Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 40

– No co, wyśledziliście ich w końcu, czy nie? -Janek był ostatnim spoza trójki, który opuścił kryptę w oczekiwaniu na Weisera.

– Iii tam – ratował sytuację Szymek – bo co? – Krótkotrwałe milczenie wypełnione było spojrzeniami, pełnymi nieufności.

– No to co zobaczyliście?

– Nic takiego, nie warto było czekać – kłamał jak z nut Szymek – oni łowili ryby w gliniankach.

– Bujasz.

– Iii tam, to leć teraz za nimi, Tomaszu jeden, nam się już nie chce.

Ten argument przeważył. I nawet nie spostrzegliśmy, jak zawiązało się pomiędzy nami przez to pierwsze kłamstwo tajne porozumienie w sprawie Weisera. Na razie jednak mieliśmy co i

Żółtoskrzydły, którego zastaliśmy w krypcie, nie opuszczał swojej kryjówki od wczoraj. Można się było tego domyślić, gdy widziało się, jak łapczywie zajadał kawałek rogalika podany mu przez Piotra. Bohater zeszłej nocy drżał na całym ciele ze strachu i nie mogliśmy pojąć, jakim sposobem ten niezwykły człowiek, który wygłaszał wspaniałe przemówienia i zrzucał milicjantów z dachu, jak ten człowiek zmienił się w ciągu niespełna dwunastu godzin. Gdy zobaczył nasze twarze pochylające się nad jego niespokojnym snem, zasłonił twarz, jakby spodziewał się uderzenia. Porozumiewał się z nami za pomocą krótkich sylab – ee – - aa – uhm – i gdyby nie jego wczorajszy występ i ten poprzedni, kiedy spotkaliśmy M-skiego z Arnica montana, gdyby nie tamte podniosłe, wyśpiewywane pełną piersią zdania, można było sądzić, że ten nie ogolony mężczyzna w dziurawych drelichach jest niemym włóczęgą, szukającym w naszej krypcie chwilowego schronienia. Dzisiaj przypuszczam, na czym polegała jego tajemnica i chociaż jest to tylko przypuszczenie, wiem, że Żółtoskrzydły potrafił głosić tylko tamte, straszne wersety, grożące klęskami, krwią i mordem. To była jego choroba i wielkość jednocześnie.

Piotr zapytał go, czy chce zostać tutaj. Skinął głową. Szymek zaproponował dostarczenie jedzenia. Uśmiechnął się, a z gardła zamiast odpowiedzi czy podziękowania wylał się nieartykułowany dźwięk oznaczający aprobatę. Zadania zostały więc podzielone. Piotr miał zorganizować jedzenie. Szymek jakieś ubranie, a ja papierosy, gdyż Żółtoskrzydły gestem ręki pokazał, że bardzo tego potrzebuje. Ruszyliśmy przez Bukową Górkę do swoich domów, a właściwie do tego samego domu, tylko do różnych mieszkań i nawet przez myśl nam nie przeszło, że to, co robimy teraz, że cały ten proceder jest czymś niezgodnym z prawem. Czymś, co tak zwane prawo obraża i domaga się kary. Nie chcę powiedzieć, że prawu przeciwstawiliśmy Chrystusowego ducha, o którym tyle razy przypominał proboszcz Dudak, tego powiedzieć nie mogę, gdyż nie byłoby to zgodne z prawdą. Muszę jednak wyjaśnić, że gdyby w tamtej chwili przyszła do nas minuta zastanowienia i gdybyśmy doszli do wniosku, że pomagamy nie tylko niebezpiecznemu wariatowi, ale też komuś, kto czy

Która to mogła być godzina? Która godzina na zegarze i która godzina śledztwa? Kiedy Piotr ślęczał jeszcze za drzwiami dyrektorskiego gabinetu, a ja przypominałem sobie smak orzeźwiającej oranżady, którą piliśmy w krypcie niczym ambrozję, wtedy właśnie zaczął bić zegar ście

Zaraz też wspomniałem, co proboszcz Dudak opowiadał o szatanie. – On nie zawsze wygląda groźnie. Czasem kolega powie ci, żebyś nie szedł do kościoła i jest to podszept szatana, który zamiast obowiązku łudzi cię obrazem fałszywych przyjemności. Czasami, zamiast pomagać rodzicom, idziesz na plażę, bo jakiś głos podpowiedział ci, że to jest ciekawsze. Tak – proboszcz dramatycznie zawieszał głos jak w czasie kazania – w ten sposób diabeł kusi nawet dzieci, ale pamiętajcie, moi mili, że nic nie ukryje się przed obliczem Boga, a kara za grzechy może być straszna. Popatrzcie tylko – proboszcz zaczynał prawie krzyczeć, wyciągając następny obrazek – jakie męki spotkać mogą grzeszników, którzy nie posłuchali głosu sprawiedliwości, którzy nie opamiętali się na czas, popatrzcie tylko, jak będą cierpieć i to nie przez sto, dwieście, czy pięćset lat, ale przez całą wieczność!!! – I przed naszymi oczami ukazywał się wyobrażony ręką artysty obraz piekielnych czeluści, do których kosmate diabły wrzucały nagich potępieńców. Ich ciała spadające w dół, poskręcane, kłute widłami, szarpane szponami, lizane były płomieniami ognia, który dochodził tutaj z samego dna piekieł. Gdy proboszcz schował reprodukcję, nie mieliśmy wątpliwości, że piekło wygląda tak naprawdę. Tymczasem siedząc obok Szymka na składanym krześle, wciąż nie byłem pewien, c zy nasze kłamstwa nie zostaną nam wypomniane przez trójkątne oko, kiedy przyjdzie nam stanąć przed nim sam na sam i kiedy niczego już nie będzie można ukryć, tak jak przed M-skim lub człowiekiem w mundurze.

Dzisiaj wiem, że rozmyślania te miały wszelkie znamiona załamania i od tej chwili śledztwo stało się dla mnie jeszcze większą udręką. Zastanawiałem się, czy nie wyjawić wydarzeń ostatniego dnia nad Strzyżą. Cóż z tego, że nie uwierzyliby, cóż stąd – myślałem – że nie daliby wiary? Ostatecznie była to sprawa Weisera i Elki, niczyja i