Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 5 из 43

To, cośmy wiedzieli dokładnie, obejmowało same tylko zaprzeczenia. Ocean nie posługiwał się maszynami ani ich nie budował, chociaż w pewnych okolicznościach wydawał się do tego zdolny, gdyż powielał części niektórych zanurzonych w nim aparatów, ale czynił to tylko w pierwszym i drugim roku prac eksploracyjnych; potem ignorował wszelkie ponawiane z benedyktyńską cierpliwością próby, jakby stracił dla naszych urządzeń i produktów (a wynikałoby, że także i dla nas…) wszelkie zainteresowanie. Nie posiadał - kontynuuję wyliczenie naszych „negatywnych wiadomości” - żadnego systemu nerwowego ani komórek, ani struktury przypominającej białkową; nie zawsze reagował na bodźce, nawet najpotężniejsze (tak na przykład całkowicie „zignorował” katastrofę pomocniczego rakietowca drugiej ekspedycji Giesego, który runął z wysokości trzystu kilometrów na powierzchnię planety, niszcząc jądrową eksplozją swych atomowych stosów plazmę w promieniu półtorej mili).

Powoli w kręgach naukowców „sprawa Solaris” brzmieć zaczęła jak „sprawa przegrana”, zwłaszcza w sferach naukowej administracji Instytutu, gdzie podnosiły się w latach ostatnich głosy, domagające się obcięcia dotacji na dalsze badania. O całkowitym zlikwidowaniu Stacji nikt się dotąd nie ośmielił mówić; byłoby to zbyt jawnym przyznaniem się do klęski. Zresztą niektórzy, w rozmowach prywatnych, powiadali, że wszystko, czego nam trzeba, to strategia możliwie „honorowego” wycofania się z „afery Solaris”.

Dla wielu jednak, szczególnie zaś dla młodych, „afera” ta stawała się z wolna czymś w rodzaju kamienia probierczego własnej wartości: „w gruncie rzeczy - mówili - idzie o stawkę większą aniżeli o zgłębienie solaryjskiej cywilizacji, gra toczy się bowiem o nas samych, o granice ludzkiego poznania”.

Przez pewien czas popularny był (rozpowszechniany gorliwie przez prasę codzie

Hipotezy te wydobyły z grobu i ożywiły jeden z najstarszych problemów filozoficznych - stosunku materii i ducha, świadomości. Trzeba było niemałej odwagi, aby po raz pierwszy - jak du Haart - przypisać oceanowi świadomość. Problem ten, przez metodologów uznany pospiesznie za metafizyczny, tlił się na dnie wszystkich nieomal dyskusji i sporów. Czy możliwe jest myślenie bez świadomości? Ale czy zachodzące w oceanie procesy można nazwać myśleniem? Czy góra to bardzo wielki kamień? Czy planeta to ogromna góra? Można używać tych nazw, ale nowa skala wielkości wprowadza na scenę nowe prawidłowości i nowe zjawiska.

Problem ten stał się kwadraturą koła naszych czasów. Każdy samodzielny myśliciel usiłował wnieść w skarbnicę solarystyki swój wkład; mnożyły się teorie głoszące, że mamy przed sobą produkt degeneracji, uwstecznienia, które nastąpiło po minionej fazie „intelektualnej świetności” oceanu, już to, że ocean jest w samej rzeczy nowotworem-glejalkiem, który, narodziwszy się w obrębie ciał dawnych mieszkańców planety, pożarł je wszystkie i pochłonął, stapiając szczątki w postać wiecznie trwającego, samoodmładzającego się, ponadkomórkowego żywiołu.

W białym, podobnym do ziemskiego, świetle jarzeniówek zdjąłem ze stołu aparaty l książki, które na nim leżały, i rozłożywszy na plastykowej płycie mapę Solaris, patrzałem w nią, opierając się rękami o metalowe listwy na krawędziach, żywy ocean posiadał swoje płycizny i głębie, a jego wyspy, okryte nalotem wietrzejących minerałów, świadczyły o tym, że kiedyś stanowiły jego dno - czy regulował także wyłanianie się i zapadanie formacji skalnych, zanurzonych w swym łonie? Było to zupełnie ciemne. Patrzyłem na olbrzymie, pomalowane różnymi tonami fioletu i błękitu półkule na mapie, doznając, nie wiem po raz który już w życiu, zdumienia równie wstrząsającego, jak owo pierwsze, zaznane, kiedy jako chłopiec dowiedziałem się w szkole o istnieniu Solaris.

Nie wiem, jak to się stało, że otoczenie wraz z czuwającą w nim tajemnicą śmierci Gibariana, że nawet moja niewiadoma przyszłość wydały mi się naraz nieważne, i nie myślałem o niczym, zatopiony w oglądaniu tej przerażającej każdego człowieka mapy.

Poszczególne połacie żywotworu nosiły nazwy od badaczy, którzy poświęcili się ich eksploracji. Wpatrywałem się w opływający równikowe archipelagi glejomasyw Thexalla, kiedy poczułem czyjś wzrok.

Wciąż jeszcze stałem nad mapą, ale już jej nie widziałem, byłem jak sparaliżowany. Drzwi miałem na wprost siebie; były zastawione skrzynkami i przysuniętą do nich szafka. To jakiś automat - pomyślałem - chociaż żadnego nie było przedtem w pokoju, a nie mógł wejść nie zauważony przez mnie. Skóra na karku i plecach zaczynała mnie piec, uczucie ciężkiego, nieruchomego wzroku stawało się nie do zniesienia. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że wciągając głowę w ramiona coraz mocniej opieram się o stół, który zaczął wolno sunąć po podłodze; ten ruch jak gdyby wyzwolił mnie. Odwróciłem się gwałtownie.

Pokój był pusty. Przede mną ziało tylko czernią wielkie półkoliste okno. Wrażenie nie ustępowało. Ciemność patrzała na mnie, bezpostaciowa, olbrzymia, bezoka, pozbawiona granic. Mroku za szybami nie rozwidniała żadna gwiazda. Zaciągnąłem światłoszczelne zasłony. Nie byłem na Stacji nawet godziny, a zaczynałem już rozumieć, dlaczego zdarzały się na niej wypadki manii prześladowczej. Połączyłem to odruchowo ze śmiercią Gibariana. Znając go, myślałem dotąd, że nic nie mogłoby zaburzyć jego umysłu. Przestałem być tego pewny.

Stałem na środku pokoju obok stołu. Oddech uspokoił się, czułem, jak pot, który wystąpił mi na czoło, stygnie. O czym to pomyślałem przed chwilą? Prawda - o automatach. To, że nie napotkałem żadnego w korytarzu ani w pokojach, było bardzo dziwne. Gdzie się wszystkie podziały? Jedyny, z którym się zetknąłem - na odległość - należał do mechanicznej obsługi lotniska. A i

Spojrzałem na zegarek. Właściwie powinienem już pójść do Snauta.

Wyszedłem. Korytarz oświetlały dość słabo świetlówki biegnące pod sufitem. Minąłem dwoje drzwi, aż doszedłem do tych, na których widniało nazwisko Gibariana. Stałem przed nimi długo. Stację wypełniała cisza. Ująłem klamkę. Właściwie wcale nie chciałem tam wejść. Ugięła się, drzwi odsunęły się o cal, powstała szpara, przez mgnienie czarna, potem zapaliło się tam światło. Teraz mógłby mnie dojrzeć każdy przechodzący korytarzem. Przekroczyłem szybko próg i zamknąłem drzwi za sobą, bezgłośnie i mocno. Potem odwróciłem się.

Stałem dotykając prawie plecami drzwi. Był to pokój większy od mego, też o panoramicznym oknie, w trzech czwartych zasłoniętym przywiezioną niewątpliwie z Ziemi, nie należącą do ekwipunku Stacji, firanką, w drobne niebieskie i różowe kwiatki. Wzdłuż ścian ciągnęły się półki biblioteczne i szafki, jedne i drugie emaliowane na bardzo jasną zieleń o srebrzystym połysku. Zawartość ich, wywalona całymi stosami na podłogę, piętrzyła się między stołkami i fotelami. Tuż przede mną zagradzały przejście dwa kroczące stoliczki, obalone i wryte częściowo w sterty czasopism, które wyrywały się z pękniętych teczek. Otwarte, wachlujące kartkami książki zalane były płynami z potłuczonych kolb i flaszek o dotartych korkach, w przeważnej części tak gruboście

Odwróciłem się. Różowa firanka płonęła jakby zapalona u góry, ostrą linią gwałtownie błękitnego ognia, który rozszerzał się z każdą chwilą. Szarpnąłem materiał w bok - oczy poraził przeraźliwy pożar. Zajmował trzecią część horyzontu. Gęstwina długich, upiornie rozciągniętych cieni biegła wgłębieniami fal ku Stacji. To był wschód. W strefie, w której znajdowała się Stacja, po godzi