza. Pomiędzy Rzymem a Krakowem jest zasadnicza różnica – pada odpowiedź z parapetu. – Błogosław… No to błogosław, kurwa, wiernych krakowian i złaź! – Jest niedobrze, bo Pramatka Ewa zaczyna przeklinać, a ona nigdy nie przeklina. To znaczy nigdy nie przeklina w złości. Przekleństw używa często, ale tylko dla językowego efektu. W złości nigdy. A teraz jest w coraz większej złości. Złaź, stoisz tyłem do wiernych, widziałeś kiedyś Papieża stojącego na audiencji tyłem do zgromadzonych? – Tyłem do zgromadzonych, przodem do ołtarza – pada, wysoce zagadkowa, jak wziąć pod uwagę, do czego on w danej chwili stoi przodem, odpowiedź. – Zaraz zejdę – dodaje nieoczekiwanie przytomnie, ale przytomność jego jest przelotna. – Zaraz zejdę, ale przedtem polecę – chichocze, no co wam będę mówić, chichocze jak wariat – zaraz zejdę, ale przedtem polecę. Polecę jak Duch Święty, jak anioł, jak helikopter biały, jak gąska do Śląska.

– A leć nawet na Księżyc, świrze przeklęty – Pramatka jest rozwścieczona do białości. – Leć, gdzie chcesz, my dzwonimy na policję.

– Wiecie, co czułem, jak Wojtyła został papieżem?

Wiecie, co czułem, jak Wojtyła został papieżem? – gość już nie słyszy ani gróźb, ani próśb – czułem się tak, jakby Polska zdobyła mistrzostwo świata. Jakby w meczu finałowym nasi wygrali z Brazylią 4:0. Wybór Wojtyły był jak wielki i zwycięski mundial. A potem jak przyjechał w 79 roku do Krakowa, to był mundial mundiali, puchar pucharów i liga lig. Papież grał na środku ataku, na skrzydłach, w pomocy. Grał na każdej pozycji, był libero nie do przejścia i był bramkarzem, który w ogóle nie przepuszczał bramek. Nie schodził z boiska, nie potrzebował nawet napić się wody mineralnej, przeciwnicy się zmieniali, na boisko wchodziła reprezentacja za reprezentacją i Wojtyła w pojedynkę gromił najsilniejsze jedenastki świata. Dawał długi przerzut na skrzydło z głębi pola, sam był skrzydłowym, do którego podawał, gnał jak wiatr, był szybszy od Gadochy, nie mówiąc o przeciwnikach, centrował i zanim piłka doleciała na pole karne, już tam był w podniebnym wyskoku i już główkował, a jego biała piuska nawet nie drgnęła. Siatka bramki, owszem drgała. Jego falowe ataki doprowadzały do rozpaczy bezradnych obrońców, włoskie catenaccio przy dryblingu polskiego Biskupa Rzymu szło w całkowitą rozsypkę, Argentyńczycy chcieli się poddać na długo przed upływem dziewięćdziesiątej minuty, Brazylijczycy tylko w pierwszej połowie byli w stanie dotrzymać mu kroku. Hiszpanie, choć pierwszorzędni katolicy, doznali sromotnej porażki, w sporcie nie ma litości. A najprzyjemniej było, jak Jan Paweł II spuszczał lanie libertyńskim Holendrom, którym wszystko wolno. I jak odszczepieńczych teamów nie wypuszczał z wody. Anglikańscy Anglicy – do zera. I reprezentacja Niemiec, w której na jedenastu graczy przynajmniej dziewięciu to zajadli w osiąganiu doskonałości synowie luterskich pastorów – dwucyfrówka. Tak jest. Niemcy za reformację – do przerwy 7:0. Po przerwie drugie siedem. Za schizmę; i tak niski wynik, i tak Papież bawił się z nimi, jak chciał. Dał im nawet jedną honorową bramkę strzelić, umyślnie dał się ograć, pozwolił jednemu protestantowi wyjść na pozycję i potem na bramce specjalnie rzucił się w drugą stronę, żeby niby widać było, że przepojony jest duchem ekumenizmu i wolą pojednania. Ale wynik 14:1 mówi sam za siebie. A potem sły

A swoją drogą Papież miał siły do dalszej gry. Miał siły, bo wieczorem, kiedy wiwatowało całe miasto, kiedy świeciły się wszystkie światła, kiedy dzwoniły wszystkie dzwony, pokazał się jeszcze w oknie Pałacu Arcybiskupów. Stanął śmiało na parapecie, jedną ręką uchwycił się ozdobnej kraty, a drugą nas pozdrawiał i błogosławił. Nas, mówię w sensie ścisłym, bo ja tam razem z moimi przyjaciółmi byłem. I długo to trwało, Papież w świetnej formie dowcipami sypał jak z rękawa, niekiedy odnosiło się wrażenie, że stepuje na parapecie albo tańczy nieujarzmioną sambę wolności, myśmy mu śpiewali góralskie piosenki, piękno wielkiego zwycięstwa trwało do późnej nocy i potem już nigdy tak nie było. Potem już nigdy tak nie było. Papież, owszem, podczas kolejnych pielgrzymek do ojczyzny zawsze pokazywał się w oknie Pałacu Arcybiskupów przy Franciszkańskiej 3, ale z czasem okno to zaczęło się rozrastać, a Papież maleć. Za każdym razem na jego pojawienie się czekały coraz liczniejsze tłumy, stacje telewizyjne, agencje prasowe, redakcje gazet z całego świata instalowały tam swoje stanowiska, tabuny dzie

Gość stał na parapecie, na nic nie zwracał uwagi i gadał. Co można w takiej sytuacji zrobić? Tak jest. Słuchać. Wysłuchałyśmy czuba w napięciu, niektóre dziewczyny chyba się nawet pomimo nietypowej sytuacji wzruszyły jego opowiadaniem, w końcu nie dziwota, Papieża każdy szanuje.

– Dobrze, dobrze – Pramatka Ewa mówi tak spokojnie, jakby mówiła do małego dziecka – dobrze, ale zejdź.

A on patrzy na nas nieprzytomnie, powoli budzi się z transu, wraca do rzeczywistości, bo faktycznie, jak gadał, to nie tylko gadał jak opętany i nie szło mu przerwać, ale on jakby do kogo i