Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 58 из 65

W mulistym poczuciu, iż muszę wybierać pomiędzy panelem czterech tarnobrzeżanek poświęconym analizie powodów, dla których nie spędzają razem Wigilii, a dalszym wysłuchiwaniem pretensji psiary do kociarza, wybrałem mniejsze zło, czyli to drugie. Ciemnowłosa trzydziestka miała jeszcze ślady łez na policzkach, ale w ogólnych zarysach była już spokojniejsza, w każdym razie ewidentnie mniej było w tym, co mówiła, agresji, zdecydowanie więcej perswazji. Przynajmniej tak mi się na pierwszy – dobrze, nie oszczędzę wam tej stylistycznej makabry – rzut ucha wydawało. Boleśnie się myliłem. Faktycznie zły dzień, zły dzień miałem w barze Pod Walecznym Hektorem.

– Wybaczam ci, rozumiesz, ja ci wybaczam – mówiła na pozór pogodzona z losem psiara – w każdym razie ja w moim imieniu mogę ci wybaczyć. Ale przecież dobrze wiesz, że nie chodzi o mnie. Ja się obejdę bez „Animal Planet". Raz obejrzę i mi wystarczy, najciekawsze rzeczy zapamiętam, pamięć, chwała Bogu, jeszcze mi dopisuje. Oczywiście – głos jej znów na moment zadrżał, ale tylko na moment – nieraz chętnie bym sobie coś nagrała, ale powtarzam ci, ja się mogę obejść. Wiesz, że chodzi o mamę. Wiesz, że mama tysiąc razy prosiła, żeby jej nagrywać. Wiesz, że to, że ona ma wideo, i to wideo sprawne, tak – powtórzyła z naciskiem – sprawne wideo, to nie jest argument, bo mama nie umie obsługiwać. To znaczy umie odtwarzać, nie umie nagrywać. Nie umie, trudno, wielu ludzi nie umie, sama nauczyłam się z trudem, a mama ma swoje lata. Ale odtwarzać umie i to już jest niemało. Tysiąc razy prosiła, żeby jej tylko nagrywać, a już odtwarzać będzie sobie sama, a my nigdy jej nic nie nagrywaliśmy, nie nagrywaliśmy, nawet jak sprzęt jeszcze działał.

Pomyślałem w pierwszej chwili, że pewnie matka trzydziestki, podobnie jak matka Konstancji, jest maniaczką teleturniejów, ale szło o co i

– Teraz to już naprawdę szkoda gadać – odwróciła głowę, ciemne mocne włosy na chwilę przesłoniły jej czoło i oczy, a gdy po chwili się wyprostowała, wierzcie mi: zadrżałem, spod woalu wyłoniła się nie twarz, ale wykrzywiona w ohydnym grymasie maska nienawiści.

– I proszę cię o jedno – cedziła z wściekłością i nachylała się nad stołem w kierunku swego coraz bardziej, a może nawet coraz śmiertelnie} przerażonego partnera – i proszę cię o jedno, nie mów mi, że matka jest wariatką, i że nie wolno dla niej nagrywać kaset, bo narobi poruty. Raz się jej coś przywidziało i co wielkiego się stało? Nic. Sprawdzili gościa i tyle. Takie ma hobby i takie ma marzenie. Ludzie mają różne marzenia i różne hobby. Ja mam hobby: zwierzęta, matka ma hobby: przestępczość. Jakby wszyscy mieli takie hobby, toby wokół tyle zła nie było. A zresztą uważaj, jak chcesz. Uważaj moją matkę za wariatkę – grymas nienawiści ustępował z wolna z jej twarzy, ale i ona sama, że tak powiem, ustępowała pola, podnosiła się z miejsca, brała z oparcia krzesła leżący tam płaszcz, wdziewała go na ramiona. – Tak! Mówię głośno, nie, nie mówię: krzyczę, żeby wszyscy mnie słyszeli – i faktycznie zaczynała wrzeszczeć na całą salę. – Niech wszyscy słyszą! Moja matka jest wariatką! Ogląda w telewizji 997 i potem na mieście oskarża Bogu ducha wi

Szli przez hol biurowej części salonu Mercedesa niczym para wytrawnych kanarów przez tramwaj, podchodzili do zastygłych niemo ludzi i konfiskowali telefony komórkowe, trochę to trwało, bo zatrzymywali się przy każdym jakby na chwilę rozmowy, oni wszakże milczeli, zwłoka zaś się brała się stąd, że każdemu, czy kto chciał, czy nie chciał, prosił czy nie prosił, oddawali kartę SIM, zapewne dżentelmeństwo napastników dodatkowo wpływało na pasywność ofiar, ale tak czy tak, nikt nie zamierzał się stawiać, faceci byli napompowani do tego stopnia, że ich mięśniatura zdawała się rozsadzać granatowe dresy, w które byli odziani, na koniec nie bez humoru zabrali broń obezwładnionemu na początku ochroniarzowi i jak weszli, tak wyszli. Zrozumiałe, że w takiej sytuacji nikt nie miał głowy do wznoszącej spazmatyczne okrzyki ciemnowłosej trzydziestolatki. Ona zaś, jakby pomyliła w szale rozpaczy drogę, szła przez chińską restaurację, galerię sztuki, szmateks, antykwariat, bar sałatkowy, żałobna pieśń o skrzywdzonej matce cichła w oddali, porzucony na parę godzin, a może na zawsze łysol nie miał lepszego pomysłu niż uważne studiowanie karty dań, nagle usłyszałem, że najbardziej życiowo doświadczona spośród czterech tarnobrzeżanek opowiada historię, która do dzisiejszego splotu dziwacznych okoliczności pasuje aż za bardzo.

Myśmy myślały, że oszalejemy. Dosłownie. Myślałyśmy, że oszalejemy, ze strachu albo ze śmiechu. I trochę już byłyśmy oszalałe. Facet stoi w oknie, to jest na razie nic, nie z takimi dziwactwami dziewczyny miały do czynienia. Stoi w oknie, czyli zaraz zejdzie, ale on, rozumiecię, zaczyna schodzić jakby nie w tę stronę. Z naszej strony pada leninowskie pytanie: Co robisz? A on na to: Stoję w oknie. Czyli na razie śmichy chichy, stoi w oknie, co widać i słychać. Krok robi i już nie stoi w oknie, ale teraz stoi na parapecie, że się dogłownie człowiekowi robi niedobrze. Obraca się na tym parapecie przodem do nas, tyłem do przepaści i choć z naszej strony nie pada tym razem żadne pytanie, sam nie pytany mówi:

– Stoję w oknie jak papież. – Kupa śmiechu. Zamierająca, powiedziałabym, kupa śmiechu. Zamierająca, bo on stoi tyłem do ulicy, tyle że ulica jest kilkanaście pięter w dół, stoi i jak gdyby nigdy nic, gada, a my – zamarłe – słuchamy. – Stoję w oknie – mówi ten, coraz jaśniej widać, czubek – jak Ojciec Święty.

– No to pobłogosław zgromadzonych pielgrzymów i złaź – mówi najprzytomniejsza z nas Pramatka Ewa, co powi