Страница 13 из 50
Rozejrzał się dokoła. Ptaki były jedynymi istotami, które zwróciły na niego uwagę. Mężczyzna, który przy pompie mył twarz i kark, ani na niego spojrzał. Za drzwiami Popielski usłyszał człapanie obudzonego człowieka.
– Kto?! – usłyszał dudniący głos.
– Policja! Otwierać!
Cisza. Kroki oddaliły się od drzwi i zbliżyły się do okna. Rozchylił się koc, a za brudną szybą zamrugało zaropiałe od snu oko. Popielski podsunął pod nie odznakę. Koc opadł na okno, a kroki znów zbliżyły się do drzwi. Potem zapadła cisza, która wielce radowała Popielskiego. Wnioskował z niej bowiem, że Małecki się waha, czyby go wpuścić czy też nie. Gdyby był niewi
Drzwi uchyliły się i stanął w nich potężny nieogolony mężczyzna w kalesonach i w podkoszulku. Jego bielizna upstrzona była licznymi żółtymi zaciekami. Z dekoltu wystawały kłębiące się kłaki. Z nosa i z uszu sterczały długie pojedyncze, zakręcone włosy. Z wnętrza izby bił smród zepsutego jedzenia.
– Małecki? Nazywa się pan Anatol Małecki?
– Bo co? – Mężczyzna ukazał braki w uzębieniu.
– To Małecki?! – Popielski krzyknął i spojrzał w bok.
Walery Pytka, myjący się przy pompie i karmiący teraz gołębie, kiwnął twierdząco głową. Małecki spojrzał na niego, uśmiechnął się i uniósł rękę na znak powitania. Wtedy dostał w nos nasadą dłoni.
Popielski po zadaniu ciosu zdjął kapelusz i runął jak byk na toreadora. Trafił głową w pierś Małeckiego i razem z nim wpadł do izby. Poczuł smród potu i ciepłą wilgoć na głowie. Domyślił się, że z nosa atakowanego buchnęła jucha. Podniósł głowę i zobaczył, jak Małecki ląduje na ścianie i osuwa się na wiadro zamknięte deklem. Zawartość wiadra wylała się i Popielskiemu na moment zabrakło tchu od kloacznego smrodu. Lewą ręką sięgnął po browning, prawą po chusteczkę do nosa. Wycelował w Małeckiego. Ten siedział nieruchomo na klepisku i potrząsał wielką kudłatą głową, jakby z niedowierzaniem. Wokół rozlewała się kałuża nieczystości i walały się stare, połamane skrzynki pełne różnych organicznych i nieorganicznych odpadków. W kącie stała żeliwna koza, której rura wychodziła przez otwór w oknie. Ze ściany sterczało metalowe koło, do którego niegdyś przywiązywano konia lub i
– Połóż się na boku. – Popielski nie spuszczał Małeckiego z muszki. – Pod piecem. Dobrze – pochwalił, gdy Małecki zrobił niezwłocznie to, co mu kazano. – A teraz włóż rękę pod piec tak, żeby wystawała z drugiej strony. Przykuję cię do drzwiczek, a potem przeszukam mieszkanie.
Małecki najwidoczniej nie zrozumiał polecenia. Nie ruszał się, uśmiechał i jedynie potrząsał głową. Popielski podszedł ostrożnie z drugiej strony kozy i ukucnął. Z obrzydzeniem uderzył obcasem w mokre od uryny klepisko.
– Włóż rękę pod piec, przesuń się trochę w bok i dotknij nią tu, o tu – mówiąc to, kilkakrotnie stuknął obcasem o podłoże.
Małecki w końcu zrozumiał. Całe jego ramię zniknęło pod kozą, pomiędzy jej nogami. Prawa dłoń wystawała spod pieca. Popielski pochylił się, aby włożyć na nią bransoletkę kajdanek. I wtedy usłyszał huk, brzęk szkła i jęk rozrywanej blachy. Znalazł się w czarnej lepkiej mgle. W ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że Małecki jakąś nadludzką siłą uniósł żeliwny piecyk i wyrwał jego rurę, z której cug sypnął obficie sadzą. Cios, który Popielski otrzymał teraz w splot słoneczny odebrał mu oddech. Przez łokieć przeszedł prąd. Palce dłoni straciły jakiekolwiek czucie, a pistolet klasnął w kałuży na klepisku. Usłyszał uderzenie, jakie wydaje z siebie dojrzały melon, spadając z wozu na bruk. Albo ludzka głowa w zetknięciu z pałką. Osunął się na ścianę.
To jednak nie jego głowa wydała ten odgłos, lecz łeb Małeckiego. A to, co w niego uderzyło, to nie była pałka.
Pytka stał na środku izby, a w mocnej sękatej dłoni trzymał siekierę. Małecki leżał na klepisku w pozycji embrionu. Pytka uniósł jeszcze raz siekierę, kierując ostrze w głowę leżącego.
– Stójże! – wrzasnął Popielski. – I zamknij te drzwi!
– Tak jest, pani władzu! Alim bałakał, że to silny byku!
Pytka opuścił łagodnie siekierę i patrzył zupełnie trzeźwo na Małeckiego. Potem wykonał polecenie komisarza. Ten z trudem, zgięty wpół podszedł do dziury w szybie i nabrał głęboko powietrza. Trąciło ono końskimi odchodami, mokrą ziemią i zgniłymi deskami, ale i tak dla Popielskiego było milsze niż wszystkie aromaty Indyj. Rozmazał na czole sadzę i spojrzał na swoje zrujnowane ubranie. Lepiły się do niego tłuste czarne płaty. Prawą nogawkę spodni rozdartą miał na całej długości łydki.
– Żyje? – zapytał z trudem.
– Żyji gad – odparł Pytka. – Ja go tylku obuchym.
Popielski odetchnął kilkakrotnie.
– Kurważ, jak tu śmierdzi – powiedział z obrzydzeniem i oparłszy ręce na kolanach, ciężko oddychał.
– Od smrodu jeszczy nikt ni umarł, a z głodu nikt si ni zesrał – odpowiedział filozoficznie stary.
– Posłuchaj, Pytka. – Popielski się wyprostował. – Słuchasz mnie uważnie? Jesteś pijany czy trzeźwy?
– A trzeźwy jak małe mucko! Bih me, że prawdy bałakam.
– No, to słuchaj. Dziękuję. Uratowałeś mnie przed tym bydlęciem. A teraz mam do ciebie ważne pytanie. Chciałeś go zabić?
– Tak. Ja już mówił, że gada zabiji…
– Chciałeś go zabić, bo on zabił twojego wnuczka, tak?
– Nu tak!
– A skąd wiesz, że to on go zabił?
– To ni moja rzecz, ali pana kumisarza. Pan kumisarz mówi, że to on, no to ja gu zmagulał! I tyli!
– A ja jeszcze nie wiem, czy to on. – Popielski zatkał nos palcami i rozglądał się uważnie po norze Małeckiego. – Rozumiesz, Pytka? Jeszcze tego nie wiem. Albo on sam się przyzna, kiedy się ocknie i go przesłucham, albo znajdę jakieś dowody na niego. Wtedy ci go oddam. Do wyłącznej dyspozycji. A teraz rób, co ci mówię! Tylko to, co ci mówię! Nic więcej!
– Tak jest!
– No to przykuj go do ściany. – Podał Pytce kajdanki i kluczyk. – Tylko dobrze mi go przykuj!
Po chwili jedna bransoletka kajdanek zacisnęła się na grubym przegubie Małeckiego, druga zaś – na wystającym ze ściany kółku.
Popielski zaczął przeszukiwać izbę. Wciąż ściskając nos, rozgarniał nogą stare skrzynki po owocach wypełnione jakimiś szmatami i pakułami. W niektórych z nich piętrzyły się gazety i żelastwo, w i
Zajrzał pod łóżko i wyciągnął spod niego kartonową odrapaną walizkę. Otworzył wieko i oniemiał. Nie musiał już przesłuchiwać Anatola Małeckiego.
– Jest twój – powiedział do Pytki, podszedł do okna i zaczął głęboko oddychać.
Patrzył na dzieci idące z tornistrami do szkoły, na kobiety na galeryjkach, ugniatające energicznie poduszki i pierzyny, na jakąś staruszkę pompującą wodę. Patrzył na to wszystko, lecz tego nie widział. Miał za to przed oczami lalki leżące w walizce Małeckiego. Miały pomalowane na czerwono usta. Między ich nogami widniały niezdarnie wydrążone dziury obramowane narysowanymi atramentem kędziorami. Na kadłubach były obrysy piersi, a w dziurki w ich środku wetknięte były czubki marchewek. Niektóre lalki były obdarzone płcią męską. Czerwone ołówki wystawały spomiędzy ich nóg, a ich pośladki rozdzielone były długą szramą wydrążoną dłutem. Główki wszystkich lalek zgięte były na piersi, a ich tułowia pocięte ukośnymi ranami. Wyglądały jak Henio Pytka, skręcony w wychodku na Żółkiewskiej.