Страница 17 из 50
Do najwyższych hedonistycznych wartości Popielski zaliczał oczywiście – jak większość ludzi – obcowanie płciowe oraz oddawanie się pijaństwu i obżarstwu. Były to – wedle jego klasyfikacji – przyjemności skutkujące wyrzutami sumienia, czyli synejdetyczne. Ponadto miały one właściwość kulminacji – narastały, aż osiągały swój szczyt. Po obcowaniu stawał się smutny i apatyczny, zgodnie z Arystotelesowym rozpoznaniem, iż po akcie płciowym każde zwierzę staje się smutne. Po alkoholowych i kulinarnych ekscesach wydawało mu się, iż niszczy swój organizm toksynami i doprowadza go do ruiny. Walcząc ze zgubnymi w swoim mniemaniu skutkami przyjemności synejdetycznych, stosował swoiste odtrutki: wstrzemięźliwość erotyczną, dietę i abstynencję.
O wiele bezpieczniejsze były według niego przyjemności asynejdetyczne, czyli takie, po których nie odczuwał najmniejszych wyrzutów sumienia i które nie miały charakteru kulminacyjnego. Do tychże przyjemności zaliczał Popielski wysiłek fizyczny i epilepsję. W trakcie biegania lub w czasie wywoływanego przez siebie ataku epileptycznego nie odczuwał oczywiście żadnej przyjemności, ale ex post nadchodziło spokojne wytchnienie, całkowite odprężenie, głęboka satysfakcja. Ponadto – o czym Popielski prawie nikomu nie mówił – w czasie ataków epileptycznych nachodziły go osobliwe wizje se
Takie sny epileptyczne Popielski uważał za sny prorocze i kiedyś nawet kilka z nich wykorzystał w swojej pracy śledczej. A zatem ten stan łączył przyjemne z pożytecznym. Nic zatem dziwnego, że epileptyczna przyjemność asynejdetyczna była często przez niego stosowana i sztucznie wywoływana silnym strumieniem światła, który przerywał, machając ręką przed oczami.
Tak postąpił i teraz. Był sam w domu, służąca miała wychodne, a Leokadia grała w bridża u asesorostwa Stańczaków. Położył się do wa
Leżał na plecach na jakimś ruchomym pojeździe i patrzył w górę. Przesuwały się nad nim czarne od sadzy sklepienia podparte kolumnami. Potem pojawiło się więcej światła i w końcu wjechał w jasność. Usiadł, sięgnął po przeciwsłoneczne binokle, ale ich nie znalazł. Był na rozświetlonym słońcem fabrycznym podwórku. Ze wszystkich stron otaczały go ceglane ściany. Na środku stały beczki. Z wnętrza jednej z nich dochodził łomot. Podszedł bliżej. Ze środka słychać było głośne dzieci
Popielski ocknął się. Pierwszą jego myślą było to, iż musi zmienić swoją klasyfikację przyjemności. Kontrolowane ataki epilepsji już do nich nie należały, a wartość przyjemności jako wartość funkcji w jego wykresie była tego dnia minusowa.
Niedzielne i świąteczne poranki Popielski na ogól spędzał do południa w swoim łóżku. Budził się jednak o wiele wcześniej niż w dni powszednie, choć kładł się spać – niezależnie od dnia tygodnia – około czwartej nad ranem. Jego niedzielne pobudki po zaledwie trzygodzi
Kiedy Rita poszła do szkoły, nie zrezygnowała z rytuału niedzielnych poranków w łóżku taty, choć wówczas nie żądała już dokazywania, pocałunków i zapasów, lecz czytania książeczek. I wówczas ojciec czytał jej po sto razy Calineczkę, Gucia zaczarowanego oraz najbardziej ukochaną Kocią mamę i jej przygody Buyno-Arctowej. Rita potrafiła z pamięci cytować ogromne passusy tych bajek, w czym Leokadia widziała zapowiedź przyszłego talentu, odziedziczonego po przedwcześnie zmarłej matce, znanej lwowskiej aktorce Stefanii Gorgowicz-Popielskiej.
Temu obyczajowi wspólnego wylegiwania się Rita położyła kres jesienią 1930 roku, kiedy ukończyła lat dziesięć. Jej ojciec odetchnął wówczas z pewną ulgą i postanowił odespać te wszystkie zarwane przez wiele lat niedzielne poranki. A wtedy się okazało – ku jego zdziwieniu i irytacji – że nie jest to możliwe. Przez dziesięć lat uaktywnił się bowiem w jego psychice jakiś mechanizm czujności, jakiś wewnętrzny budzik, który działał tylko w niedziele i święta i rozdzwaniał się w jego głowie zawsze koło siódmej rano wbrew potrzebom umęczonego organizmu, który dopiero od trzech godzin korzystał z łaski snu. Jego niedzielnych bezse
Dzisiejszego niedzielnego przedpołudnia nie narzekał jednak na swój budzik wewnętrzny, a wręcz bardzo chwalił jego niezawodność. Wstał o siódmej rano, ubrał się w kawowy garnitur, na którym – dzięki wybitnym specjalistom z Pralni Europejskiej i dzięki mistrzowi krawieckiemu, panu Lipmanowi – nie było widocznych zniszczeń po walce w norze Małeckiego. Pod szyją zawiązał nie krawat, lecz ciemnobrązową muchę w kremowe romby. Tę ozdobę nosił rzadko, tylko przy wyjątkowych okazjach. Ale dzisiaj był właśnie wyjątkowy dzień.