Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 19 из 87

Czas Michała

Misia była śliczna od zawsze, od kiedy zobaczył ją pierwszy raz przed domem, bawiącą się w piasku. Pokochał ją od razu. Pasowała dokładnie do spustoszonego małego miejsca w jego duszy. Ofiarował jej młynek, który przywiózł ze wschodu jako woje

Patrzył, jak rosła, jak wypadły jej pierwsze zęby, a w ich miejsce pojawiły się nowe – białe, za duże do drobnej buzi. Ze zmysłową przyjemnością przyglądał się wieczornemu rozplataniu warkoczy i powolnym, se

Michał nie wiedział, jak wyrazić to, co czuł. Wydawało mu się, że ten, kto kocha, bezusta

Gdyby Michał był potężnym władcą, zbudowałby dla Misi wielką budowlę na szczycie góry, piękną i niezniszczalną. Ale Michał był tylko zwyczajnym młynarzem, kupował więc Misi ubrania, zabawki i robił papierowe ptaki.

Miała najwięcej sukienek spośród wszystkich dzieci w okolicy. Wyglądała tak pięknie jak panienki z pałacu. Miała prawdziwe lalki, kupowane w Kielcach, lalki, które mrugały oczami, a przewracane na wznak, wydawały pisk, mający przypominać płacz dziecka. Miała dla nich drewniany wózek, nawet dwa wózki – jeden był ze zdejmowaną budką. Miała piętrowy lalczyny domek i kilka pluszowych misiów. Gdziekolwiek Michał jechał, zawsze myślał o Misi, zawsze do niej tęsknił. Nigdy nie podniósł na nią głosu.

– Dałbyś jej raz w tyłek – mówiła Genowefa z pretensją.

Sama myśl o tym, że mógłby uderzyć to drobne, ufne ciałko, sprowadzała na Michała słabość, tę samą, która skończyła się kiedyś omdleniem. Dlatego Misia często uciekała do ojca od zagniewanej matki. Chowała się w jego pobieloną mąką marynarkę jak zwierzątko. Nieruchomiał, zaskakiwany wciąż na nowo jej niczym nie skażoną ufnością.

Kiedy zaczęła chodzić do szkoły, codzie

Potem coś się zaczęło zmieniać. W dwudziestym dziewiątym roku. Na świecie był już Izydor, zmienił się rytm życia. Michał zobaczył kiedyś obie, Misie i Genowefę, jak wieszały na sznurkach pranie. Obie podobnego wzrostu, w białych chustkach na głowie, a na sznurkach bielizna – koszulki, staniczki, halki, jedne tylko trochę mniejsze niż te drugie, kobiece. Przez chwilę zastanawiał się, czyje są te mniejsze, a gdy zrozumiał, zmieszał się jak młody chłopak. Do tej pory miniaturowość ubranek Misi budziła w nim czułość. Teraz, gdy patrzył na te sznurki z praniem, ogarnęła go złość, że czas biegnie tak szybko. Wolałby tej bielizny nie widzieć.

W tym samym czasie, może trochę później, któregoś wieczoru przed zaśnięciem Genowefa se

Śniło mu się, że szedł miedzą, a po obu stronach rosło zboże czy może wysoka, żółta trawa. Zobaczył, że idzie po niej Kłoska. Miała sierp i tym sierpem ścinała kłosy trawy.

– Zobacz – powiedziała do niego. – One krwawią.

Pochylił się i rzeczywiście zobaczył na ściętych źdźbłach wzbierające krople krwi. Wydało mu się to nienaturalne i straszne. Zaczął się bać. Chciał stamtąd odejść, a kiedy się odwrócił, ujrzał w trawie Misie. Miała na sobie swój szkolny mundurek, leżała z zamkniętymi oczami. Wiedział, że umarła na tyfus.

– Ona żyje – powiedziała Kłoska. – Ale to zawsze tak jest, że się najpierw umiera.

Nachyliła się nad Misia i powiedziała jej coś do ucha. Misia obudziła się.

– Chodź, pójdziemy do domu. – Michał wziął córkę za rękę i próbował pociągnąć za sobą.

Ale Misia była i

– Nie, tato, mam tyle spraw do załatwienia. Nie pójdę.

Wtedy Kłoska pokazała palcem jej usta.

– Zobacz, ona nie rusza ustami, gdy mówi. Michał zrozumiał w tym śnie, że Misie dotknął

jakiś rodzaj śmierci, śmierci niecałkowitej, ale równie przerażającej jak prawdziwa.