Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 40 из 48

– Do tego stopnia, że chciał pan mnie zabić w więzieniu rękami łotra i zboczeńca, tak? Chciał pan wniknąć w ich szeregi, zabijając pijaka i degenerata, za jakiego mnie pan uważa, drogi abstynencie! Do tego stopnia pan ich znienawidził?

– Pozwoli mi pan mówić czy będzie mi pan przerywał wybuchami histerii? – Mühlhaus spojrzał z irytacją na Mocka. – Zaimponował mi pan teraz swoją przenikliwością. Idzie pan w dobrym kierunku, a ponadto widzę, że moja opowieść pana zainteresowała…

– Skąd pan o tym wie? – Mock nie mógł ukryć zdziwienia w głosie.

– Bo przestał mi pan mówić na „ty”. No co? Proszę się przyznać. Zainteresowałem pana czy nie? Jeśli tak, to może spokojnie będę mógł usiąść obok pana, tam wyżej, na płaskiej powierzchni, i dokładnie wszystko opowiedzieć?

Mühlhaus obejmował komin w ten sposób, że jedna dłoń ściskała przegub drugiej. Podciągnął wyżej nogi i ścisnął kolanami komin. Wtedy na kilka sekund oderwał jedną dłoń od drugiej. Na przegubie odznaczała się czerwona pręga.

– Widzicie, chłopaki – Mock zwrócił się do kompanów – ten dziadyga jest jeszcze bardzo sprawny. I co najgorzej, niepodatny na moje imadło. Wcale nie ma lęku wysokości, jak przypuszczałem. Na krawędzi dachu wykonuje jakieś akrobacje… Mówi bez żadnego lęku, całymi, ładnie zbudowanymi zdaniami… Jest pewien, że może mi stawiać warunki… Co mam z nim zrobić, chłopaki?

Wirth i Zupitza nawet nie patrzyli na Mocka. Znali doskonale sytuacje, kiedy podczas przesłuchań zwraca się on do nich z takimi pytaniami. Były one retoryczne, ponieważ i tak wiedział, „co ma robić” z przesłuchiwanym. A oni doskonale znali ciąg dalszy, który ich patron nazywał „przełamaniem frontu pod Ta

– Nie stawiaj mi warunków, skurwysynu – powiedział Mock bardzo powoli – i kontynuuj. Nie musisz mówić okrągłymi zdaniami.

– Herma

Mock schylił się i chwycił Mühlhausa za przegub. Oderwał go od komina. Ujrzał przerażone oczy szefa policji kryminalnej. Nagle zamiast przerażenia pojawiła się w nich ulga. Mock zobaczył wyraźnie tę ulgę w oczach Mühlhausa i usłyszał ją w jego gwałtownym wydechu, kiedy wciągał jego szczupłe ciało na pokrytą papą równą powierzchnię nad dachówkami. Mühlhaus leżał bezwładnie. Mock usiadł obok niego i zapalił papierosa. Wypuszczając dym, zapytał:

– Wziąłeś moje odciski palców, kiedy byłem pijany, a potem wyrzuciłeś mnie w lesie za Deutsch Lissa, tak?

– Tak – odpowiedział Mühlhaus, ciężko sapiąc – zabrałem ci pasek i tym paskiem Utermöhl udusił te dwa potwory, te dwie harpie…

– Już wtedy wiedziałeś, że dzięki tym odciskom wsadzisz mnie do więzienia? Co to miało wspólnego z polowaniem na mizantropów?

– Kiedy zabierałem twój pasek i zdejmowałem odciski palców, nie wiedziałem jeszcze, kiedy i jak je wykorzystam. Wiedziałem tylko, że mam cię w garści. Że mogę cię szantażować i kazać ci robić różne rzeczy w nagonce na mizantropów… Mogę ci na przykład kazać kogoś zabić… Jakiegoś degenerata… Na przykład pederastę Norberta Rissego…

– Tego, który zdeprawował twojego syna?

– Proszę cię, Mock… Jeśli chcesz mówić o Jakobie, to lepiej od razu zepchnij mnie z tego dachu…

Przed kilku laty późną listopadową nocą Mock widział ten sam potworny ból w oczach szefa policji kryminalnej. Niejaki Norbert Risse, właściciel pływającego po Odrze luksusowego domu publicznego, zaczął niewłaściwie traktować policjantów z decernatu IV Wcześniej był usłużny, bez szemrania wpuszczał Mocka, Smolorza czy Domagallę na pokład, przekazywał natychmiast informacje o zatrudnianych przez siebie nowych dziewczynach i młodzieńcach, aż tu nagle śmiertelnie obraził się na Domagallę, który – tyleż głupio, co niefortu

– Dobra, mów dalej – powiedział.

– Po zdjęciu odcisków palców byłeś mój… Ale wciąż nie wiedziałem, jak cię wykorzystać. Kiedy misja Utermöhla zakończyła się niepowodzeniem, a on sam zniknął, brałem pod uwagę różne rozwiązania. I nagle przypomniałem sobie skargę Oschewalli na ciebie, która wcześniej trafiła przez pomyłkę na moje biurko. Kiedy czytałem wtedy ten dokument, prawie czułem twoją wściekłość, którą wyładowałeś na więzie

– Tak, zabiłbym ich. Jednego i drugiego. Bez wahania – odpowiedział machinalnie Mock ku zdziwieniu Wirtha, który zwykle w takiej sytuacji słyszał z jego ust: „Kto tu zadaje pytania!”

– Wpadłem na znakomity pomysł. – Mühlhaus ciężko oddychał i nie patrzył w stronę krawędzi dachu. – Postanowiłem sam infiltrować mizantropów. Sam wniknąć w ich szeregi. Do tego ty byłeś mi potrzebny. A tak wyglądał mój plan. Wsadzę cię do więzienia, do celi Dziallasa i Schmidtkego… A teraz obiecaj mi, że zapanujesz nad nerwami i mnie nie zabijesz, nie zrzucisz z tego przeklętego dachu… Obiecaj, jeśli chcesz wszystko poznać!

– Obiecuję – mruknął Mock.

– Wiedziałem, że jako były policjant będziesz narażony na gniew współwięźniów – radca kryminalny mówił cicho i odsunął się od Mocka na tyle, na ile pozwolił mu Zupitza, który postawił przed nim nogę, wyraźnie zaznaczając, że tu jest granica swobody ruchu. – Wiedziałem, że będą chcieli zrobić z ciebie niewolnika tak jak z Priessla. I tutaj były dwie możliwości. Pierwsza. Mock zostaje zhańbiony… Obiecaj, że nic mi nie zrobisz!