Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 17 из 63

– Dobry wieczór pa

– Dobry wieczór. – Jadzia dygnęła i spuściła oczy. Głos Popielskiego dotarł aż do jej brzucha.

– Czy mógłbym porozmawiać z pa

– Naturalnie, panie komisarzu – odpowiedziała i spojrzała we wskazane miejsce. – Ale tam już siedzi jakiś pan…

– Ten pan to mój kolega z pracy. – Popielski ujął ją lekko za szczupły łokieć. – Będzie przy naszej rozmowie. Obiecuję pa

Kiwnęła głową i podeszła do stolika, na którym leżały czyste biblioteczne rewersy. Kolega z pracy wstał, uchylił kapelusza i podsunął jej krzesło. Przyjęła ten gest z wdzięcznością. Nogi trzęsły się jej ze strachu. Komisarz Popielski usiadł na i

– Wiem wszystko – poczuła od niego woń tytoniu i korze

Przerwał, kiedy do stolika podeszła studentka i wzięła rewers do wypełnienia. Jadzia Wajchendlerówna miała łzy w oczach.

Twój ojciec nic o tym nie wie – ciągnął Popielski. – I niczego się nie dowie, jeśli – przysunął jej wizytówkę – jeśli będziesz mnie informowała o waszych planach i poczynaniach.

Ucze

– Edek, jak tak mogłeś? Przecież ta gimnazistka jest nieprzytomna ze strachu! – powiedział zatroskany Zaremba. – Wiesz ty, co przed chwilą zrobiłeś? Uczyniłeś z tego dziewczęcia szpicla, rozumiesz? I odebrałeś swojej córce przyjaciółkę! To właśnie zrobiłeś!

Popielski chwycił Zarembę za ramiona i przyciągnął do siebie.

– Nie rozumiesz, Wilek – jego łamiący się głos nie wzbudziłby teraz przerażenia u pa

Zostawił Zarembę i odszedł kilka kroków. Wziął potężny zamach i uderzył się pięścią w udo. Cała ulica Ossolińskich usłyszała coś, co Zaremba, kolega gimnazjalny Popielskiego, słyszał z jego ust tylko kilka razy w życiu:

– Kurwa jego mać!!!

Wyrzuciwszy to z siebie, Popielski wbiegł z powrotem do Ossolineum. Zbliżył się do pustego stolika, przy którym przed chwilą siedziała Jadzia Wajchendlerówna. Wciąż leżała tam jego wizytówka. Popielski przedarł ją, napluł na nią i wyrzucił do kosza z pustymi rewersami.

Zanim wsiadł do chevroleta, za którego kierownicą siedział Zaremba, zdjął melonik i podszedł do niskiego murku, otaczającego zakład naukowy. Zgarnął rękawicą garść śniegu i przyłożył go sobie do głowy i do karku. Potem oparł głowę o żelazne pręty, zakończone szpicami. Kiedy wsiadł do auta, Zaremba spojrzał na niego i zapuścił motor.

Obaj mężczyźni milczeli. Pojechali ulicą Kopernika obok seminarium greckokatolickiego i skręcili w Leona Sapiehy, obok dobrze im znanego gmachu policji na Łąckiego. Z lewej strony minęli przepiękną narożną kamienicę z wielkimi, półokrągłymi tarasami, w której mieściła się sły

Chevrolet zatrzymał się pod Dworcem Głównym. Popielski uścisnął dłoń Zaremby obiema rękami, wyszedł na śnieg i wiatr, i zniknął w monumentalnym wejściu. Skierował się prosto do kasy i kupił bilet na sobotni pociąg do Krakowa oraz bilet powrotny na niedzielę. Zaremba patrzył na przyjaciela zza szyby. Popielski nie mówił mu, dokąd ma go podwieźć. Nie musiał. Obydwaj wiedzieli, jakiego remedium potrzebuje komisarz w chwilach wielkiego wzburzenia.

Pociąg relacji Kraków-Lwów,

niedziela 24 stycznia 1937 roku,

godzina druga po południu

To remedium poznał także ktoś i

Mock już po kilku chwilach odniósł wrażenie, że znalazł się w i