Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 24 из 87

Czas Pawła Boskiego

Syn Starego Boskiego, Paweł, chciał być kimś „ważnym". Bał się, że jeżeli nie zacznie szybko działać, stanie się tak „nieważny" jak jego ojciec i zawsze już będzie kładł jakieś gonty na jakimś dachu. Dlatego gdy miał szesnaście lat, wyniósł się z domu, w którym królowały jego nieładne siostry, i najął się w Jeszkotlach do pracy u Żyda. Żyd nazywał się Aba Kozienicki i handlował drzewem. Na początku Paweł pracował jako zwykły drwal i ładowacz, lecz musiał spodobać się Abie, bo wkrótce ten powierzył mu odpowiedzialną pracę znaczenia i sortowania pni.

Paweł Boski nawet przy sortowaniu drzewa zawsze patrzył w przyszłość, przeszłość go nie interesowała. Sama myśl, że można kształtować przyszłość, wpływać na to, co się stanie, podniecała go. Czasem zastanawiał się, jak to wszystko się dzieje. Czy gdyby urodził się w pałacu jako Popielski, byłby taki sam jak teraz? Czy myślałby tak samo? Czy podobałaby mu się Misia od Niebieskich? Czy nadal chciałby zostać felczerem, czy może mierzyłby wyżej – lekarzem, profesorem na uniwersytecie?

Jednego młody Boski był pewien – wiedzy. Wiedza i wykształcenie stoi otworem przed każdym. Jasne, że i

Po pracy zachodził więc do biblioteki gromadzkiej i wypożyczał książki. Biblioteka gromadzka była źle zaopatrzona. Brakowało encyklopedii, słowników. Półki wypełniały jakieś Córki królów, Bez posagu – książki dla bab. W domu wypożyczone książki chował w pościeli przed siostrami. Nie lubił, kiedy dotykały jego rzeczy.

Wszystkie trzy siostry były duże, masywne i toporne. Ich głowy wydawały się małe. Miały niskie czoła i gęste jasne włosy. Jak słoma. Najładniejsza z nich była Stasia. Gdy się uśmiechała, błyskały w ogorzałej twarzy białe zęby. Trochę szpeciły ją niezgrabne, kacze nogi. Średnia, Tosia, była już zaręczona z gospodarzem z Kotuszowa, a Zosia, wielka i silna, lada dzień miała wyjechać na służbę do samych Kielc. Paweł cieszył się, że odejdą z domu, choć swojego domu nie lubił, tak samo jak swoich sióstr.

Nienawidził brudu, który wciskał się w szczeliny starej drewnianej chałupy, w podłogi, pod paznokcie. Nienawidził smrodu krowiego gnoju, którym przesiąkało ubranie, kiedy weszło się do obory. Nienawidził zapachu parowanych ziemniaków dla świń – przenikał on cały dom, każdą rzecz w domu, włosy i skórę. Nienawidził chamskiej gwary, którą mówili rodzice i która pchała się czasem na język jemu samemu. Nienawidził płótna, surowego drewna, drewnianych łyżek, odpustowych świętych obrazów, grubych nóg sióstr. Czasem potrafił tę nienawiść zebrać gdzieś w okolicy szczęk i wtedy czuł w sobie wielką siłę. Wiedział, że będzie miał wszystko, czego zapragnie, że będzie parł do przodu i nikt nie potrafi go zatrzymać.