Страница 24 из 65
Dziewiąty PIN przepadł bezpowrotnie. Nie tylko przepadł bez śladu w jednym z ekskluzywnych sklepów na placu Wieży, ale nie mogłem się pozbyć wrażenia, że przepadł definitywnie. Umarł, wyjechał na drugą półkulę, przestał istnieć, nigdy nie istniał. Cash: trzy tysiące trzysta pięćdziesiąt złotych – istniał. Wróciłem do domu, wrzuciłem plik banknotów do szuflady, w której trzymam paszport, dowód osobisty, legitymację studencką, indeks, książeczkę zdrowia oraz ładowarkę do komórki, oraz kartę znalezioną w Ogrodzie Saskim, i nic. Nic. Niby nic, ale jednak czuję się nieswojo. Głupio. Dziko. Nie wiem, czy to są wyrzuty sumienia, bo nigdy – przynajmniej w takiej sprawie – nie miałem wyrzutów sumienia. Nigdy w życiu nic nie ukradłem. To znaczy ukradłem, ale przecież w dzieciństwie każdy coś ukradł. Nawet jeśli uznać, że kradzież pierwszego numeru polskiej edycji pisma „Popcorn" to już nie było dzieciństwo, bo ze stelażu przed kioskiem pana Śliwki zwinąłem egzemplarz na początku ósmej klasy, to i tak jest w tej sprawie tysiąc wytłumaczeń. Opowiem, jak wybije godzina. W każdym razie, wierzcie mi, było wtedy tyle okoliczności łagodzących (a może jedna fundamentalna: miłość?), że moje grubo wcześniejsze i prawdziwie dziecięce kradzieże (jabłek ze straganu) nie dają się – w takim porównaniu – niczym usprawiedliwić. Do dziś są dla mnie niezrozumiałe i nie mam dla nich żadnych okoliczności łagodzących. Nawet politycznych, choć zdarzyły się jeszcze za starej, ujarzmionej przez Moskwę Polski, kiedy to wedle niektórych każde obywatelskie nieposłuszeństwo wiodło do wolności.
W połowie lat osiemdziesiątych matka zabierała mnie na piątkowe targi, spędzała tam masę czasu. Bez końca krążyła pomiędzy stoiskami. Już wtedy była uzależniona od namiętnego przebierania we wszelkim towarze, od okazyjnego kupowania dostępnej tylko na czarnym granotowogórzańskim rynku szwajcarskiej czekolady, angielskiej kawy, argentyńskiej wołowiny w puszkach, szmuglowanych kosmetyków, zrzutowych ciuchów i czego tam jeszcze jej dusza pragnęła. A dusza jej pragnęła wszystkiego.
Kiedy kilka lat później, po upadku komunizmu – w Granatowych Górach pojawili się ruscy handlarze – matka oszalała w sensie ścisłym. Zachodziła na targ praktycznie codzie
Ojca w tym czasie nie było i nie bardzo umiem ustalić, gdzie był. Siedział w knajpie? Pojechał do Warszawy? Wtedy chyba jeszcze nie jeździł do Warszawy. Może pojechał do Krakowa? Może wytwarzał abażury? Był już wtedy taksówkarzem i na postoju czekał godzinami na jakiegokolwiek pasażera? Źle się czuł? Wypił o jeden kieliszek za dużo i spał w specjalnym – dowcipnie zwanym przez domowników Neurologią – pokoju na strychu? Nie wiem, nie jestem pewien.
Ojca nie było, natomiast w dziadka wstępował szatan. Myślę, że pierwszym uczuciem, jakie budził we mnie Jan Nepomucen Wojewoda, był strach. W każdym razie wtedy bałem się go strasznie, choć akurat w tym przypadku jego furie były uzasadnione.
– Po jaką jasną cholerę kupujesz te rupiecie? – darł się jak opętany. – Ile w domu może być par nożyczek? Ile? Dwadzieścia? Trzydzieści? Sto? Ile w domu może być scyzoryków? Ile termosów? Ile papierośnic? Ile dłut? Ile suwaków logarytmicznych? Ile kompletów cyrkli? Ile? Pytam się, ile?
– Takich rzeczy nigdy nie jest za dużo – odpowiadała ze stoickim spokojem matka – zwłaszcza jak są praktycznie za darmo. Niech ojciec nie udaje, że ojciec nie wie. Ja to przecież kupuję za absolutny bezcen. A poza tym – kto jak kto, ale ojciec powinien być zadowolony – następne słowa wymawiała z nieprzyjaznym grymasem – z bratniej wymiany handlowej. Tyle lat ojciec walczył o niezłomny sojusz ze Związkiem Radzieckim, że w końcu ojciec powinien się cieszyć. Wreszcie jest. Może nie sojusz i nie ze Związkiem Radzieckim, ale braterstwo ludzi pracy jest na pewno. A także owocna wymiana ekonomicznokulturalna pomiędzy Wschodem a Zachodem.
– Co ty gadasz? Ja walczyłem o niezłomny sojusz ze Związkiem Radzieckim? Ja, proszę ciebie, łba nadstawiałem, ryzykowałem, konjbinowałem, udawałem – wszystko po to, żebyście z głodu nie wyzdychali! Przecież nie dlatego do partii poszedłem, żeby czerwonych popierać, ale żeby dla domu, dla was coś zyskać! Nigdy! nigdy im nie uwierzyłem! nigdy nie dałem się zbałamucić! Nie chciałbym być, droga Agnieszko, złośliwy, ale mogę powiedzieć jedno: Ja w przeciwieństwie do ciebie nigdy nie mówiłem ze wschodnim akcentem! Teraz tak! Teraz nas zalewa Azja! Teraz wszyscy z ruska zaciągają! Kiedyś – tak jest: za komunizmu – nie do pomyślenia. Kiedyś wschodni akcent był jak rzadki klejnot. Bracia kresowiacy, Iwowiacy, wilniucy, jak się ich czasem, z rzadka, gdzieś spotkało – mówili ze wschodnim akcentem i to było jak echo Rzeczpospolitej Przedwoje
Matka milkła, zostawiała nierozpakowany asortyment na stole, szła do siebie. Zaglądałem do niej po paru minutach. Nie sprawiała wrażenia ani zdenerwowanej, ani przestraszonej, ani obrażonej. Siedziała w fotelu, gapiła się na przeciwległą ścianę, od czasu do czasu spoglądała na zegarek. Wyglądało na to, że nie może się doczekać, kiedy minie wieczór i noc i kiedy ruscy handlarze znów rozłożą towary na placu targowym.
Ale to było – jak mówię – na początku lat dziewięćdziesiątych, za nowej kapitalistycznej Polski. Za starej komunistycznej Polski ani matce, ani dziadkowi Janowi Nepomucenowi, ani w ogóle nikomu w Granatowych Górach nie śniło się, że za kilka lat na miejscowym targu pojawią się ruscy handlarze, którym z kolei wtedy nie śniło się, że za kilka lat ruszą na Zachód. Niektórym z nich pewnie nie śniło się nawet, że zostaną handlarzami. Ludzie musieli wtedy śnić z dnia na dzień. Niczego nie ma, niczego nie ma – powtarzała matka – a jak coś jest, to na kartki. Chyba co noc śniło się jej, że dostaje coś, czego nie ma, albo że dostaje coś poza reglamentacją. Wydawało mi się, że matka wariuje. Moim zdaniem niczego nie brakowało, a już produktów spożywczych było zatrzęsienie. Na targu było wszystko, a matka biegała pomiędzy stoiskami jak oszalała, jakby istotnie usiłowała znaleźć coś ujrzanego we śnie. Odruchowo? Dla zabawy? Z nudów? Ściągałem wtedy zawsze z tego samego straganu jabłko. Trzy, góra cztery razy to się zdarzyło. Jak mówię – żadnych okoliczności łagodzących ani w ogóle żadnych okoliczności towarzyszących tym wybrykom nie pamiętam. Dlaczego akurat jabłka? Pewnie były najłatwiej osiągalne. Na targu było wszystko, ale czy było tam coś rzeczywistego poza jabłkami?* Czy w ogóle wchodziły w grę jakieś i
* Produkty spożywcze dostępne w latach osiemdziesiątych na targu w Granatowych Górach. Spis:
1) Pastewne pomarańcze kubańskie – zielone, kwaśne, eksplodujące tysiącami pestek, z powstrzymującą tę eksplozję i w związku z tym za nic nie dającą się zdjąć, ściśle przylegającą pancerną skórą.
2) Pastylki miętowe, pudrowe płaskie o wyglądzie gigantycznych tabletek – na wagę lub pakowane w foliowe torebki.
3) Czekoladowe cukierki w plastykowych pudełkach w kształcie zegarków lub domków – import z ZSRR.
4) Słonina panierowana (najczęściej ostrą papryką) sprzedawana w charakterze wędliny.
5) Masło solone.
6) Ryż dmuchany.
7) Chipsy krewetkowe – suszone krewetki, do smażenia.
8) Lody:
a) Bambino – na patyku,
b) Calypso – w kostkach wielkości masła z podobizną Murzynka na okładce.
9) Gumy balonowe Donald – umieszczone w opakowaniu historyjki o Kaczorze Donaldzie i Myszce Mickey czyniły z nich przedmiot kolekcjonerski.
10) Oranżady w proszku – na sucho zlizywane z dłoni. W analogiczny sposób konsumowało się nabywane w aptece preparaty witaminowe: visolvit (niezły) i vibovit (słabszy, bo kwaskowy).
11) Obwarzanki.
12) Pańska skórka – rodzaj słodkiej pianki, chałupniczej roboty. Z racji niedocieczonej tradycji obficie sprzedawana w okolicach Święta Zmarłych, także przy cmentarzu na Jaszczurczym Groniu.
13) Woda sodowa:
a) Mazowszanka w zielonych lub brązowych butelkach na wymianę,
b) gazowana w syfonach.
14) Ptyś – napój pomarańczowy, gazowany, w takich samych butelkach jak mazowszanka.
15) Cytronada – jedno ze szczytowych osiągnięć rodzimej wynalazczości – niegazowany, landrynkowy napój w kolorach tęczy, sprzedawany w foliowych torebkach z dołączoną słomką, którą, w celu wypicia zawartości, należało wbić w torebkę – operacja bez szansy powodzenia.
16) Ciepłe lody – słodka masa z białek polana czymś w rodzaju czekolady, w waflu do loda – z daleka wyglądało to jak lody.