Страница 74 из 99
— W upozorowanej katastrofie statku.
— Tak jest. Podczas rejsu ze Skellige do Cintry, na Głębi Sedny, Vilgefortz miał wciągnąć okręt w magiczny wsysacz. Ja, Pavetta i Ciri mieliśmy zamknąć się przedtem w specjalnie zabezpieczonej kajucie i przeżyć. A załoga…
— Miała nie przeżyć — dokończył wiedźmin. - I tak zaczęła się twoja droga po trupach.
Emhyr var Emreis milczał czas jakiś.
— Zaczęła się wcześniej — powiedział wreszcie, a jego głos brzmiał głucho. - Niestety. W momencie, kiedy okazało się, że Ciri nie ma na pokładzie.
Geralt uniósł brwi.
— Niestety — twarz cesarza nie wyrażała niczego — w moich planach nie doceniłem Pavetty. To melancholijne dziewczę o wiecznie spuszczonych oczach przejrzało mnie i moje zamiary. Przed podniesieniem kotwicy tajemnie odesłała dziecko na ląd. Wpadłem w szał. Ona też. Dostała ataku histerii. Podczas szarpaniny… wypadła za burtę. Nim zdążyłem wyskoczyć za nią, Vilgefortz wciągnął okręt w ten swój wsysacz. Walnąłem w coś głową i straciłem przytomność. Przeżyłem cudem, zaplątany w liny. Ocknąłem się cały w bandażach. Miałem złamaną rękę…
— Ciekawi mnie — spytał zimno wiedźmin — jak czuje się człowiek, który zamordował własną żonę?
— Parszywie — odparł bez zwłoki Emhyr. - Czuł i czuje się parszywie i cholernie podle. Nie zmienia tego nawet fakt, że ja nigdy jej nie kochałem. Cel uświęca środki. Żal mi jednak prawdziwie jej śmierci. Nie chciałem tego i nie planowałem. Pavetta zginęła przypadkiem.
— Łżesz — powiedzieł sucho Geralt — a to cesarzom nie przystoi. Pavetta nie mogła żyć. Demaskowała by cię. I nigdy nie pozwoliłaby na to, co chciałeś zrobić Ciri.
— Żyłaby — zaprzeczył Emhyr. - Gdzieś… daleko. Jest dość zamków… Choćby Darn Rowan… Nie mógłbym jej zabić.
— Nawet dla celu, który uświęca środki?
— Zawsze — cesarz potarł twarz — można znaleźć jakiś mniej drastyczny środek. Zawsze jest ich wiele.
— Nie zawsze — powiedział wiedźmin, patrząc mu w oczy. Emhyr uciekł uciekł przed jego spojrzeniem.
— To właśnie miałem na myśli — kiwnął głową Geralt. - Dokończ opowieści. Czas bieży.
— Calanthe strzegła małej jak źrenicy oka. O tym, by ją porwać, nawet marzyć nie mogłem… Moje stosunki z Vilgefortzem znacznie ochłodły, do i
— Wiem — kiwnął głową Geralt. - Dziękuję ci za tę rozmowę, Duny. Jestem ci wdzięczny, że zechciałeś poświęcić mi czas. Ale dłużej zwlekać nie podobna. Jestem bardzo zmęczony. Patrzyłem na śmierć przyjaciół, którzy szli tutaj za mną końca świata. Szli, by ratować twoją córkę. Nawet jej nie znali. Oprócz Cahira, żadne Ciri nawet nie znało. A poszli, by ją ratować. Bo było w nich coś, co jest porządne i szlachetne. I co? Znaleźli śmierć. Uważam, że to jest niesprawiedliwe. I jeśli ktoś chce wiedzieć, nie zgadzam się z tym. Bo do dupy jest taka historia, gdy umierają ci porządni, a łotry żyją i dalej robią swoje. Nie mam już sił, cesarzu. Wezwij ludzi.
— Wiedźminie…
— Tajemnica musi umrzeć wraz z tymi, którzy ją znają. Sam to powiedziałeś. Nie masz i
— Dobrze wiem.
— Ye
— Ona — powiedział poważnie Emhyr — zapłaci każdą cenę, by ratować Ciri. I mścić twoją śmierć.
— Fakt — kiwnął głową wiedźmin. - W rzeczy samej, zapomniałem, jak bardzo ona kocha Ciri. Masz rację, Duny. Cóż, przed przeznaczeniem nie da się uciec. Mam prośbę.
— Słucham.
— Pozwól mi się z nimi obiema pożegnać. Potem jestem do twojej dyspozycji.
Emhyr stanął przy oknie, zapatrzony w szczyty gór.
— Nie mogę ci odmówić. Ale…
— Nie obawiaj się. Nie powiem Ciri nic. Skrzywdziłbym ją, mówiąc, kim jesteś. A ja nie potrafiłbym jej skrzywdzić.
Emhyr milczał długo, wciąż odwrócony ku oknu.
— Może i mam wobec ciebie jakiś dług — wykręcił się na pięcie. - Posłuchaj więc, co mam ci do zaoferowania w ramach spłaty. Dawno, dawno temu, bardzo dawnymi czasy, gdy ludzie mieli jeszcze cześć, dumę i godność, gdy cenili swoje słowo, a lękali się wyłącznie wstydu, zdarzało się, że skazany na śmierć człowiek honoru, by ujść przez hańbiącą ręką kata lub siepacza, wchodził do wa
— Rozkarz napełnić wa
— Czy wchodzi w rachubę — podjął spokojnie cesarz — by Ye
— Jestem tego prawie pewien. Ale trzeba zapytać. To dość buntownicza natura.
— Wiem.
Ye
— Koło się zamknęło — dodała, patrząc na swe przeguby. - Wąż Urobos zatopił zęby we własnym ogonie.
— Ja nie rozumiem! — Ciri zaparskała jak rozwścieczony kot. - Ja nie pojmuję, dlaczego mam z nim iść? Dokąd? Po co?
— Córeczko — powiedziała łagodnie Ye
— A wy?
— Na nas — Ye
— Oni chcą was zamordować, prawda? Ja się nie zgadzam! Ja ledwo was odzyskałam! To niesprawiedliwe!
— Kto mieczem wojuje — odezwał się głucho Emhyr var Emreis — ten od miecza ginie. Walczyli ze mną i przegrali. Ale przegrali godnie.
Ciri w trzech krokach stanęła przed nim, a Geralt bezgłośnie wciągnął powietrze. Usłyszał westchnienie Ye
— Ty zaś — powiedziała Ciri, mierząc Emhyra płomie
Emhyr var Emreis nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko, mierząc dziewczynę wyraźnie zadowolonym spojrzeniem. Ciri zacisnęła zęby.
— Tylu umarło. Tylu ludzi umarło przez to wszystko. Przegrali godnie? Śmierć jest godna? Tylko bestia może tak myśleć. Ze mnie, choć na śmierć patrzyłam z bliska, bestii zrobić się nie udało. I nie uda.
Nie odpowiedział. Patrzył na nią, wydawało się, że chłonie ją wzrokiem.
— Ja wiem — zasyczała — co ty knujesz. Co chcesz ze mną zrobić. I powiem ci już teraz: nie pozwolę ci się tknąć. A jeśli mnie… Jeśli mnie… To cię zabiję. Nawet związana. Gdy zgaśniesz, gardło ci przegryzę.
Imperator szybkim gestem uciszył pomruk, wzbierający wśród otaczających ich oficerów.
— Stanie się to — wycedził, nie spuszczając z Ciri wzroku — co przeznaczone. Pożegnaj się z przyjaciółmi, Cirillo Fiono Elen Ria
Ciri spojrzała na wiedźmina. Geralt zaprzeczył ruchem głowy. Dziewczyna westchnęła.
Obie z Ye
— Szkoda — powiedziała cicho. - Zapowiadało się lepiej.
— Znacznie lepiej.
Objęli się.
— Bądź mężna.
— On mnie nie będzie miał — szepnęła. - Nie bój się. Ucieknę mu. Mam sposób…
— Nie wolno ci go zabić. Pamiętaj, Ciri. Nie wolno.
— Nie bój się. Wcale nie myślałam o zabijaniu. Wiesz, Geralt, ja zabijania mam dość. Za dużo tego było.
— Za dużo. Żegnaj, wiedźminko.
— Żegnaj, wiedźminie.
— Tylko nie płacz.
— Łatwo ci mówić.
Emhyr var Emreis, imperator Nilfgaardu, towarzyszył Ye
— Żegnajcie — powiedział. - Nie musicie się spieszyć. Odjeżdżam, ale zostawiam tu ludzi, których poinstruuję i którym wydam rozkazy. Gdy będziecie gotowi, zawołajcie, a lejtnant poda wam nóż. Ale powtarzam: spieszyć się nie musicie.
— Doceniamy łaskę — poważnie kiwnęła głową Ye
— Słucham?
— Proszę, w miarę możliwości, nie krzywdzić mojej córki. Nie chciałabym umierać z myślą, że ona płacze.
Emhyr milczał długo. Nawet bardzo długo. Oparty o ościeżnicę. Z odwróconą głową.
— Pani Ye
Wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. Geralt westchnął.
— Rozbierzemy się? - spojrzał na parujący basen. - Niezbyt raduje mnie myśl, że wywloką mnie stąd jako nagiego trupa…
— A mnie, wyobraź sobie, wszystko jedno, jaką mnie wywloką — Ye
Ściągnęła koszulę przez głowę i weszła do basenu, energicznie rozbryzgując wodę.
— No, Geralt? Czemu stoisz jak wmurowany?
— Zapomniałem, jaka jesteś piękną.
— Łatwo zapominasz. Dalej, do wody.
Gdy usiadł przy niej, natychmiast zarzuciła mu ręce na szyję. Pocałował ją, głaszcząc jej talię, nad wodą i pod wodą.
— Czy to — spytał dla porządku — jest aby właściwy czas?
— Na to — zamruczała, zanurzając jedną rękę i dotykając go — każdy czas jest właściwy. Emhyr dwukrotnie powtórzył, że nie musimy się spieszyć. Na czym wolałbyć spędzić ostatnie minuty, które nam dano? Na płaczach i żalach? Przecież to niegodne. Na rachunku sumienia? Przecież to banalne i głupie.