Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 84 из 127

Ergo Sum

Ergo Sum jadł ludzkie mięso. Było to wczesną wiosną czterdziestego trzeciego roku, gdzieś między Workutą a małą stacją Krasnoje. Zostawili ich pięcioro w budzie przy torach, bo mieli rozładować następne wagony, ale pociąg nie przyjechał. W nocy spadł śnieg, jeszcze większy, jeszcze bardziej biały niż ten, który już leżał. Wygrzebywali spod śniegu gałązki, resztki trawy i to jedli. Skrobali z desek szopy stare porosty. Dobrze, że wokoło był las – ogień ogrzewał ich ciała, bo nie miały już czym ogrzewać się same od środka. Ergo nie pamiętał imion towarzyszy; udało mu się je zapomnieć, ale nie udało mu się zapomnieć twarzy człowieka, który zamarzł i którego ciało jadł. Człowiek musiał zamarznąć w nocy, bo rano leżał skulony przy tlącym się ognisku, z nadpalonym butem, jakby wkładając nogę do ogniska chciał sobie przypomnieć, że żyje, gdy umierał. A może noga wpadła do ognia już po śmierci. Był łysawy i miał rudawy zarost. Ergo zapamiętał, że blade wargi odsłaniały zmasakrowane szkorbutem dziąsła.

Ojciec Ergo Suma był wiejskim nauczycielem. Mieszkał pod Borysławiem. Nazywał się bardzo zwyczajnie -Wincenty Sum, ale w przypływie podejrzanie dobrego humoru dał synowi na imię Ergo. Ergo Sum to brzmi dumnie – tak mu się wydawało. Potem żałował, że nie obdarzył syna dwoma imionami, byłoby szlachetniej, cywilizowanie, byłby to znak, że naród, a z nim Wincenty Sum i jego dzieci, należy do Zachodu. Ergo Sum studiował we Lwowie historię i literaturę klasyczną. Gdy go wywieźli, miał dwadzieścia cztery lata. Ten, który zamarzł, leżał zwinięty w kłębek, przykryty derką spod której wystawał nadpalony but. Czapka uszanka zsunęła mu się z głowy i odsłoniła łysinę. Jego twarz miała ludzkie rysy, lecz nie była już ludzka. Wynieśli go bez słowa za budę i położyli w zaspie. Śnieg sypał z nieba jak piasek – drobny, ostry, agresywny. Po kilku godzinach zasypał wszystkie ślady. Jednak Ergo Sum myślał o tym zamarzniętym człowieku i przed oczami miał wciąż ten nadpalony but. Próbował sobie przypomnieć, co tamten mówił, co robił, jaki miał głos, ale nic nie pamiętał. Zapomniał wszystko, zupełnie tak, jakby nigdy nie było z nimi tego człowieka w nadpalonym bucie. Pili podgrzany, roztopiony śnieg i nie odzywali się do siebie. Zerwała się zamieć i wszystko naokoło wyło i trzeszczało. Śnieg przesypywał się przez szpary w ścianach i układał się w białe foremne stożki, jakby był żywym stworzeniem, które przyszło w odwiedziny, jakby był mieszkańcem międzygwiezdnych przestrzeni i na tę noc wybrał nocleg na Ziemi. Rano wciąż wszyscy byli żywi. Któryś z nich wyszedł na zewnątrz i zaraz wrócił. „Zasypało go. Nic już nie widać. Teraz nigdy go już nie znajdziemy”, powiedział z rozpaczą.

Zerwali się z miejsc i wyszli w śnieg szukać ciała, które nagle stało się tak ce

Przenieśli ciało pod ścianę budy i przykryli je kilkoma deskami i gałęziami. Wrócili do szopy i znowu pili ciepły śnieg, bo na wpół zamarzli. Potem któryś z nich wyszedł i przyniósł zamarznięte skrawki mięsa, które wrzucił do wody. Nie był to Ergo Sum, nie, to akurat pamiętał dokładnie. Pierwszy raz zrobił to ktoś i

Pociąg nie przyjeżdżał i właściwie śmieszne było mieć nadzieję, że jeszcze przyjedzie. Tory dawno zniknęły pod śniegiem. Powoli znikały pod nim także drobne krzaczki i szopa. Codzie

Trwało to tydzień, może dwa. Ergo jeszcze nosił mięso, odkrawał je nożem od kości, łamał małe kosteczki, bo w końcu trzeba było wykorzystać także i kości. Wkrótce, dzięki śniegowi i wszystkiemu i

Coś czuwało nad nimi, tak myślał Ergo Sum, ponieważ dzień przed atakiem wilków zobaczyli w brzozowym lesie ludzkie ślady. Poszli za nimi kawałek i widać było, że ten ktoś ciągnął drzewo na sanie, a sanie ciągnął koń. Wrócili do szopy podekscytowani. Modlili się, żeby nie spadł śnieg i nie przysypał tych znaków od świata. W nocy najpierw usłyszeli wycie gdzieś daleko, potem bliżej, a potem hałas i szamotanie przy samej szopie. Wilki najpierw warcząc rozszarpały i zjadły ich zapasy, a potem rozjuszone walką o nędzne kęski napierały na drzwi, gryzły ściany. Rozpalili ogień tak duży, że osmolił sufit. Gdyby noc trwała godzinę dłużej, szopa nie wytrzymałaby i skończyliby w paszczach wilków.

Gdy tylko podniosło się słońce, ruszyli w stronę lasu brzozowego, do śladów człowieka, sań i konia. Szli we trójkę, bo okazało się rano, że biolog już nie żył. Ergo Sum pomyślał, że to dobrze się stało, że znowu coś nad nimi czuwa, bo i tak nie daliby rady nieść osłabionego biologa. A droga przed nimi była daleka, nawet nie wiadomo, jak daleka i czy w ogóle miała cel.

Szli cały dzień, przez las i potem skrajem lasu, aż wieczorem, gdy już było ciemno od kilku godzin, zobaczyli dalekie światła. Gdzieś za nimi wyły wilki.

Tak ocalał Ergo Sum i jego dwaj towarzysze, których imion nawet nie zapamiętał. Doszli do małej wioski, osady ledwie, gdzie stało pięć domów. Tam ich ogrzano i nakarmiono, tam wyleczono odmrożone stopy, dłonie i ręce. Stamtąd Ergo dostał się do polskiego wojska, przeszedł cały szlak od Lenino do Berlina i wylądował w Nowej Rudzie jako nauczyciel historii w starym gimnazjum, gdzie w hallu stało marmurowe popiersie Goethego.