Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 30 из 48

Mühlhaus patrzył na Mocka i teraz już widział, co się dzieje w jego umyśle. Nadwachmistrz nagle stał się mokry. Jego gładko uczesane włosy zaczęły się skręcać od wilgoci, zza bandaża wypłynęła strużka potu, a czoło zaszkliło się grubymi kroplami. Zdjął marynarkę i kamizelkę i rzucił je na oparcie krzesła. Podwinął rękawy pozbawione spinek i gwałtownie rozpiął sztywny kołnierzyk. Jego rogi wystrzeliły w górę i sięgały aż do brody. Mühlhaus już wiedział, że słowa były jak celne pociski.

– Powiedz coś, Mock – poprosił Mühlhaus – daj mi przekonujący powód, abym nie musiał cię odsyłać w kajdankach do więzienia śledczego. Powiedz coś, co pozwoli mi uznać dzisiejszy dzień za koszmarny sen! No, słucham, Mock.

– Latem… – Mock wciąż nie panował nad swoim potem. – Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było… Tak, tak, już wiem… To było tego dnia, kiedy znaleziono te dwie dziewczyny… Klarę Menzel i Emmę Hader. Dzień wcześniej za dużo wypiłem… Upiłem się do nieprzytomności. Obudziłem się za Deutsch Lissa, na leśnej polanie. Ktoś mnie rozebrał do naga i zostawił mi jedynie jakąś starą kapotę. Moje palce były umazane różową farbą. To tak, jakby ktoś chciał mnie w coś wrobić…

– Kiedy do mnie przyszedłeś na miejsce zbrodni, jako ekspert od identyfikacji prostytutek – Mühlhaus wypuścił ze skołtunionej brody długą smugę dymu – nie miałeś różowych palców…

– Umyłem je rozpuszczalnikiem.

– Kiedy?

– Kilka godzin wcześniej.

– Kiedy byłeś w burdelu, tak? – Mühlhaus zastukał długimi paznokciami po zielonym blacie biurka. – U madame Zimpel. Tam cię znalazł mój człowiek, kiedy chędożyłeś jak buhaj… Ten adres podał mu Ilssheimer. Lubisz chędożyć dziwki, co Mock? Jeśli nie miały forsy dla ciebie, odbierałeś w naturze, co?

– Lubię kobiety. – Mock już się nie pocił, lecz cały dygotał. – Uwielbiam kobiety, niezależnie od ich zawodu…

– I lubisz czerpać zyski z nierządu. – Mühlhaus odłożył na bok wygasłą fajkę. – Niedawno zamknąłeś wszystkich alfonsów u nas na dole. I w upale torturowałeś ich w zamkniętej celi. Rzygali jak koty. Nie pytaj, skąd to wiem. Ja wiem wszystko, Mock. Jeden z alfonsów zeznał, że chciałeś ich zastraszyć, bo nie dzielili się z tobą zyskami… Nie pytać, skąd to wiem! Milczeć, Mock, bo każę zakuć! – wrzasnął Mühlhaus, widząc, iż przesłuchiwany wstaje gwałtownie z krzesła. – Siadaj! Milczeć i słuchać! Mały Maksio Niegsch nie chciał się z tobą dzielić kasą. Chciałeś go nastraszyć i oszpecić jego dziewczynki, zużyte dziwki Menzel i Hader. Chciałeś wyrwać im zęby. Ale wszystko wymknęło ci się spod kontroli. Byłeś zdenerwowany, na ciężkim kacu… Był upalny dzień, a wszyscy wiedzą, że nie lubisz upałów… Nie wytrzymałeś… Jedna zaczęła ci się stawiać. Udusiłeś wrzeszczącą, hardą kurwę! A druga to widziała… No to udusiłeś drugą. Tak było, Mock? Właśnie tak było?

– A kiedy im niby wyrwałem zęby? Po śmierci? I niby po co, kiedy już je zabiłem? Na pamiątkę? – Mockowi dygotała już tylko jedna noga, która – oparta czubkiem buta o podłogę – podskakiwała teraz w szybkim tempie.

– Ty mnie o to nie pytaj, człowieku! – zasyczał Mühlhaus, rozciągając po śląsku ostatnie słowo. – Ty mi to powiedz!

– Ktoś mnie wrobił, rozumie pan? Ktoś latem, wtedy w czerwcu, mnie schlał, pobrał odciski palców i zabrał mi pasek! Chciał mieć moje odciski jak najbardziej rzeczywiste, widoczne bez tej całej techniki daktyloskopijnej, dlatego umazał mi rękę farbą… Przecież nie musiał tego robić. Odciski już i tak miał… Na pasku… Potem zamordował obie dziewczyny i zostawił na narzędziu zbrodni moje odciski. Wczoraj też ktoś mnie napadł po wyjściu z jakiejś knajpy…

– Z jakiej knajpy?

– Knajpa bez szyldu na Antonienstrasse. Kiedy wyszedłem odlać się na podwórko, ktoś mnie ogłuszył i podrzucił do komisariatu, gdzie urzęduje wyjątkowo akuratny służbista, naczelnik rewiru Schulz. Ten ktoś ukradł mi dokumenty, wiedząc, że w ten sposób skłoni Schulza do daktyloskopijnych działań identyfikacyjnych, jak to się fachowo nazywa. Kto mógł wiedzieć tyle o identyfikacji i o bardzo obowiązkowym naczelniku rewiru XII? To musi być jakiś bandyta, który kiedyś miał do czynienia z Schulzem i ze mną. Pewnie siedział na tym posterunku w areszcie. Teraz mści się na mnie za coś, nie rozumie pan? To wszystko trzeba sprawdzić. Ja to sprawdzę. To w końcu sprawa pro domo mea!

– Najpierw mi powiedz, czy ktoś widział te twoje palce pokryte różową farbą. Czy ktoś może potwierdzić twoją opowieść o nich? Jak się dostałeś z Deutsch Lissa? Przecież byłeś nagi i pijany!

– Zamknął mnie na miejscowym posterunku tamtejszy wachmistrz policyjny. Nie wiem, jak się nazywa. Powiedziałem mu, że jestem z Prezydium Policji. Przyjechał po mnie Smolorz i odwiózł do domu.

– Czy ten policjant z Deutsch Lissa albo Kurt Smolorz może potwierdzić różową farbę na twoich palcach?

Mock znów zaczął się mocniej pocić, a jego kolano podskakiwać. Schował twarz w dłoniach. Pod pachami rozlewały się mokre plamy.

– Nikt nie może tego potwierdzić – odpowiedział – chowałem rękę, wstydziłem się tej różowej farby.

– Dlaczego?

– Jeszcze by Smolorz pomyślał, że jestem odmieńcem, co maluje paznokcie… Że schlałem się gdzieś w towarzystwie odmieńców poprzebieranych za kobiety…

Mühlhaus wstał z krzesła i okrążył biurko. Podszedł do dużej szafy, w której stały czarno-białe segregatory. Na ich grzbietach widniały stara

– Posłuchaj, Mock – powiedział cicho – uczestniczyłem w rozwiązaniu większości zawartych tu spraw. W wielu z nich były sprzeczne, wykluczające się wersje wydarzeń. Tak samo jest w twojej sprawie, na którą czeka już miejsce tutaj. – Stuknął fajką w grzbiet jednego z segregatorów. – O, tutaj! Tu będzie sprawa Eberharda Mocka. A zatem posłuchaj. Mam dwie wersje wydarzeń. Moja jest następująca. Zabiłeś je, Mock. Przypadkiem, niechcący, w ataku wściekłości, pod wpływem kaca, upału… Nieważne, czy wyrwałeś im zęby wcześniej, czy też później… Zabiłeś je, bo chciałeś postraszyć małego Maksia, który nie dzielił się z tobą swoimi zarobkami. Potem Maksio zniknął. Podejrzewam, że ty pomogłeś mu w zniknięciu. Może dlatego, że wiedział o twoim spotkaniu z dziewczynami. Potem pod pretekstem identyfikacji dwóch denatek zgromadziłeś u nas na dole wszystkich alfonsów z Breslau. A tak naprawdę zastraszyłeś ich. Tak zeznał jeden z nich. Nieważne, który. Być może zobaczysz go na swoim procesie. To moja wersja, Mock.

Mühlhaus szarpnął węzłem krawata i sięgnął po obsadkę. Spojrzał pod światło na stalówkę, wyciągnął czystą kartkę papieru i przyłożył do niej pióro.

– Moją wersję zapiszę na tej kartce, a twoją na i

Drzwi otworzyły się i stanął w nich strażnik więzie

– Masz cztery dni – powiedział – cztery dni w pojedynczej celi, gdzie nie będziesz narażony, jako gliniarz, na wściekłość i nienawiść złych urków. Po czterech dniach przyjdę do ciebie i usłyszę coś, co mnie przekona, że to nie ty zabiłeś. Mock, do stu piorunów! – Pochylił się nad przesłuchiwanym i owiał go tytoniowym oddechem. – Ja bardzo, ale to bardzo chcę to usłyszeć. Zabrać go! – krzyknął do strażnika.

Oschewalla zakuł Mocka w kajdanki i ujął delikatnie pod łokieć. Na plecy narzucił mu kamizelkę i marynarkę. Obaj policjanci nie patrzyli na siebie, kiedy jeden z nich opuszczał gabinet. Mock szedł, lekko popychany przez Oschewallę, i wbijał wzrok w posadzkę. Gdyby rozejrzał się wokół siebie, zobaczyłby smutek lub pogardę w nieruchomych spojrzeniach kolegów. Gdyby podniósł głowę, ujrzałby małomównego Kurta Smolorza, wstrząśniętego praktykanta Isidora Blümmela, który stał bezradnie z wyciągniętą na pożegnanie ręką, czerwonego ze zdenerwowania Herberta Domagallę, który trzymał w ręku kilka paczek ulubionych przez Mocka mocnych papierosów „Ihra”. Nikogo z nich nie widział. Przy wyjściu stał Achim Buhrack. Kiedy Mock go mijał, Buhrack zdjął czapkę.