Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 24 из 40

Do godziny szóstej mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu. Żółtoskrzydły został zaopatrzony, a towarzystwo nie było mu potrzebne. Z nudów rodziły się w naszych głowach najdziwniejsze pomysły, wszystkie oczywiście dotyczące Weisera. Co nam pokaże? A może – co z nami zrobi? Może nauczy nas latać nad ziemią, a może zmieni motyla w żabę albo na odwrót? A gdyby tak zapytać go, po co tańczył w piwnicy nieczy

Nad dachem kamienicy jaskółki śmigały z charakterystycznym dźwiękiem,:- ni to piskiem, ni to gwizdem, niebo jak przez wszystkie dni tego lata przypominało spłowiały szmat błękitu, pan Korotek zdążył już wrócić z baru „Liliput" pijany do granic możliwości ludzkich, a my nadal ciągnęliśmy rozmowę, w której tryb warunkowy i znak zapytania stanowiły główny element wypowiedzi. Za kilka dni lipiec dobiegał końca i mijała połowa wakacji, jednakże ani to, ani zupa rybna w zatoce, ani nawet ekscesy pana Korotka nie mogły odwrócić naszej uwagi od sprawy zasadniczej.

Punktualnie o szóstej byliśmy na skraju lasu, tam gdzie kiedyś zaczynały się składy zrujnowanej cegielni. Jej budynek, który w nocy przypominał stare zamczysko, teraz wyglądał niewi

Bez słowa ruszyliśmy w dół, tymi samymi schodami, które zawaliły się razem z drewnianą podłogą wczorajszej nocy. Ale śladów katastrofy próżno byłoby poszukiwać – wszystko było w porządku – klapa, schody i podłoga zostały naprawione. Ani jedna deska nie wyróżniała się świeżymi śladami hebla, ani jeden stopień nie został tu wprawiony z nowej belki. Stanęliśmy na klepisku piwnicy.

– Musicie złożyć przyrzeczenie. Czy jesteście gotowi?

Oczywiście, nie byliśmy gotowi, ale czy Weiserowi można się było sprzeciwić?

– A na co będziemy przysięgać? -zapytał Szymek. – Bo jak na krucyfiks, to musi być naprawdę ważna sprawa.

– Sądzisz, że nie jest ważna? – zapytał Weiser, i po jego pytaniu zapanowało, nieznośne milczenie, bo przecież skoro nie wiedzieliśmy, co trzyma w zanadrzu, byliśmy zaszachowani.

– Więc na co będziemy przysięgać?- zapytał Szymek.

– Dlaczego pytać na co, nie lepiej spytać po co? – zagadnął Weiser.

– No, wiadomo – przerwał Piotr – żeby nie zdradzić tajemnicy. Przysięga się zawsze po to.

– Dobrze – odpowiedział Weiser – żeby nie zdradzić tajemnicy. No to powiedzcie, czy wierzycie w życie pozagrobowe?

Staliśmy stropieni, bo nie zapytał nas nikt o coś takiego wprost. Oczywistość, kiedy przygwoździ się ją takim pytaniem, stać się może wątpliwa nawet dla doświadczonego człowieka, a cóż dopiero dla nas, wtedy, w piwnicy nieczy

– Właściwie to tak – odpowiedziałem za wszystkich -dlaczego mielibyśmy nie wierzyć?

– No dobrze – wyjaśnił Weiser – to przysięgnijcie na życie pozagrobowe, że niczego, co wam pokażę tu albo gdzie indziej, nie wyjawicie nikomu i tylko to, o czym powiem, będziecie mogli opowiedzieć, gdyby was pytano! A gdybyście wyjawili, umrzecie bez przyszłego życia, to będzie kara za zdradzenie tajemnicy. Zrozumieliście?

Pokiwaliśmy głowami w skupieniu. Weiser kazał nam położyć prawe dłonie na swojej lewej ręce i gdyśmy to uczynili, każdemu z osobna polecił powiedzieć: – Przysięgam!

Wtedy podszedł do jednej ze ścian i pchnął ją lekko, a naszym oczom ukazało się wąskie przejście wiodące do obszernego pomieszczenia. Była to długa sala powstała z połączenia trzech albo czterech komór piwnicznych, w których usunięto ściany działowe. Ich resztki zaznaczały się wystającymi ułamkami cegieł i kamieni. Zaraz obok wejścia, po lewej stronie stały dwie skrzynie, obok których zobaczyliśmy. Elkę. Pomieszczenie oświetlały dwie mocne żarówki zwisające z sufitu wprost na izolowanych kablach. Wtedy nie zwróciłem na to najmniejszej uwagi, ale dziś przekonany jestem, że Weiser musiał podłączyć całą instalację sam, ciągnąc przewód od drogi do Matemblewa, co wymagało nie lada sprytu i umiejętności. Któż jednak zwracałby uwagę na takie błahostki, kiedy Elka otworzyła pierwszą skrzynię i zobaczyliśmy w jej wnętrzu prawdziwą broń? Tak, to była najprawdziwsza w świecie broń – trzy niemieckie schmeisery, rosyjska pepesza, dwa pistolety parabellum i dwa nagany, jakich używali radzieccy oficerowie obok częściej spotykanych pistoletów TT. Szymek gwizdnął z podziwem, a Piotr wziął do ręki parabellum, próbując wyjąć magazynek. – Nie tak – Elka zabrała mu pistolet – tak – pokazała. – A tak się wkłada i odbezpiecza. – Staliśmy jak małe dzieci przed wystawą sklepu z zabawkami i chociaż byliśmy dziećmi niewiele większymi, to nasz podziw i pragnienie, żeby dotknąć tego wszystkiego własnymi rękami, były tak samo niecierpliwe i łakome. Gdy więc dotykaliśmy wszystkich cudowności podziwiając wypolerowane lufy, lśniące oliwkowym blaskiem kolby, sprawdzając spusty i iglice, gdy utonęliśmy w tych czy

Elka wskazała na mnie palcem: – Będziesz strzelał pierwszy, zostawcie jedno parabellum, a resztę zawińcie w szmaty i włóżcie do skrzyni. – Wykonaliśmy rozkaz bez szemrania. Załadowała pistolet i kazała wszystkim stanąć za moimi plecami. Gdy Weiser wrócił od przeciwległej ściany, gdzie ustawił makietę, wręczyła mi odbezpieczone parabellum, – Możesz strzelać – powiedziała – i zabrzmiało to jak kolejny rozkaz. Gdyby nie wszystkie woje

Tekturowy M-ski miał domalowane wielkie, sumiaste wąsy, a wyraziste łuki brwiowe i osadzenie oczu nie pozwalały żywić wątpliwości, do kogo miał być podobny. Tak, chociaż od pewnego czasu wielkie jak prześcieradła portrety zniknęły z ulic i wystaw naszego miasta, poczułem lęk i przerażenie. Na dodatek, jakby tego było mało, mężczyzna, do którego miałem strzelać nosił czapkę oficera Wehrmachtu. Ten pomysł mógł być wymysłem jedynie Weisera.

– Strzelasz czy nie? – słowa Elki zabrzmiały jak szyderstwo. Strzeliłem więc – raz, drugi, trzeci, czwarty, aż do wyczerpania magazynku i wszystkie kule trafiły w ścianę powyżej albo obok makiety, jedna tylko, ostatnia, wywierciła "dziurę dokładnie w miejscu, gdzie na czapce z wysokim denkiem widniał niemiecki orzeł ze swastyką. – Gapa, gapa trafiona – krzyczał Piotr, a Weiser, jakby z niedowierzaniem podszedł do M-skiego i wsadził palec w dziurę po pocisku. – Trafiłeś w samo kółko, orzeł jest nie ruszony -powiedział, wracając w naszą stronę, gdy ja rozprostowywałem palce zaciskane przy kolejnych szarpnięciach kolby. Parabellum, jak zresztą każdy prawdziwy pistolet, było za ciężkie dla naszych chłopięcych dłoni, toteż strzały Piotra i Szymka nie były wiele lepsze od moich. Pierwszy trafił tyłka dwa razy w czoło, drugi odstrzelił kawałek lewego wąsa i pocałował M-skiego w prawy policzek.