Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 85 из 127

Smutek i to coś gorszego od smutku

Pojawiały się zawsze zaraz po świętach Bożego Narodzenia i nasilały się do rozpaczy w lutym. Co roku Ergo Sum wracał do szkoły po świątecznych feriach jako i

Jedyne, co pobrzmiewało rytmicznie na ulicach tego miasta wypranego z mądrości, to śpiewny wierszyk, który zgodnie mamrotały dzieci pod oknem jego mieszkania: „Ojciec Wergiliusz uczył dzieci swoje, a miał ich wszystkich sto czterdzieści troje”.

I zaraz potem łacina wydała mu się zbyt ciężka, bez polotu, nabzdyczona kościelnymi skojarzeniami. I na dodatek przerosła to obce mu miasteczko na wskroś. Pasowała do ratusza na rynku, do wysokich kamienic, których strzeliste ozdoby udawały gotyk, do okien z powybijanymi witrażami, do przechodniów o twarzach barbarzyńców. To był świat z czwartej eklogi, świat czekający na narodziny chłopczyka, który przywróci Złoty Wiek.

Dlatego wolał grekę. Tęsknił do niej, bo w gimnazjum mógł uczyć tylko łaciny.

Gdy nie szło mu poprawianie klasówek, w akcie rozpaczy sięgał po Platona, którego wciąż miał nadzieję tłumaczyć lepiej, niż to zrobił Witwicki. Wydawało mu się nawet, że to był jego prawdziwy język – te piękne, dźwięczne słowa greki, które przypominały mu harmonijne geometryczne figury. Zamieniał je na polskie, już nie tak kształtne, bo wieloznaczne, pełne przedrostków, które nieoczekiwanie zmieniały cały sens. Bóg, jeżeli istniał, musiał mówić po grecku.

A więc Platon. Widział ich, jak rozmawiali, czterech albo pięciu mężczyzn półleżących na kamie

Jego mieszkanie mieściło się w starej niskiej kamienicy przy rzece. Składało się z kuchni, łazienki wyłożonej lazurowymi kaflami, dwóch pokojów i oszklonej werandy, z którą nie wiadomo było, co zrobić. Zimą zamykał ją i jeszcze uszczelniał drzwi szmatami. Latem gimnastykował się tam przy pora

Jaka to rozkosz, jaka słodycz życia – siedzieć w chłodnym domu, pić herbatę, pogryzać ciasto i czytać. Przeżuwać długie zdania, smakować ich sens, odkrywać nagle w mgnieniu sens głębszy, zdumiewać się nim i pozwalać sobie zastygać z oczami wklejonymi w prostokąt szyby. Herbata stygnie w delikatnej filiżance; nad jej powierzchnią unosi się koronkowy dymek, który znika w powietrzu, zostawiając ledwie uchwytny zapach. Sznureczki liter na białej stronie książki dają schronienie oczom, rozumowi, całemu człowiekowi. Świat jest przez to odkryty i bezpieczny. Okruszki ciasta wysypują się na serwetę, zęby dzwonią leciutko o porcelanę. W ustach zbiera się ślina, bo mądrość jest apetyczna jak drożdżowe ciasto, ożywiająca jak herbata.

Przy łóżku miał Diogenesa Laertiosa, który służył mu jako czytadło przed snem, a czasem sięgał po niego tak sobie, znienacka, gdy zmęczyły go klasówki czy monoto

A potem zdarzyła się ta dziwna rzecz. Znał Platona prawie na pamięć, ale jakoś nigdy nie zauważył jednego fragmentu. W ósmej księdze Państwa jest pewne zdanie, które nagle odkrył i które go poraziło. Zamarł, gdy je przeczytał i pojął jego sens: „Kto skosztował ludzkich wnętrzności, ten musi stać się wilkiem”. Tak, właśnie tak było napisane. Ergo Sum wstał, przeszedł się do kuchni, spojrzał w kuche

Sprawdzał to zdanie kilka razy dzie

Cierpiał tylko wtedy, kiedy się miotał, kiedy nie pozwalał sobie na tego wilka, kiedy nie był już człowiekiem, historykiem o śmiesznym nazwisku, i nie był jeszcze zwierzęciem. To właśnie bolało jak diabli. Bolało go całe ciało, każda kosteczka i każdy mięsień, a do tego to straszne przerażenie, przy którym śmierć byłaby tylko łagodnym muśnięciem. Tego Ergo Sum nie potrafił wytrzymać i trudno mu się dziwić. Dlatego nagle puszczał to całe kurczowe trzymanie się życia, w jednej chwili rezygnował z walki, osuwał się w sobie na samo dno i leżał tam, dysząc ciężko. Nie wiedział, jak to się stało, że górę brał teraz wilk. Ergo Sum ruszał do parku, między trawy na zboczach, w nocne ogródki działkowe, w cmentarne grządki, byleby dalej od ludzi i smrodu ich domów. Pamięć mu się zacierała tak, że następnego ranka nie był w stanie powiedzieć, gdzie był zeszłej nocy.

Kwitły kasztany, kiedy Ergo Sum pojechał do Wrocławia, do bibliotek i dowiedział się z nich, że jest to klasyczny przypadek wilkołactwa. A chodząc po tym wciąż niewiarygodnie zniszczonym mieście, raz po raz patrzył na swoje dłonie, czy nie porasta ich czasem siwa szczecina. Weszło mu to nawet w nawyk, kiedy się zamyślał, tracił czujność, kiedy się zapędzał w tunele wyobrażeń przyszłości, w wyimaginowane dialogi z lekarzami, psychiatrami, znachorami, a nawet z tym nieżyjącym przecież człowiekiem, którego jadł, wyciągał automatycznie przed siebie dłonie i wracał do tej rzeczywistości, w której należały one do Ergo Suma, nauczyciela gimnazjum z Nowej Rudy.