Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 16 из 51

– Ten Bielicki to twój były chłopak, tak? A Smoku jest o niego zazdrosny?

Aneta zaczęła się trząść. Wieloch spojrzał na nią bez specjalnego współczucia.

– Chciałaś skomplikować życie Bielickiemu, co? Żeby psy wzięły go na przesłuchanie, żeby go trochę po męczyły, co? Tak za karę, że cię zostawił, co?

– To ja go zostawiłam!!! – wrzasnęła Aneta. – To ja! Mnie żaden facet nigdy nie zostawił!

Wieloch miał już dość. Spojrzał na posterunkowego Klofika, który po raz pierwszy tego wieczoru stracił ochotę do głupich uśmieszków.

– No co jest, Kiss? – Wieloch patrzył ponuro na Klofika. – Do roboty, na plażę ze zdjęciem, sprawdzać, czy ktoś ją widział! No, zasuwaj!

Ta mała zemsta na Klofiku nie przyniosła mu ulgi. „Szef grupy dochodzeniowej”, pomyślał o sobie z irytacją, „idzie teraz przesłuchać naczelnego jebakę we Władku. A ten pewnie spojrzy na zdjęcie dziewczyny i wycedzi: «Chyba taką miałem, nie pamiętam»„. Wieloch powlókł się w stronę Centralnego Ośrodka Sportu. Na piasku pokrywającym ulicę Hryniewieckiego jego stare sandały zaszurały nadzwyczaj głośno.

13

Pater minął dom wczasowy, za którego siatką obok luksusowych samochodów stał dwukołowy wózek, zaopatrzony w tablicę rejestracyjną z kartonu. Zwrócił uwagę, że wózek był przywiązany drutem do latarni.

Minął czy

Pater podszedł do baru po platformie z desek, która była przedłużeniem zejścia numer dziewięć. Dojrzał drzwi prowadzące na zaplecze lokalu i stojące wokół niego wózki z pustymi beczkami po piwie. Sam bar początkowo nie wzbudził jego zainteresowania. Zauważył jedynie, że przypomina on afrykańską chatę, z tą jednak różnicą, że jego ściany były prawie całkowicie przeszklone i roztaczał się z nich widok na Bałtyk. Pater obszedł okrągły lokal i zbliżył się do miejsca, w którym znaleziono A

Pater minął ich bardzo szybko i bez słowa, nie zwracając uwagi na zachęty i nawoływania. W gruncie rzeczy w ciągu kilku sekund sprawdził to, co miał sprawdzić. Miejsce zdarzenia nie było widoczne z baru, natomiast widać je było dobrze z zejścia na plażę. Uduszenie dziewczyny za parawanem wiązało się więc z dużym ryzykiem demaskacji. „Ludzie nieusta

Pater odruchowo otrzepał spodnie i ruszył do baru, odczytując nad wejściem nazwisko właściciela: „Grzegorz Kaczanowski”. Wewnątrz było pełno ludzi i ku jego uldze – mało dymu. Choć wiele osób paliło, dym wydostawał się swobodnie z ażurowego lokalu. Podszedł do prawie pustego baru. Cieszył się, że ludzie nie mają tu zwyczaju pić przy barze.

– Jestem z gdańskiej Komendy Wojewódzkiej Policji – powiedział do barmana – mogę pokazać legitymację, ale to spowodowałyby niepotrzebne zainteresowanie pańskich klientów. Ma pan wybór. Albo pokażę panu legitymację na zapleczu, albo mi pan zaufa.

Czterdziestoletni na oko blondyn miał podgolone włosy á la Despero z Pitbulla. Potężnie umięśnione ręce wystawały z koszulki bez rękawów. Uśmiechnął się szeroko.

– Pańska gadka jest zbyteczna. Swój zawód ma pan wypisany na czole – powiedział.

– Kto jest właścicielem tego lokalu? – Pater zignorował tę uwagę. Barman był widać miłośnikiem filmu Tajemnice Los Angeles.

– Ja.

– Ilu ma pan pracowników?

– Żadnego. Czasami pomaga mi rodzina. Znaczy żona.

– Wytrzymuje pan takie tempo pracy?

– Trzeba z czegoś żyć. Dwa miesiące pracy, a potem dziesięć miesięcy bezrobocia.

– Do której jest czy

– Do ostatniego klienta. Czasami do rana.

– Czyli przedwczoraj, kiedy znaleziono tę dziewczynę, bar był jeszcze czy

– No tak. Tak było.

Pater momentalnie wyczuł dystans w głosie rozmówcy. Zamilkł i rozejrzał się po wnętrzu. Ludzie siedzieli przy stolikach, stali, obejmując się, i rozmawiali podniesionymi głosami. Do baru podeszła kołyszącym krokiem jakaś niemłoda i mocno umalowana kobieta. Barman nalał jej małe piwo. Rozchlapując pianę, wróciła do swojego stolika, przy którym jacyś dwaj siwowłosi mężczyźni prowadzili światową politykę.

– Można piwko? – Pater uśmiechnął się do Kaczanowskiego.

– No jasne. – Przed Paterem szybko znalazł się plastikowy kufel wypełniony złotym płynem i gęstą pianą.

– Ciężką ma pan pracę. – Pater pociągnął potężny łyk. – I trzeba mieć oko na wszystko. Lokal bez okien to spore ryzyko. Może być przez każdego zdemolowany, kiedy pana nie ma. Mogą w nim spać bezdomni. Albo źli ludzie… W końcu nie zawsze pan tu jest. Musi pan sporo jeździć, przywozić beczki. Ale wtedy tu pewnie jest pańska żona… Mam rację?

– Nie. – Kaczanowski uśmiechnął się i wskazał dłonią na zaplecze. – Mam tam okna z pleksi. Montuję je po robocie.

– A beczki z piwem i napoje podwozi pan samochodem pod sam bar?

– Nie wolno mi. Zakaz wjazdu na plażę. Ładuje się kilka beczek na wózek i wio! – barman odruchowo naprężył mięśnie.

Pater wbił wzrok w piwo. Czuł, że ostatnie godziny są raczej przeciwwskazaniem do spożywania alkoholu. Wciąż jednak miał niezmącone niczym myśli. Nie mógł zniechęcić do siebie Kaczanowskiego. Barman – pomijając jego normalną funkcję spowiednika – jest jak latarnik oświetlający statkom drogę. Wszystko oświetla. Wszystko wie.

– Panie Grzegorzu – Pater oparł się mocno o bar – o wszystko już wypytali pana moi koledzy, a ja jutro przejrzę ich raporty. Może pan mnie zatem zapytać: to po co tu przyszedłeś, kiedy nie ma już żadnych pytań do zadania?

Barman zapalił papierosa. Strzepywał go do osobliwej popielniczki, zużytego plastikowego kufla wypełnionego piaskiem. Pater łyknął resztkę piwa i wskazał palcem na swój pusty kufel. Kaczanowski sięgnął pod bar i podstawił czysty kufel pod nalewak.

– Oni wszyscy pytali pana o to, co pan widział. – Pater rozprostował palce, aż strzeliły w stawach. – A ja zapytam o to, czego pan nie widział. Interesuje mnie pańskie zdanie na temat tego mordercy. Co pan o nim sądzi?

Czyżby był tak bezczelny, że zamordował dziewczynę na plaży, prawie na oczach wszystkich? Czy też zamordował ją gdzie indziej i tu czymś ją przywiózł? Niech pan mi pomoże! Jak pan sądzi? Jak to było?

Kaczanowski postawił przed Paterem drugie piwo i w milczeniu palił papierosa. W końcu wdusił go w piasek popielniczki i obiema rękami wpił się w brzeg baru. Kostki jego palców zbielały.

– Wie pan, jak nazywają mój bar od wczoraj? – wysyczał. – Barem „Pod Kostuchą”. Wie pan, ilu straciłem klientów, którzy są na wczasach z różnymi „mewkami”? Kiedy widzą kamery i dzie

– Nie odpowiedział mi pan na pytanie. – Pater przypomniał sobie, że „mewkami” były w latach siedemdziesiątych nazywane dewizowe prostytutki na Wybrzeżu. Mało kto teraz używa tego określenia. Chyba że starzy gliniarze i byli cinkciarze.

– Bo ono było głupie, panie nadkomisarzu – głos Kaczanowskiego uniósł się niby zaśpiew kapłana. – Głupie pytanie. Wszyscy tu są zajęci piciem i ciupcianiem. Tu nikt niczego nie zauważy, chyba że denko swojej pustej flaszki. Nieważne, czy ta dziewczyna została zaciukana tu, czy gdzie indziej, i czy ktoś ją przywiózł. Nikt by tego nie zauważył. Tylko ja tu wszystko widzę. A wtedy nic nie widziałem, co by mogło panu pomóc.