Страница 15 из 50
– Wie pan co, panie kumisarz? Wie pan, jak najrychlej można złapać jakieguś bandyty we Lwowi?
– Nie pytaj pan, ale mów!
– Idzi si za panym krok w krok, a pan duprowadzi do bandyty. Ja tak zrobił. I złapał bandyty, skurwysyna Małeckiego.
– Nasza umowa – sapnął ze złością Popielski – była nieco i
– Jeszczy raz prószy przebaczenia. – Herszt podziemia pochylił głowę. – Umowa była, rychtyk. Ali pan odchodzi z policji. Wszystkie gazety o tym pisały, a potem pisały, że pan zostaji. Ja sam ni wiedział, co o tym myśleć, panie kumisarz. No bo jeśli pan odejdzi, to nici z naszej umowy. Kto mi dotrzyma pańskiegu słowa jak ni pan?
– To czemu mi pan nie powiedział o swoich wątpliwościach podczas naszej rozmowy w pańskiej willi w Wi
– Ktoś z policji mi dał więcyj niż pan – odparł wolno Kiczałes. – Ktoś dał mi dwa lata wolnegu. Dwa lata spokoju. A pan tylku rok. A ten ktoś na pewno ni odejdzi z policji. Ali ja jestem człowiek honoru…
– Milcz, Kiczałes! Ty jesteś zwykły rzezimieszek i czekasz, aż ktoś ci da więcej… Taki jesteś kupiec? Wszystko wystawiasz na aukcję? Ciekawym, czy swoją kochankę też kiedyś zlicytujesz.
Popielski zerwał się z łóżka na równe nogi. I wtedy poczuł się tak, jakby jego głowa dostała się w imadło. Nacisk był tak duży, że przed oczami zaczęły mu fruwać jakieś pomarańczowe płaty, postrzępione na brzegach. Usiadł na łóżku. Otworzył usta i wyrzucił z nich „Milcz, parchaczu!”, po czym opadł na poduszkę i zamknął oczy.
Kiczałes rozejrzał się nerwowo po pokoju. Dostrzegł sole trzeźwiące na nocnym stoliku. Otworzył je, potrząsnął głową ze wstrętem i podsunął pod nos Popielskiemu. Ten szarpnął się gwałtownie i otworzył oczy. Kiczałes wyjął chusteczkę pachnącą perfumami, otarł mu nią głowę z potu i długo patrzył na niego z zatroskaniem. Potem usiadł na łóżku i mocno chwycił dłoń chorego.
– Nazwał mnie pan kiedyś gubernatorym, panie kumisarz – mówił dobitnie. – A oto gubernator si kłania. To znak. Mów pan, czegu panu trzeba! Trzy pański życzenia to dla mni rozkaz. Może mni pan uważać za gudłaja, nędznegu mechidrysa, za byli kogu. Rozumim to. Ali niech pan pamięta. Trzy życzenia spełniam. Jak złota rybka z bajki. Wie pan, gdzi ja urzęduji. W Wi
Kiczałes wbrew woli Popielskiego uścisnął mu dłoń i wyszedł z pokoju. Pożegnał się bardzo uprzejmie z paniami, a nawet podrzucił do góry Jerzyka. Chłopiec już się nie bał Kiczałesa.
Po chwili herszt podziemia zawrócił, wszedł do sypialni i uśmiechnął się pod swoim cienkim wąsikiem amanta.
– A ta mała, którą pan widział ze mnu w Wi
O ósmej rano Popielski stał na swoim balkonie przy Kraszewskiego i spoglądał na Ogród Jezuicki. Od czasu nieudanej obławy na Małeckiego towarzyszyły mu nieusta
Edward Popielski należał do niewielu, którzy zwrócili na tę notkę baczną uwagę. Utrapiony bezse
Wstał gwałtownie i szybkim krokiem ruszył na balkon, aby zaczerpnąć tchu. Już wiedział, że nie zaśnie, choćby wypił wiadro wódki.
Spojrzał przez fioletowe binokle na słoneczny poranek. Nie myśleć o Heniu! Tylko nie myśleć o Heniu! Starał się na siłę analizować sprawy, które prowadził teraz, po powrocie do pracy po kilku dniach rekonwalescencji. Udało mu się połowicznie. Nie myślał – ku swej radości – o zakłutym chłopcu, nie analizował bieżących spraw, lecz niedawne losy swojego kapelusza i stan świeżej rany. Nosił pod kapeluszem opatrunek – kawałek gazy przylepiony plastrami do głowy. Był on przyczyną irytujących dolegliwości. Pot, wydzielany obficie pod wpływem silnego słońca, żłobił pod kapeluszem łysinę i dostawał się pod opatrunek, wywołując wściekłe swędzenie gojącej się rany. Komisarz już drugiego dnia pracy postanowił skończyć z tym dokuczliwym uczuciem. Odrzucił precz kapelusz, oderwał opatrunek i chodził po mieście z gołą głową, przyprawiając wszystkich o szok. Spowodowany on był, po pierwsze, zerwaniem z uświęconym zwyczajem, iż mężczyzna nie opuszcza domu bez nakrycia głowy, po drugie zaś – ostentacją, z jaką Popielski obnosił swoją siną, częściowo zastrupioną i nabiegłą krwią ranę. Nie przejmował się ukradkowymi spojrzeniami, głupimi docinkami i reakcjami obrzydzenia. Poza wygodą, jaką odczuwał, jego rana na głowie miała znaczenie symboliczne i – jak sam siebie przekonywał – propagandowe. Mówiła ona wszystkim: „Jestem raną, którą komisarz odniósł, kiedy złapał Anatola Małeckiego!”. Informowała ona expressis verbis: „To Popielski, nikt i
Nic zatem dziwnego, że Popielski wściekle rzucał się po swoim służbowym gabinecie i przeklinał wszystkich lwowskich policjantów, a najbardziej Mariana Zubika. On był bowiem ewidentnym podejrzanym o wykorzystanie pomysłu na współpracę z bandyckim podziemiem. Kto oprócz niego poznał zaskakującą ideę, iż ściganie mordercy dziecka musi się odbyć w ścisłej kooperacji z przywódcami podziemnego świata? Kto oprócz Zubika poznał ten właśnie warunek rezygnacji Popielskiego ze swej przedwczesnej dymisji? Kto prowadził ze swoim podwładnym konfidencjonalną rozmowę na ten temat za kiblem Szkockiej? To, że komisarz nie wyszeptał wówczas nazwiska Kiczałesa jako swojego przyszłego współpracownika, nic nie znaczyło. We lwowskim półświatku od lat królowali jedynie bracia Żelaźni i Kiczałes, lecz ten drugi ostatnio zdobywał coraz większe wpływy, zwłaszcza w nierządzie i w przemytniczym procederze. Wybór Żyda na współpracownika był niejako naturalnym posunięciem.