Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 11 из 63

Fajduli, fajduli, faj,

Tak się bije pulicaja,

Fajduli, fajduli, faj.

Popielski bił przez chwilę brawo akordeoniście. Choć czynił to przesadnie głośno, ten nie okazał najmniejszej wdzięczności. Policjant powiesił paltot na oparciu wolnego krzesła, które stało przy ich stoliku, poprawił czarną marynarkę i takąż muszkę, po czym usiadł, nie zdejmując melonika. Ręce oparł na stole podobnie jak oni i nagle rozprostował je na boki, skutkiem czego strącił ze stołu łokcie dwóch mężczyzn. Ci odsunęli się od stołu, przygotowani na atak. Trzeci z nich, siedzący naprzeciw Popielskiego, kiwał uspokajająco dłonią.

– Nie znacie zasad dobrego wychowania, chłopaki? -zapytał Popielski i ze zgrozą zauważył, że poplamił sobie rękaw garnituru jakimś płynem, który był rozlany na stole. – Nie wolno się tak rozpychać! – Odetchnął z ulgą, widząc, że przed mężczyznami stoi resztka wódki, która nie plami „munduru i honoru”, jak mawiał jego nieżyjący wuj, austriacki oficer.

– Spokojni, wariaty – powiedział siedzący naprzeciw komisarza. – Un tylko struga funia! Taki bardzij funiasty paniaga!

– Panie starszy! – Popielski już był w lepszym humorze i strzelił głośno z palców. – Panie starszy! Kotlet wieprzowy, ogórki i ćwiartkę! Ale nie napluj pod kotlet – roześmiał się, uderzając dłonią o stół – bo będę jadł z tymi obywatelami!

– My ni głodni – odpowiedział siedzący z prawej strony Popielskiego.

– Ciszej, kurwa – syknął do niego Popielski i chwycił go mocno za ramię. – Przecież ci nie dam żryć, ale on -wskazał oczami na kelnera, który wychodził zza szynk-wasu – nie musi o tym wiedzieć i wtedy mi nie napluje! Dziąsło – zwrócił się do tego z naprzeciwka. – Uspokój swoich kumpli, żeby mi się tu nie wtrącali!

Wypomadowany kelner, ubrany w poplamiony smoking i koszulę bez kołnierzyka, podszedł do stolika i uderzył w niego kilkakrotnie szmatą, którą miał zawsze przewieszoną na przedramieniu. Postawił przed Popielskim małą butelkę z nalepką „Czysta monopolowa”, kieliszek i talerz z bułką, zimnym sznyclem i czterema ogórkami kiszonymi. A potem posunął po blacie stołu stojakiem z serwetkami.

– Płacić z góry – mruknął ponuro kelner.

– Panie starszy! – zawołał Popielski, wręczając mu melonik i monetę jednozłotową. – A kieliszki dla moich przyjaciół?

Kelner podziękował za spory napiwek i odszedł za szynkwas, jakby nie słyszał pytania. Powiesił melonik Popielskiego na haku za ladą i zabrał się za wycieranie blatu. Mężczyzna nazwany przez Popielskiego „Dziąsło” odezwał się, a w ciszy jego głos zabrzmiał potężnie.

– Bez obrazy, panie kumisarzu, ale my z pulicajim ni trzymamy sztamy. My ni chatraki. Nie będziemy jeść razym. Ani ja, ani Walerku, ani Alfonyk. My nie szpiki. Cóś pan chciał ode mni. No to słucham. A Walerku i Alfonyk bendu nas słuchać.

Popielski znał instytucję świadka przy nieformalnych rozmowach policji z podziemiem przestępczym. Takie rozmowy zawsze miały miejsce w zatłoczonej knajpie, a świadkami byli najbardziej tępi i pryncypialni bandyci, którzy nigdy nie kłamali swoim i którzy reagowali gwałtownie, gdy ktoś oskarżał ich o oszustwo. Oni byli gwarancją, iż rozmówca z półświatka nie jest konfidentem policji, i wszyscy im wierzyli.

– No dobrze. – Komisarz rozejrzał się po otaczających go napuchniętych i krościastych twarzach. – Ale świadkami mają być tylko ci dwaj obywatele. – I nagle wstał, obejrzał się i wrzasnął: – A nie cała knajpa! No co?! Mordy w talerze!

Nieprzychylny pomruk i syczenie przetoczyły się przez zadymione wnętrze. Popielski usiadł i wyjął z kieszonki w kamizelce srebrny zegarek. Otworzył kopertę i sprawdził godzinę. Jego organizm dawał, jak zawsze koło siódmej wieczór, niezawodny sygnał, że nadeszła pora obiadu. Nabił kotlet na widelec i najpierw go dobrze obejrzał, a potem odgryzł spory kęs. Knajpiane jedzenie miało jeden jedyny służebny cel – wysubtelnić smak wódki. Kucharz i barman zarazem, który w „Morskiej Grocie” ustawiał nad barem jajka w majonezie, zimną kiełbasę z równie zimną kapustą, śledzie, smażoną wieprzowinę i ogórki kiszone, nie dbał o modną nowoczesną dietetykę. Nie, on chciał jedynie uprzyjemnić przełknięcie alkoholu, choć wielu z gości tego nie rozumiało i piło bez żadnej zagryzki. Te wystawione na ladzie pod szklanymi pokrywami i zawsze nieświeże frykasy kojarzyły się Popielskiemu z dziewczynami stojącymi na Mostkach. Prostytutki tamtejsze też rzadko były zamawiane i nie były już pierwszej świeżości.

Nalał sobie stopkę wódki i przełknął ją, zagryzając ogórkiem. Po chwili w jego zębach zachrzęściła cienka panierka kotleta. Uwielbiał jedzenie w podłych knajpach, choć czasami groziło ono rozstrojem żołądka. Długo nie przełykał kęsów, by czuć smak mięsa. Wypił kolejny kieliszek i rozejrzał się po sali. Panował hałas, choć bardziej przytłumiony niż ten, który ucichł wraz z nadejściem komisarza. Złodzieje i bandyci nie mogą teraz poruszać swych codzie

Otarł usta serwetką. Wyjął papierośnicę i zapalił „Egipskiego”. Nie częstował swoich towarzyszy przy stoliku. Wiedział, jak by zareagowali.

– No to powiem ci, Dziąsło, z czym do ciebie przychodzę. Gadaj, co wiesz o napadzie na tę starą Żydówkę na Gęsiej. – Spojrzał przenikliwie na mężczyznę siedzącego vis-a-vis. – To nie była normalna robota kieszonkowca. Ktoś ją obrabował i pobił.

– Nic o tym nie wiem. Ale wiem co inszegu…

– Niby co?

– To będzi dla pana kumisarza smutny. – Dziąsło zapalił swoją machorkę. – Chodzi o córuniu pana kumisarza. Una wpadła w zatylipany tuwarzystwu.

U Edwarda Popielskiego, kiedy słyszał, iż ktoś ma zamiar powiedzieć coś niedobrego o siedemnastoletniej Ricie, uruchamiał się osobliwy mechanizm obro

Kiedy Popielskiego nachodziło to wspomnienie, był gotów wybaczyć córce wszystko, nawet to, że będzie miała pięć dwój na semestr, a w dodatku jedną z nich z łaciny, otrzymaną na własne życzenie od nauczyciela o gołębim sercu, dobrego znajomego jej ojca. Ta dawna chwila, jedna z najpiękniejszych w jego życiu, pozwalała mu przyjąć postawę obro