Страница 46 из 50
W końcu dojechali na właściwy przystanek. Wytworny pan wyniósł z tramwaju najpierw boksera, a potem wózek z Jerzykiem, po czym towarzyszył im jeszcze kilka chwil, zagadując coś słodko do mamy i wciąż uchylając nakrycia głowy, które upodabniało go w oczach Jerzyka do dziadka. To chyba sprawiło, że ów pan wzbudził w dziecku odrobinę sympatii, najwyraźniej w odróżnieniu od mamy, która po kilku minutach rozmowy ostro ofuknęła owego pana i szybko ruszyła do wielkiego domu stojącego wśród drzew.
Tam wniosła wózek na pierwsze piętro, a Jerzyk wchodził po schodach koło niej, wspinając się na nie wszystkimi swymi kończynami. Po chwili weszli do pustego, pachnącego farbą mieszkania. Mama zaczęła kogoś nawoływać. Ktoś jej odpowiedział okrzykiem z jednego z pokojów. Jerzyk, trzymający się matczynej sukienki, już wiedział po chwili, kto wydał z siebie ów okrzyk. Był to jeden z robotników, którzy, siedząc na podłodze w wielkim pokoju, coś jedli i pili. Jerzyk schował się za mamę. Stał tak przez chwilę, a ponieważ nic złego się nie zdarzyło, puścił ją i niepewnie – chwiejąc się w przód i w tył – pobiegł do przedpokoju. Tam poczuł, że ktoś go łapie i podnosi do góry.
Poczuł, że ten ktoś bardzo szybko się oddala od drzwi, za którymi mama rozmawiała z robotnikami. Jerzyk wrzasnął, lecz było za późno. Krzyk dziecka zabrzmiał już na klatce schodowej. Mama go nie usłyszała.
Malec rozdarł się w strasznym płaczu i bezradnie zamachał rączkami. Jedną z nich natrafił na jakiś materiał wystający z kieszeni człowieka, który go niósł. Wyciągnął ten materiał.
Po schodach potoczyły się blaszane pudełka z pastą do butów.
TYZYFONA
Jesteśmy ponurymi dziećmi nocy
Zwą nas w podziemiu boginiami zemsty
Ajschylos, Eumenidy, 416-417
Tego czerwcowego poranka komisarz Edward Popielski leżał na wznak w swym łóżku i nie mógł zasnąć. Nie pomagało mu ani liczenie wyimaginowanych chmur na suficie, ani błogie odprężenie po gorącej kąpieli, ani poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Po wielu nieudanych próbach udało mu się w końcu bezbłędnie i bez najmniejszych wątpliwości zidentyfikować mordercę, a jego złapanie było już tylko kwestią czasu. Choć wszystkie działania Szałachowskiego układały się w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy, to Popielski nie mógł się pozbyć wrażenia, że jedno z ogniw tego łańcucha nie pasuje do reszty, jest zardzewiałe i słabe, grożąc tym samym rozerwaniem całej konstrukcji. Komisarz nie mógł mianowicie pojąć, że ubogi kancelista, obarczony chorym synem, mógł sam, bez niczyjej pomocy, zaplanować i zrealizować dwa niełatwe zbrodnicze przedsięwzięcia. Aby się przygotować do wykradnięcia robotniczego dziecka, żyjącego wśród licznej rodziny i bawiącego się z czeredą rówieśników, trzeba je codzie
Popielski wstał, włożył jedwabny szlafrok i zaczął chodzić po swojej sypialni jak lew po klatce. Oczywiście, klepnął się w czoło, mógł zatrudnić do swego dzieła jakichś i
– Nie czas teraz na hipotezy i dywagacje – powiedział do siebie. – Trzeba pędzić do Zubika i ująć Heroda. Przecież wiem, kim on jest!
Zaczął się ubierać. W przedpokoju zadzwonił telefon. Popielski nie przejmował się nim, podobnie jak harmonią barw krawata, koszuli i marynarki. Telefon dzwonił nadal. Popielski wyszedł do przedpokoju i sięgnął po łyżkę do butów. Telefon dzwonił nadal.
– Co jest? – powiedział komisarz zirytowanym tonem. – Nie ma Leokadii ani Ha
Odpowiedziała mu cisza. Odebrał telefon. Leokadia pewnie na spacerze, a Ha
– Proszę się przedstawić – powiedział do słuchawki. – I jeszcze raz powtórzyć, co ma mi pan do zakomunikowania! Przepraszam, ale się zamyśliłem…
Głos powtórzył to co przedtem. Ręka Popielskiego opadła wzdłuż tułowia i wypuściła słuchawkę.
– Staw Zamarstynowski, Staw Zamarstynowski – powtarzał. – Gdzie jest Staw Zamarstynowski?
Na kąpielisku Staw Zamarstynowski Popielski przeżył deja vu. Prawie wszystko było tu takie jak w jego wizji, którą miał w czasie ataku epilepsji w fabryce ultramaryny na ulicy Słonecznej. Słońce przygrzewało i wtedy i teraz bardzo mocno, a on i w wizji, i w rzeczywistości pocił się obficie w ciemnym ubraniu. Zgadzało się również to, że kąpielisko było puste, a jakiś człowiek stał na wieży do skoków i machał do niego ręką. Realność różniła się jednak od epileptycznego wyobrażenia w jednym jedynym szczególe. W wizji basen był wypełniony iskrzącą się w słońcu wodą, która potem zamieniła się w twardą zastygłą lawę. W rzeczywistości w betonowej niecce nie było wcale wody. Basen nie był jednak pusty. Jego środek wypełniały brony. Ich ostrza skierowane były ku górze, ku niebu i ku wieży do skoków. Na niej stał teraz człowiek, którego Popielski widział w fabryce ultramaryny.
Uśmiechał się do komisarza i przyzywał go kolistym ruchem ramienia.
– Wchodź tu, wchodź, Łyssy! – wołał. – Na górę, ale już! Dowiesz się wszystkiego o twoim słodkim wnuczku i o jego połamanych rączętach!
Popielski nacisnął na oczy przeciwsłoneczne binokle. Tym razem nie mógł ryzykować, że epilepsja pozbawi go ofiary. Czuł, że jego głowę i kark ogarnia mrowienie. Nie był to jednak zwiastun padaczki, lecz jakiś głuchy i uparty instynkt Zaczął się wspinać po schodach.
– Mam w ustach kapsułkę – wołał Szałachowski. – A w niej skrawek papieru… Jak mały więzie
Popielski stanął na wieży i przytrzymał się barierki. Spojrzał w dół i ujrzał wybronowane w dużej części dno basenu. Szałachowski podążył za wzrokiem policjanta.
– Zrzuć mnie z wieży – powiedział z uśmiechem. – Na te brony, co tam widzisz… Zabij mnie, bo tylko tak się dowiesz, gdzie jest twój wnuczek. Z moich ust wyciągniesz adres…
Popielski oparł się mocniej o barierkę. Cały drżał oblany zimnym, piekącym potem. Wydawało mu się, że jego skóra przykleja się do kości. Napiął mięśnie twarzy i z niemałym trudem unieruchomił swoje szczęki. Po sekundzie już był w stanie cokolwiek powiedzieć.
– Po co ten cyrk, Szałachowski? – wydukał, lecz z każdym słowem nabierał większej biegłości w mowie. – Po co ten cyrk na pływalni? Ja ciebie zabiję gdziekolwiek. Zejdziemy stąd, położysz łeb na słupku, a ci ten łeb odrąbię… – Szałachowski nie odezwał się słowem i spoglądał na Popielskiego z dużym zainteresowaniem. Ten powziął nagłą decyzję. – Ale nie muszę tego robić, a ty możesz ocalić życie, wziąć spadek po ojcu i przekazać go twemu synusiowi – powiedział wolno Popielski, starając się opanować drżenie szczęk. – Pan Klemens Szałachowski, twój szanowny ojciec, zmienił testament.