Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 87 из 87

Czas Adelki

Adelka wysiadła z kieleckiego autobusu na Gościńcu i miała wrażenie, że się obudziła. Że spała i śniła swoje życie w jakimś mieście, z jakimiś ludźmi, wśród pomieszanych i niejasnych zdarzeń. Potrząsnęła głową i zobaczyła przed sobą leśną aleję do Prawieku, lipy po jej obu stronach, ciemną ścianę Wodenicy – wszystko było na swoim miejscu.

Przystanęła i poprawiła torebkę na ramieniu. Popatrzyła na swoje włoskie pantofle i płaszcz z wielbłądziej wełny. Wiedziała, że wygląda pięknie, jak z żurnala, jak z wielkiego miasta. Ruszyła przed siebie, balansując na wysokich szpilkach.

Gdy wyszła z lasu, uderzył ją ogrom nieba, które nagle całe się odsłoniło. Zapomniała, że niebo może być takie wielkie, jakby mieściło w sobie jeszcze i

Zobaczyła dach domu i oczom nie wierzyła, jak bardzo rozrósł się krzak bzu. Kiedy podeszła bliżej, na chwilę zamarło jej serce – nie było domu ciotki Papu-gowej. W miejsce, gdzie zawsze stał, weszło niebo.

Adelka otworzyła furtkę i stanęła przed domem. Drzwi i okna były zamknięte. Poszła na podwórko. Było zarośnięte trawą. Wybiegły do niej małe kurki liliputki, kolorowe jak pawie. Wtedy przyszło jej do głowy, że ojciec i wuj Izydor umarli, a jej nikt nie zawiadomił i teraz przyjechała do pustego domu w tym swoim płaszczu z „Telimeny" i włoskich szpilkach.

Postawiła walizkę, zapaliła papierosa i poszła przez sad tam, gdzie kiedyś stał domek ciotki Papugowej.

– A więc ty palisz papierosy – usłyszała nagle. Odruchowo rzuciła papierosa na ziemię i poczuła

w gardle stary dzieci

– Co ojciec tu robi? – zapytała zdumiona.

– Obserwuję dom.

Nie wiedziała, co powiedzieć. Patrzyli na siebie w milczeniu.

Widać było, że nie golił się od tygodni. Jego zarost był teraz całkiem biały, jakby na twarzy ojca osiadł szron. Spostrzegła, że bardzo się zestarzał przez te wszystkie lata.

– Zmieniłam się? – zapytała.

– Postarzałaś się – odpowiedział, zwracając wzrok na dom. – Jak wszyscy.

– Co się stało, tato? Gdzie wujek Izydor? Czy nikt ci nie pomaga?

– Wszyscy domagają się ode mnie pieniędzy i chcą zawładnąć domem, jakbym już nie żył. A ja jeszcze żyję. Dlaczego nie przyjechałaś na pogrzeb matki?

Dłonie Adelki zatęskniły za papierosem.

– Przyjechałam po prostu powiedzieć ci, że daję sobie radę. Skończyłam studia, pracuję. Mam już dużą córkę.

– Dlaczego nie urodziłaś syna?

Znowu poczuła znajomy ucisk w gardle i miała wrażenie, że obudziła się po raz kolejny. Nie istnieją Kielce, nie ma włoskich szpilek i płaszcza z wielbłądziej wełny. Czas osuwa się w dół, jak podmyty brzeg rzeki, i próbuje ich oboje zabrać ze sobą w przeszłość.

– Bo nie – powiedziała.

– Wszyscy macie dziewczynki. Antoś dwie, Witek jedną, bliźniaczki – po dwie, i teraz ty. Wszystko pamiętam, wszystko liczę skrupulatnie i wciąż nie mam wnuka. Rozczarowałaś mnie.

Wyjęła z kieszeni kolejnego papierosa i zapaliła go.

Ojciec patrzył na płomień zapalniczki.

– A twój mąż? – zapytał.

Adelka zaciągnęła się i z ulgą wypuściła kłąb dymu.

– Nie mam męża.

– Rzucił cię? – zapytał.

Odwróciła się i ruszyła w stronę domu.

– Poczekaj. Dom jest zamknięty. Pełno tu złodziei i wszelkiego tałatajstwa.

Powoli poszedł za nią. Potem wyciągnął z kieszeni pęk kluczy. Patrzyła, jak otwiera zamki, jeden, drugi, trzeci. Ręce mu drżały. Ze zdziwieniem zauważyła, że jest od niego wyższa.

Weszła za nim do kuchni i od razu poczuła znajomy zapach wystygłego pieca i przypalonego mleka. Zaciągnęła się nim jak dymem z papierosa.

Na stole stały brudne talerze, po których leniwie chodziły muchy. Słońce rysowało na ceracie firankowe wzory.

– Tato, gdzie jest Izydor?

– Oddałem go do domu starców w Jeszkotlach. Był już stary i zramolały. W końcu umarł. Wszystkich nas czeka to samo.

Odgarnęła stos ubrań z krzesła i usiadła. Chciało jej się płakać. Do obcasów szpilek przyczepiły się grudki ziemi i sucha trawa.

– Nie ma co go żałować. Zapewnili mu opiekę i wikt. Miał lepiej niż ja. Ja muszę wszystkiego doglądać, pilnować każdej rzeczy.

Wstała i weszła do pokoju. Niezdarnie sunął za nią i nie spuszczał z niej oczu. Zobaczyła na stole stos przyszarzałej bielizny: podkoszulki, kalesony, majtki. Na gazecie leżała gąbkowa poduszeczka i pieczątka z drewnianą rączką. Wzięła parę kalesonów do rąk i przeczytała niewyraźnie odbity tuszem druk: „Paweł Boski, Inspektor".

– Kradną – powiedział. – Ściągają ze sznurków nawet kalesony.

– Tato, zostanę tu trochę z tobą, posprzątam ci, upiekę ciasto… – Adelka zdjęła płaszcz i powiesiła go na krześle.

Podciągnęła rękawy swetra i zaczęła zbierać brudne kubki ze stołu.

– Zostaw – głos Pawła zabrzmiał nieoczekiwanie ostro. – Nie chcę, żeby mi się tu ktoś rządził. Daję sobie świetnie radę.

Poszła na podwórko po walizkę, a potem wykładała na brudny stół prezenty: kremową koszulę i krawat dla ojca, bombonierkę i wodę kolońską dla Izydora. Przez chwilę trzymała w ręku zdjęcie córki.

– To moja córka. Chcesz zobaczyć7

Wziął fotografię do ręki i rzucił na nią okiem.

– Do nikogo niepodobna. Ile ma lat?

– Dziewiętnaście.

– Coś ty robiła przez ten czas?

Nabrała powietrza, bo wydawało się jej, że ma wiele do powiedzenia, ale nagle wszystko wyleciało jej z głowy.

Paweł zebrał w milczeniu prezenty i zaniósł je do kredensu w pokoju. Zadzwonił pęk kluczy. Słyszała chrobot patentowych zamków wstawionych na siłę w dębowe drzwi kredensu. Rozglądała się po kuchni i rozpoznawała rzeczy, które już zapomniała. Na wieszaku przy kaflowej kuchni tkwił talerz z podwójnym

dnem, gdzie nalewało się gorącej wody, żeby zupa nie stygła zbyt szybko. Na półce stały porcelitowe pojemniki z niebieskimi napisami: mąka, ryż, kasza, cukier. Od kiedy pamiętała, pojemnik na cukier był pęknięty. Nad drzwiami do pokoju wisiała kopia obrazu Matki Boskiej Jeszkotlowskiej. Jej piękne dłonie zalotnym gestem odsłaniały gładki dekolt, lecz tam gdzie powi

– Wróciłaś za późno – powiedział ojciec w drzwiach. – Wszystko się już skończyło. Czas umierać.

Roześmiał się, jakby opowiedział świetny dowcip. Zobaczyła, że nic nie zostało z jego pięknych białych zębów. Siedzieli teraz w milczeniu. Wzrok Adelki wędrował po wzorze na ceracie i spoczął na słojach z sokiem porzeczkowym, do którego dostały się muszki… Mogłabym zostać… – szepnęła i popiół z papierosa opadł jej na spódnicę.

Paweł odwrócił twarz do okna i przez brudną szybę patrzył na sad.

– Niczego już nie potrzebuję. Niczego się już nie boję.

Zrozumiała, co chciał jej powiedzieć. Wstała i powoli włożyła płaszcz. Pocałowała ojca niezręcznie w oba oszronione zarostem policzki. Myślała, że wyjdzie za nią przed furtkę, ale on od razu ruszył w stronę kupy gruzów, gdzie wciąż stał jego taboret.

Wyszła na Gościniec i dopiero teraz zauważyła, że jest pokryty asfaltem. Lipy wydały jej się mniejsze. Lekkie podmuchy wiatru strącały z nich liście, które opadały na zarosłe wysoką trawą pole Stasi Papugowej.

Przy Wodenicy oczyściła chusteczką swoje włoskie szpilki i poprawiła włosy. Jeszcze z godzinę musiała siedzieć na przystanku, czekając na autobus. Kiedy przyjechał, była jedyną pasażerką. Otworzyła walizkę i wyjęła młynek. Powoli zaczęła obracać korbką, a kierowca rzucił jej przez lusterko zdziwione spojrzenie.


Понравилась книга?

Поделитесь впечатлением

Скачать книгу в формате:

Поделиться: