Страница 37 из 88
– Chcesz rozwiać cały piasek? – zapytał Reddington.
– W zasadzie tak – przytaknął ochoczo Gideon.
Dowódca pokiwał głową, ostatecznie dając placet.
– Zatem bierzecie prom i w drogę – dodał. – Sprowadźcie tutaj Ke
4
– Jesteś choćby przyzwoitym pilotem? – zapytał Håkon, gdy znaleźli się na pokładzie niewielkiego wahadłowca. Gabarytami przypominał kawalerkę Lindberga, w której mieszkał podczas studiów na Universitetet i Oslo.
– Daję sobie radę – odrzekł Hallford.
– Dowieziesz nas cało na miejsce?
– Pewnie. Problem pojawiłby się, gdybym miał zabrać nas z powrotem.
Lindberg spojrzał na niego niepewnie. Na jego obliczu nie było cienia uśmiechu.
– Chodzi o to, że im bliżej pola grawitacyjnego jakiegoś ciała niebieskiego, tym masz więcej roboty z astrometrią. Dodasz trochę gazu, to nie ciągniesz w przód, a w górę… przynajmniej, subiektywnie rzecz biorąc, bo relatywnie…
– W porządku. Wierzę ci na słowo.
– Zrelaksuj się, zanuć sobie w myślach jakąś melodię, skup się na przyjemnych rzeczach.
Lindberg pamiętał ze swojej podróży na Accipitera, że lot promem nie należy do najprzyjemniejszych. Wówczas zrzygał się obficie do pojemnika w ścianie, ku uciesze kilku jajogłowych.
– Myślę o Universitetet i Oslo.
– Studiowałeś tam?
– Niestety.
– W takim razie to mało wdzięczny temat do rozmyślań.
Śluza hangaru otworzyła się i próżnia natychmiast wypełniła pomieszczenie. Nie czekając na pozwolenie na start, Gideon ruszył z impetem, niemal ocierając się o brzeg otwartego włazu.
– W twoich czasach też była to najlepsza uczelnia w Europie? – zapytał słabo Lindberg, byleby się czymś zająć.
– Nie wiem, jestem z Ameryki – odparł, wzruszając ramionami. – Ale coś mi świta, że może Zurych? Jest tam coś?
– Eidgenössische Technische Hochschule.
– Brzmi, jakby katowali tam studentów, więc by się zgadzało.
Wahadłowcem zaczęło telepać na tyle mocno, że Lindbergowi momentalnie podeszło do gardła wszystko, co zjadł od powrotu na Accipitera.
– Wygląda, że miałeś niezłe wykształcenie, Lindberg.
– Bo tak było – odparł, zasłaniając rękawem usta. W iluminatorze dostrzegł szybko oddalający się okręt.
– To po cholerę pchałeś się do Ara Maxima? Wybacz, że pytam, ale nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy się na to porywali. Wydawało mi się to bezrefleksyjne.
– Chciałem napisać historię kolejnych pokoleń.
– Poważnie?
– Nie.
– Więc co cię skłoniło?
– Kobieta, niskie zarobki, brak rozrywki, monotonia życia i…
– Dobra – uciął Gideon. – Nie powinienem pytać. Ustalmy, że był to kaprys młodości.
– Możliwe, że tak właśnie było – odparł Håkon i się uśmiechnął. Prawdę mówiąc, sam już nie wiedział, dlaczego zdecydował się na to szaleństwo.
– Koniec końców możesz jednak uznać się za szczęściarza.
– Z pewnością.
– Jakby nie było, przeżyłeś całą ludzkość.
Była to cholernie niepokojąca myśl, ale jednocześnie logiczna. Na pokładzie Accipitera nikt już nie oczekiwał transmisji z Alfa Centauri Bb. Porzucili nadzieję, świadomi, że Ziemia może milczeć tylko z jednego powodu.
Byli ostatnimi ocalałymi ze swojej rasy. Taką konkluzję podsuwał zdrowy rozsądek, jakkolwiek irracjonalnie by to nie brzmiało. A mimo to pędzili teraz do porzuconego statku i zamierzali pozostać w tym zakątku kosmosu, by zbadać tajemniczą planetę. Logiczniej byłoby uciekać jak najdalej stąd i zadbać o to, by nikogo więcej nie stracić. Każdy członek załogi był teraz na wagę złota.
Zadokowali w końcu do Ke
– Co teraz? – zapytał Skandynaw.
– Muszę naprawić parę rzeczy i wyłączyć to, co zżera energię.
– Dolecimy na orbitę? – zapytał Lindberg.
– Może na oparach. Zależy od ilości neutrin.
Håkon skinął głową. Musiała to być zawodowa rezerwa, zapewne nieuzasadniona, bo w przeciwnym wypadku główny inżynier nigdy nie zdecydowałby się na taką misję. Obserwując jego pracę, Lindberg zupełnie odpłynął myślami. Dopiero po kwadransie święcące diody na pulpicie drugiego pilota wyrwały go z zamyślenia. Przesunął palcem po wyświetlaczu, by przyjąć połączenie. Na ekranie ujrzał zafrasowaną Ellyse.
– Co się stało? – zapytał.
Po wyrazie twarzy mógł stwierdzić, że nic dobrego.
– Reddington… – wydukała.
– Co z nim?
Nozomi wbijała wzrok prosto w obiektyw. Håkon czuł, jak przewierca mu się przez oczy.
– Musiał… musiał zarazić się czymś na planecie. Jakaś infekcja, wirus, bakteria…
– Co?
Gideon obrócił się i bez słowa spojrzał na ekran.
– Co z nim się dzieje, Ellyse? – zapytał Skandynaw.
– Nie wiemy. – Potrząsnęła głową, jakby starała się wybudzić z koszmaru. – Nie wygląda to najlepiej… jego paznokcie jakby wysychają, kruszą się… jego oczy, Håkon, gdybyś tylko widział jego oczy…
– Zaszły czarnym bielmem.
Skinęła głową.
– I cieknie z nich ropa – dodał. – Tak samo jak Dayan.
Rozmówczyni potwierdziła milczeniem, a on naraz uzmysłowił sobie, że cokolwiek stało się z pułkownikiem, mogło dotknąć także ich dwojga i Alhassana. Wszyscy byli na planecie, wszyscy oddychali tym samym powietrzem.
– Do kurwy nędzy, nie należało ściągać kasków – szepnął.
– To nie atmosfera, Håkon – odparła słabo Ellyse. – Yael zaraziła się podłączając kombinezon do Hawkinga, a Reddington…
– Dotykając konchy, oczywiście.
Ścierając pył z urządzenia dowódca miał założone rękawice, ale być może nie miało to znaczenia. Lindberg nie znał większości pierwiastków, z których wykonana była muszla. Możliwe, że jakieś cząsteczki przenikały przez skafander.
– Co się z nim teraz dzieje? – włączył się Hallford, podchodząc do stanowiska.
– Jest w ambulatorium, Cha
– Nie. W jej przypadku bardziej przypominało to opętanie niż infekcję.
Oficer łącznościowa powoli zamknęła oczy i spuściła głowę.
– Co mamy z nim zrobić? – zapytała. – Gdyby była tu Dayan…
– Nic by nie pomogła.
– Podajemy mu środki neutralizujące patogeny, ale to chyba daremne.
Mówiła, jakby po drugiej stronie nie miała żadnego rozmówcy.
– Umiera na naszych oczach – dodała. – A jeśli ta infekcja roznosi się i
Lindberg chciał zaoponować, ale szybko zmitygował się, że Ellyse może mieć rację. Spojrzał ponaglająco na swojego towarzysza, a ten skinął głową i wrócił do swoich zadań.
– A ty, Håkon? Dobrze się czujesz? – zapytała.
– W tych okolicznościach jak nowonarodzony.
Nozomi nie odpowiedziała, zawieszając wzrok gdzieś w oddali. Lindberg odchrząknął.
– Musimy przeanalizować to na spokojnie – powiedział. – Jakbyśmy mieli do czynienia z procesami chemicznymi, lub…
– O czym ty mówisz? – weszła mu w zdanie, mrużąc oczy.
– Spokój ducha to fundament.
– Na którym chcesz zbudować swoją koncepcję? Jaką?
Håkon zabębnił palcami o panel komunikacyjny.
– Może to nie infekcja – odezwał się w końcu.
– A co?
– Przynajmniej nie w sensie biologicznym – dodał.
– Ale…
– Yael zaraziła się przez kontakt z komputerem pokładowym, a Reddington przez kontakt z konchą. Przy czym „zarażenie” to chyba nieodpowiednie słowo, skoro to nie rzecz organiczna.
– Co w takim razie?
– Nie wiem. Ale wygląda na to, że nośnikiem są urządzenia elektroniczne.
– To by znaczyło, że nie jesteśmy zainfekowani.
– Mhm – mruknął.
– Ale nie rozwiązuje to problemu. Nadal nie wiem, jak pomóc pułkownikowi.