Страница 28 из 63
Leokadia z irytacją rozrzuciła karty, które znów odmówiły ułożenia galernika, i podzieliła je na cztery odkryte kupki, a potem stara
– Zobacz, Edwardzie – powiedziała, rozłożywszy karty. – Takie było wczoraj rozdanie. Asesor zalicytował jeden pik. Asesorowa spasowała. Co byś powiedział na moim miejscu? Oto moje karty – wskazała jedną kupkę szczupłą, wypielęgnowaną dłonią. – Uzgodniłbyś piki czy pokazał trefle? Jedno i drugie wątpliwe… Zaraz ci opowiem, co się stało, tylko najpierw spójrz uważnie na karty.
Leokadia nic jednak nie zdążyła opowiedzieć, a Popielski przeanalizować kart, bo zadzwonił dzwonek u drzwi. Po dziesięciu mniej więcej sekundach do salonu weszła Ha
Panie kumisarzu – powiedziała służąca wielce strapiona – jakiś aligancki spuchlak do pana.
– Ileż to razy Ha
– Ludzi ratujci! – Ha
Lwów, piątek 29 stycznia 1937 roku,
kwadrans na drugą po południu
Mock nie zrobił najlepszego wrażenia na Leokadii, co Popielski od razu zauważył. Uznał, że jego kuzynka -maniaczka bridża – jest zła, ponieważ nie mogła mu dokończyć opowieści o wczorajszych licytacyjno-rozgryw-kowych perypetiach. Niemiecki policjant nie zyskał też wiele w jej oczach, kiedy zrobił wielce zdziwioną minę, gdy Popielski mu oznajmił, że przed Leokadią nie ma żadnych tajemnic i mogą śmiało rozmawiać przy niej o sprawach służbowych. Na widok grymasu niedowierzania u Mocka kuzynka demonstracyjnie zebrała karty ze stołu i wyszła pod jakimś pretekstem. Popielski nie przejmował się jej fumami, milczał, a jego myśli znów krążyły – jakby Mock w ogóle nie istniał – wokół gazety i listu leżących na stole. Niemiec również milczał, uważnie przypatrywał się Popielskiemu i nie mógł się skupić na tym, co miał mu zakomunikować. Powodem dekoncentracji Mocka były śledzie, które uwielbiał i które mu przypominały, że od śniadania nie miał nic w ustach. Ha
– Czemu zawdzięczam pańską wizytę w moich progach? – Brzęk filiżanki, stawianej na spodeczku, wyrwał Popielskiego z zamyślenia. – Coś nowego pojawiło się na naradzie u naczelnika Zubika?
– Jest taki stary zwyczaj uniwersytecki – Mock ujął szczypczykami kostkę cukru i wrzucił ją do kawy – pochodzący z czasów, kiedy studia nie były tak masowe jak dzisiaj. Student pojawiający się na nowej uczelni odwiedza w domu swoich profesorów. Dlatego jestem tu u pana.
– Och, bardzo pan łaskaw dziś dla mnie. – Popielski podsunął gościowi paterę z ciastem. – Ale to porównanie jest grubo przesadzone. Nie będę robił zalotów i nie będę panu schlebiał, że to pan jest profesorem, a ja studentem. Nie, to byłaby nieprawda. My jesteśmy sobie równi. O, widzi pan? W gazetach piszą „Spółka Popielski, Mock i Zaremba”.
– Ładnie brzmi. – Mock łakomie włożył do ust kawałek makowca. – Popielski, Mock i Zaremba…
– Nawet zastanawiałem się przez chwilę, jakie to może być metrum. – Komisarz postukał rytmicznie paznokciem w blat stołu.
– To dymetr jambiczny z kataleksą, a ostatni jamb jest anapestem – powiedział Mock, przełknąwszy kęs ciasta.
– Interesuje się pan metryką? – Na twarzy Popielskiego odbiło się zdumienie pomieszane z radością. – Ja też się tym kiedyś bardzo interesowałem, zwłaszcza niezgodnościami akcentuacyjnymi w początkach wierszy dialogowych u Plauta. Zdaje się, że jakiś wasz uczony z Breslau pisał na ten temat.
– Być może, nie wiem… – Mock zamyślił się przez chwilę. – Na studiach rozebrałem metrycznie całą Casinę i Aulularię Plauta. – Wyjął złotą papierośnicę i podsunął ją swojemu rozmówcy.
– Łącznie z partiami chóralnymi? Naprawdę? – Popielski oglądał przez chwilę niemieckiego papierosa „Juno”, po czym znów spojrzał z radością na Mocka. – Zwłaszcza te rozbiory są fascynujące! To jak opisywanie nowych roślin i owadów!
Przez chwilę obaj milczeli, uśmiechali się do siebie, a ich myśli krążyły wokół dawnych lat gimnazjalnych i studenckich, kiedy obaj kroili ostrymi ołówkami wiersze starożytnych poetów i wycinali z nich całostki czyste i krystaliczne jak równania trygonometryczne.
– Ten dymetr z naszymi nazwiskami – Mock przerwał milczenie – ładnie brzmi, ale jest nieprawdziwy. My przecież tworzymy o wiele większą grupę pod wodzą naczelnika Zubika. Jest nas razem sześciu: pan, Zaremba, Grabski, Cygan, Kacnelson i ja. Dobrze pamiętam nazwiska? To trochę za dużo. Taka duża załoga jest nieco bezwładna, działa niesprawnie… – Zaciągnął się papierosem i spojrzał uważnie na swojego rozmówcę. -
Coś panu powiem… W zaufaniu… Coś mi przyszło na myśl na dzisiejszej naradzie… My dwaj, wie pan, tylko my dwaj, musimy w tej grupie stworzyć dwuosobową brygadę do specjalnych poruczeń. Brygadę uprzywilejowaną, o wyjątkowych uprawnieniach. Tylko pan i ja.
Bez konieczności składania raportów i ciągłych narad.
To przecież strata czasu! Jeśli ktoś z pozostałych dowie się czegoś istotnego, to nam na pewno powie. Co pan o tym sądzi?
Zanim jednak zdumiony Popielski zdążył pomyśleć i wyrazić swoje zdanie, Niemiec zaczął relacjonować w porządku chronologicznym pora
– Dość, panie Mock! – przerwał mu gwałtownie. -Czyżby pan, tak szeroko opisując mi owo hiperskuteczne imadło i krytykując moich współpracowników, proponował mi po cichu stosowanie metod przestępczych?! A nade wszystko niehonorowych! I to w dodatku w tajemnicy przed moim zwierzchnikiem! To niby miałyby być te nasze specjalne uprawnienia?
– Nie sądziłem, że jest pan takim służbistą. – Mock położył na blacie stołu splecione dłonie, a jego spinki przy mankietach brzęknęły cicho. – Czyżby w Polsce policjanci byli szlachetnymi rycerzami, którzy walczą zawsze z otwartą przyłbicą?
– Ma pan dzieci?
– Niestety, nie. – Mock poprawi! się nerwowo na krześle, jakby był zły na siebie za zbytnią szczerość widoczną w słowie „niestety”. – Nie rozumiem pańskiego pytania.
– A ja mam. – Popielski obie dłonie oparł na wysokim czole i zza nich patrzył na Mocka poirytowanym wzrokiem. – Siedemnastoletnią córkę. Ukochaną Ritę, którą wychowałem sam. Bez matki. I wychowałem ją bardzo źle. A teraz muszę ją chronić przed Minotaurem i przed wieloma i
Popielski zaciągnął się papierosem tak mocno, jakby chciał go połknąć, i rzucił go z wściekłością na podłogę. Opamiętał się jednak, nie zdeptał niedopałka na wypastowanym parkiecie, lecz chwycił list ze stołu, zebrał nań czerwone kruszyny żaru i wsypał je do popielnicy.
– Niech pan posłucha, Mock. – Popielski usiadł, otarł pot z czoła i spojrzał w oczy swojego rozmówcy. – Wybrałem to drugie. Będę chronić moją córkę. Nie będę ścigać bestii. A teraz przepraszam, ale muszę się ubrać. Idę wkrótce do pracy.