Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 36 из 50

Postawił przed więźniem ceramiczną piersiówkę z wódką Karpatówką. Ten nawet na nią nie spojrzał.

– Lubię cię, Edzik. – Popielski zdjął kapelusz i podrapał się po zabliźnionej ranie na głowie. – Mam do ciebie słabość, Edzik. I to nie dlatego, że cię tutaj wsadziłem i że obaj obchodzimy imieniny tego samego dnia, 13 października. Nie. To dlatego, że mam córkę, podobnie jak ty. I podobnie jak ty kocham ją nad życie. Ja jednak, w odróżnieniu od ciebie, wiem, co się dzieje z moją córką. A ty nie wiesz. A chcesz może wiedzieć?

Hawaluk sięgnął po papierosa. Popielski wstał i podał mu ogień. Więzień z rozkoszą zaciągnął się dymem, przymykając przy tym oczy.

– Co si takiegu dzieji z moju córku? – zapytał.

– Wszystkiego się dowiesz za chwilę. Ale najpierw ja muszę czegoś się dowiedzieć od ciebie. Jakiś doliniarz na Kleparowie ukradł pół roku temu dokumenty na nazwisko Marceli Wilk. Teraz tymi dokumentami posługuje się Herod. Wiesz, kto to jest Herod?

– Nie.

– Słyszałeś o zabójstwie dziecka na Żółkiewskiej?

– Tak.

– Zabił je Herod. A słyszałeś o połamaniu i

– Tak.

– Dużo tu słyszysz.

Zapadło milczenie, które się nawet spodobało Popielskiemu. Edzik nie mówił, kiedy go o nic nie pytano. Dobra cecha.

– Jedno i drugie zrobił zbrodniarz zwany Herodem. Posługuje się on skradzionymi dokumentami na nazwisko Marceli Wilk. Muszę wiedzieć, kto kupił ten skradziony dowód. A może ktoś na te dokumenty złożył zamówienie, co? A ty w tym wszystkim możesz pomóc. Wystarczy, że dasz mi jakiś adres twojego zastępcy na wolności. I wtedy szybko ustalimy, kto ukradł. Tego twojego zastępcę, a potem doliniarza, oczywiście puszczę wolno. Ale najpierw z nim porozmawiam i dowiem się, kto od niego kupił dowód. Możesz mi pomóc, Edzik. Proszę cię o to.

Hawaluk milczał, a jego milczenie nie podobało się tym razem komisarzowi.

– Chcesz wiedzieć, co się dzieje z twoją córką? – zapytał, wypuszczając dym nozdrzami.

– Wiem, co si dzieji. Nic dobregu.

– Zadałem ci złe pytanie, Edzik. Powinienem zapytać nie „co się dzieje”, ale „co się stało”. Pomożesz mi, to wtedy ci powiem, co się stało z twoją córką.

Znów zapadło głuche milczenie. Obaj myśleli o piętnastoletniej Zośce Hawaluk, którą po osadzeniu ojca w więzieniu i po śmierci matki do niedawna wychowywali – za pieniądze Edzika – dobrzy i życzliwi ludzie. Ale oni nie potrafili – a tak naprawdę to nawet im się nie chciało – nieusta

Ponieważ nie była ona zbyt urodziwa, nie mogła znaleźć hojnego „słodkiego pana” z wyższej klasy i musiała się zadowolić substytutami: dźwiękiem harmonii, smakiem pierogów, przyśpiewkami w zaplutych knajpach i obmacywaniem przez pijanych czeladników. Na swój pierwszy tryper czekała o wiele krócej niż na księcia na białym koniu.

– Podaj mi jakieś nazwisko, jakiś adres, jakiś telefon. – Popielski się zniecierpliwił. – Człowieka, który mi pomoże dotrzeć do smytracza i do Heroda.

– Co si stału z moju córuniu?

– Weź sobie papierosy. – Popielski przesunął paczkę egipskich w stronę więźnia. – Wszystkie. Wsyp je sobie do kieszeni. A pustą paczkę mi oddaj. Z numerem telefonu, z nazwiskiem, z jakimś adresem. Z czym tylko chcesz.

– Napiji si. – Więzień schował papierosy do kieszeni, nabazgrał coś na paczce leżącym na stole ołówkiem i schował piersiówkę do kieszeni bluzy. – Co si stału z moju córku?

– A bo ja wiem? – Popielski wstał i otrzepał spodnie z niewidzialnego pyłu. – Raz z górki, raz pod górę – jak u każdego…

– Co z Zosiu, ty psia mordo!? – Hawaluk również wstał i omal się nie rzucił na komisarza.

– Nie wiem. – Popielski oparł pięści na stole i wpatrywał się w starego złodzieja. – Ale wiem, co będzie z tobą, jak pomożesz mi złapać Heroda. Kiedy go złapię dzięki twoim informacjom, to ty następnego dnia już się żegnaj z kumplami spod celi!

Hawaluk patrzył na Popielskiego otwartymi ze zdumienia oczami.

– Przyrzekłem ci kiedyś, że cię złapię i wsadzę do Brygidek – mówił wolno komisarz. – Dotrzymałem słowa. Myślisz, że teraz nie dotrzymam? Pakuj już samarę, Edzik!

Sięgnął po telefon. Powiedziawszy coś do słuchawki, włożył kapelusz, a paczkę po papierosach schował do kieszeni. W czasie tych czy

A Heroda i tak zabiję, choćby bez Moszego Kiczałesa, pomyślał, podając rękę naczelnikowi Piaseckiemu, który właśnie wszedł do swej kancelarii.

Nad miastem zapadł duszny burzowy wieczór. Popielski siedział w swoim policyjnym gabinecie i przeglądał Pieśni Horacego. Nie czytał ich, lecz bacznie je obserwował w poszukiwaniu sytuacji, w której przymiotnik i rzeczownik należałyby do i

To filologiczne zajęcie było interesującą łamigłówką i skutecznie zabijało nudę ogarniającą go podczas czekania na pilny telefon, którego się dzisiaj spodziewał.

Pod numer zapisany na paczce po egipskich zadzwonił od razu po wyjściu od Brygidek. Ktoś odebrał i Popielski usłyszał stukanie butelek, podniesione głosy i zachrypnięty bas, który ów rwetes uciszał. Popielski wypowiedział tylko dwa słowa, napisane przez Hawaluka obok numeru telefonu: „Mordziasty, robacznica”. „Podaj twój numer, ktoś zadzwoni” – zachrypiał głos w słuchawce. Popielski zrobił, co mu kazano, i usłyszał przeciągły sygnał przerwanego połączenia. Zatelefonował raz jeszcze na centralę i dowiedział się, że wybierany przez niego numer należy do służbówki majstra w rozlewni octu na ulicy Łokietka. Zapisał nazwisko owego majstra – tak na wszelki wypadek, bo przecież nie zamierzał go przesłuchiwać. Bo i po co? Zależało mu jedynie na dotarciu do złodzieja, który dostarczył dokumenty Herodowi, nie zaś na rozpracowaniu lwowskiej spółdzielni kieszonkowców, której domniemany herszt pracował być może w octowni. Zależało mu tylko na jednej telefonicznej rozmowie.

I teraz właśnie, tropiąc mniej lub bardziej wydumane Horacjańskie potknięcia, Popielski w napięciu czekał, aż telefon zadzwoni.

Stało się to krótko po ósmej wieczór. Komisarz patrzył z radością na podskakującą na widełkach słuchawkę i nie śpieszył się wcale z jej podniesieniem. Odebrał po siódmym sygnale.

– Halo – powiedział powoli. – Popielski przy aparacie.

– Już nie wytrzymuję z tym dzieckiem! – Usłyszał głos Rity, w którym drżały nuty histerii. – Już nie wytrzymam! Rozumie tatuś?!

Komisarz wiedział, że powinien jak najszybciej zakończyć tę rozmowę, bo tajemniczy „Mordziasty” mógł właśnie teraz telefonować, a sygnał zajętego połączenia mógł go zniechęcić.

– Córeczko – powiedział najłagodniej, jak mógł. – Dzisiaj cię odwiedzę. Wtedy porozmawiamy. Powiesz, co cię trapi. A teraz przepraszam. Czekam na pilne połączenie.

Odłożył słuchawkę i zamknął z hałasem Pieśni Horacego. Telefon znów zadzwonił. Tym razem odebrał po trzecim sygnale.

– Nie będę dłużej siedziała z tym dzieckiem w domu, rozumie tato? – Rita syczała do słuchawki. – Jurusia rozsadza energia, musi ją wyładować. Jutro idę z nim na dzieciniec albo do parku, czy to się tatusiowi podoba, czy nie!

– Przeprowadź się na kilka dni na Kraszewskiego – powiedział spokojnie – Ha