Страница 30 из 63
Popielski i Mock – powiedział komisarz, podając mu rękę. – To też dobrze brzmi. Jamb i anapest, o ile się nie mylę. A teraz chcę przedstawić panu moją córkę.
Popielski wyszedł, a Mock nasunął jednego śledzia z jajkiem na łyżeczkę i łapczywie go połknął, po czym odgryzł kawał sztangielki. Następnie wstał, spojrzał krytycznie na swoje odbicie w oszklonej biblioteczce i wciągnął mocno brzuch.
Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,
godzina czwarta po południu
Profesor Kasprzak poprawiał w pustym pokoju nauczycielskim wypracowania na temat Wielkiej Improwizacji Mickiewicza. Wprawiło go to w zły nastrój. Syczał złośliwie i trzaskał zeszytami. Czy te idiotki, myślał o swoich ucze
Polonista przypominał sobie w takich chwilach swoje magisterium, które napisał o dramacie romantycznym i obronił dziesięć lat temu summa cum laude właśnie u profesora Juliusza Kleinera. Te chwalebne momenty wbijały go w wielką dumę i były – jak to stwierdził po latach – preludium do jego błyskotliwej kariery. Dzięki protekcji dyrektora Teatru Wielkiego, samego Wilama Horzycy, u którego zresztą kilkakrotnie asystował, otrzymał natychmiast po studiach, jako dwudziestotrzylatek, posadę profesora literatury polskiej w gimnazjum Królowej Jadwigi. Protekcja ta była wyjątkowo skuteczna, bo złamała opory pani dyrektor Ludmiły Madlerowej, która na wakujące miejsce najchętniej przyjęłaby jakąś starszą i stateczną osobę, nie zaś przystojnego młodzieńca, udrapowanego w płaszcz hidalga, który mógł zawrócić w głowie niejednej ucze
Z ulgą rzucił na kupkę ostatni zeszyt z poprawioną klasówką, wiedząc, że przed nim jeszcze tylko jeden dzień pracy, a potem cale dwa tygodnie zimowych wakacyj! Poświęci je na opracowywanie koncepcji nowego przedstawienia, które – jak mu to obiecano – mimo zaangażowania aktorek gimnazjalistek będzie miało premierę na normalnej scenie teatralnej i ujrzy je cały Lwów. Ubrał się, chwycił laskę i kapelusz i wyszedł z gimnazjum, ledwo skinąwszy woźnemu.
Na Piłsudskiego wskoczył w biegu do „trójki”. Widząc surową minę konduktora, uświadomił sobie, że wskakiwanie do tramwajów nie licuje z godnością profesora gimnazjalnego. Wysiadł przy palcu Halickim i ruszył Hetmańską w stronę Teatru Wielkiego, za którym rozciągał się właściwy cel jego wędrówki – labirynt wąskich uliczek zamieszkanych prawie wyłącznie przez Izraelitów. To tu odbywały się Krakidały, pchli targ, na którym można było stracić wszystko – grając w rozmaite gry hazardowe, wśród których królowały „trzy karty” – oraz kupić wszystko: od końskiego mięsa po niełamiące się grzebienie. W piątkowe popołudnie te uliczki były jednak nieco wyludnione z powodu przygotowań do szabasu i sprawiały w zapadającym już zmierzchu wrażenie dość niebezpiecznych. Potęgowała je obecność nielicznych ponurych handlarzy, którzy nie zdołali sprzedać swojego towaru i obwiniali o to cały świat. Patrzyli spode łba na przechodniów i zwijali swoje kramy. To jednak nie zrażało profesora, był bowiem umówiony z bukinistą zwanym Nachumem Rudym, który miał od niego stałe zlecenie wyszukiwania starych wydań dramatów romantycznych i programów teatralnych. Kasprzak minął ukochany Teatr Wielki, przeszedł przez plac Gołu-chowskich i zanurzył się w wąską Gęsią. Stąd było już niedaleko do Zakątnej, gdzie Nachum miał swój stragan. Spojrzał na zegarek i przyśpieszył kroku. Wtedy usłyszał za sobą donośny głos:
– Panie profesorze! Najmocniej przepraszam pana profesora!
Odwrócił się zaskoczony i ujrzał zdyszanego mężczyznę, którego natychmiast rozpoznał. Był to komisarz Edward Popielski, ojciec jednej z jego ucze
– Najmocniej przepraszam, że ośmielam się zaczepiać pana profesora na ulicy – rozpoczął Popielski. – Byłem w gimnazjum i woźny mi powiedział, że poszedł pan profesor w stronę teatru. Pobiegłem i udało mi się go spotkać. Mam niezwykle pilną sprawę. Jestem ojcem pańskiej ucze
– Słucham pana komisarza – powiedział sucho Kasprzak, spoglądając na zegarek.
– Nie zajmę wiele czasu panu profesorowi. – Popielski już się wyprostował. Górował znacznie wzrostem nad nauczycielem. – Wiem od córki, że projektuje pan profesor w najbliższym czasie wystawienie Medei Eurypidesa. Stąd mój wielki pośpiech. Żeby zdążyć przedstawić moją prośbę przed wakacjami zimowymi. Otóż upraszam łaskawie pana profesora, aby Rita nie grała w tym przedstawieniu. Aktorstwo to dla niej nagroda, a ta się jej raczej nie należy, zważywszy na jej semestralną cenzurkę. To wszystko i już nie zajmuję więcej czasu. Czy mogę liczyć na łaskawą zgodę?
Kasprzak zdębiał. Odebrało mu mowę. Nie mógł przetrawić absurdalności tego całego zdarzenia. Oto na Krakidałach zaczepia go sły
– Całuji rączki, czy paniagi szanowni winszuju sobi szczeniaczki prawi rasowy?
– Nie – warknął Popielski, bo wiedział, że nie tak łatwo odpędzić zdesperowanego handlarza na Krakidałach.
To warknięcie, to obcesowe, pewne siebie warknięcie rozdrażniło jeszcze bardziej Kasprzaka. Co? Temu łysemu kutasowi wydaje się, że wszystkim może narzucać swoją wolę? Temu degeneratowi, o którym całe miasto mówi, że współżyje z własną bliską kuzynką?