Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 75 из 99

— Nie o to mi chodziło.

— O co więc?

— Jeśli woda wystygnie — wymruczał, pieszcząc jej piersi — cięcia będą bolesne.

— Za rozkosz — Ye

— Nie.

— Ja też nie. Usiądź na brzegu basenu. Kocham cię, ale nie będę, cholera jasna, nurkować.

— Jejku, jej — powiedziała Ye

— Kocham cię, Yen.

— Kocham cię, Geralt.

— Już czas. Zawołajmy.

— Zawołajmy.

Zawołali. Najpierw zawołał wiedźmin, potem zawołała Ye

— Juuuuż! Jesteśmy gotowi! Dajcie nam ten nóż! Heeej! Cholera! Woda stygnie!

— To z niej wyjdźcie — powiedziała Ciri, zaglądając do łazienki. - Oni wszyscy sobie poszli.

— Coooo?

— Przecież mówię. Poszli sobie. Oprócz nad trojga nie ma tu żywej duszy. Ubierzcie się. Na golasa wyglądacie strasznie śmiesznie.

Gdy się ubierali, zaczęły im drżeć ręce. Obojgu. Z najwyższą trudnością radzili sobie z haftkami, sprzączkami i guzikami. Ciri paplała.

— Odjechali. Zwyczajnie. Wszyscy, ilu ich było. Zabrali stąd wszystkich, wsiedli na konie i odjechali. Aż się kurzyło.

— Nie zostawili nikogo?

— Nikogutko.

— Niepojęte — szepnął Geralt. - To jest niepojęte.

— Czy stało się coś — odchrząknęła Ye

— Nie — odrzekła szybko Ciri. - Nic.

Kłamała.

Z początku nadrabiała miną. Wyprostowana, z hardo zadartą głową i kami

Poszli ku wyjściu, eskortowana z obu stron. Z dumnie uniesioną głową. Dudniły ciężkie buty, chrzęszczały kolczugi, dzwoniła broń.

Po kilkunastu krokach obejrzała się po raz pierwszy. Po następnych kilku po raz drugi. Przecież ja ich już nigdy, nigdy nie zobaczę, przeraźliwą i chłodną jasnością zapłonęła jej pod ciemieniem myśl. Ani Geralta, ani Ye

Świadomość momentalnie, za jednym zamachem starła maskę udawanej odwagi. Twarz Ciri skurczyła się i wykrzywiła, oczy napełniły się łzami, z nosa pociekło. Dziewczyna walczyła ze wszystkich sił, ale na próżno. Fala łez przerwała tamę pozorów.

Nilfgaardczycy z salamandrami na płaszczach patrzyli na nią w ciszy. I w zdumieniu. Niektórzy widzieli ją na zakrwawionych schodach, wszyscy widzieli ją w rozmowie z cesarzem. Wiedźminkę z mieczem, wiedźminkę niepokonaną, butnie skaczącą do oczu samemu imperatorowi. I dziwili się teraz, widząc pochlipujące i łkające dziecko.

Była tego świadoma. Ich spojrzenia paliły ją jak ogień, kłuły jak szpilki. Walczyła, ale bez skutku. Im mocniej wstrzymywała płacz, tym silniej wybuchał.

Zwolniła kroku, potem zatrzymała się. Eskorta stanęła równierz. Ale tylko na moment. Na warkliwą komendę oficera żelazne ręce chwyciły ją pod pachy i za przeguby. Ciri, szlochając i łykając łzy, obejrzała się po raz ostatni. Potem powleczono ją. Nie stawiała oporu. Ale szlochała coraz głośniej i coraz rozpaczliwiej.

Zatrzymał ich cesarz Emhyr car Emreis, ten ciemnowłosy człowiek o twarzy, która budziła w niej dziwne, niejasne wspomnienia. Puścili ją na jego ostry rozkaz. Ciri pociągnęła nosem, otarła oczy rękawem. Widząc, że podchodzi, wstrzymała szloch, hardo zadarła głowę. Ale teraz — była tego świadoma — wyglądało to już tylko śmiesznie.

Emhyr patrzył na nią długo. Bez słowa. Potem podszedł. I wyciągnął ręce. Ciri, która na takie gesty zawsze reagowała odruchowym cofnięciem się, teraz, ku swemu najwyższemu zdumieniu, nie zareagowała. Z jeszcze większym zdumieniem stwierdziła, że jego dotyk wcale nie jest przykry.

Dotknął jej włosów, jakby licząc bielutkie jak śnieg pasemka. Dotknął zdeformowanego blizną policzka. Potem przytulił, gładził po głowie i plecach. A ona, wstrząsana płaczem, pozwalała mu na to, a ręce trzymała sztywno niczym strach na wróble.

— Dziwna to rzecz, przeznaczenie — usłyszała szept. - Żegnaj, córko.

— Jak powiedział?

Twarz Ciri skurczyła się lekko.

— Powiedział: va faill, luned. W Starszej Mowie: żegnaj, dziewczyno.

— Wiem — kiwnęła głową Ye

— Potem… Potem puścił mnie, odwrócił się i odszedł. Krzyknął rozkazy. I wszyscy poszli sobie. Mijali mnie, całkiem obojętnie, tupiąc, łomocząc i brzęcząc zbrojami, aż echo szło po korytarzu. Wsiedli na konie i odjechali, słyszałam rżenie i tętent. W życiu tego nie pojmę. Bo gdy się zastanowić…

— Ciri.

— Co?

— Nie zastanawiaj się.

— Zamek Stygga — powtórzyła Filippa Eilhart, patrząc spod rzęs na Fringillę Vigo. Fringilla nie zaczerwieniła się. W ciągu minionych trzech miesięcy udało jej się wyprodukować magiczny krem działający kurcząco na naczynia krwionośne. Dzięki kremowi rumieńce nie biły na twarz, choćby nie wiedzieć, jaki był wstyd.

— Kryjówka Vilgefortza była w zamku Stygga — potwierdziła Assire var Anahid. - W Ebbing, nad górskim jeziorem, którego nazwy mój informator, prosty żołnierz, nie był w stanie zapamiętać.

— Powiedziała pani: "była" — zwróciła uwagę Francesca Findabair.

— Była — wpadła w słowo Filippa. - Bo Vilgefortz nie żyje, moje drogie panie. On i jego wspólnicy, cała szajka gryzie już ziemię. Przysługę tę wyświadczył nam nie kto i

Wszystkie czarodziejki jak na komendę spojrzały na Fringillę, ale krem działał naprawdę niezawodnie. Assire var Anahid westchnęła. Filippa pacnęła dłonią w stół.

— Choć tłumaczy nas — powiedziała sucho — zawał zajęć związany z wojną i przygotowywaniem rokowań pokojowych, za porażkę loży uznać należy fakt, że w sprawie Vilgefortza zostałyśmy wyprzedzone i wyręczone. Nie powi

Loża — za wyjątkiem bladej jak trup Fringilli Vigo — pokiwała głowami.

— W tej chwili — podjęła Filippa — wiedźmin Geralt jest gdzieś w Ebbing. Wraz z Ye

— A ów zamek? — przerwała Sabrina Glevissig. - Nie zapomniałaś aby o czymś, Filippo?

— Nie, nie zapomniałam. Legenda, o ile powstanie, powi

Huk eksplozji słyszano aż w Maecht, błysk — albowiem miało to miejsce nocą — widoczny był nawet w Meti