Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 13 из 48

Więzie

– Co słychać, Hans? – rzekł Mock, podając mu rękę.

– Wszystko w porządku – odparł Priessl – dziękuję, że pan przyszedł, panie nadwachmistrzu. To bardzo dla mnie ważne.

– Możecie odejść i zostawić nas samych? – zapytał Mock strażnika, który stał pod oknem przesłoniętym podwójną drucianą siatką i popatrywał na niego mało przyjaźnie.

Był to ten sam funkcjonariusz, z którym przed chwilą miał scysję. Nie był najwyraźniej zachwycony ani zachowaniem policjanta, ani tym, że musiał się wraz z nim fatygować do pokoju widzeń zamiast rewidować odwiedzających, a najwięcej uwagi poświęcał zwykle przedstawicielkom płci pięknej. Te obowiązki skwapliwie przejął jego kolega, on sam zaś musiał zrezygnować z obmacywania kobitek i stać teraz jak kołek w pokoju widzeń i znosić smród bijący od aresztanta. Do tego zobowiązywały go przepisy. Każdy prawnik czy policjant miał prawo widzieć się z aresztowanym nie w ogólnej sali widzeń, lecz w osobnym pokoju, do którego musiał być doprowadzony przez strażnika.

– Dobra, dobra – odpowiedział strażnik nieco pogardliwie – będę na korytarzu. Jak się skończy widzenie, przyjdę.

Strażnik wyszedł, a Mock zastanawiał się przez chwilę nad jego słowami. Najwyraźniej funkcjonariusz więzie

– Co jest? – uśmiechnął się do Priessla. – Wiozą wam obiad? Musisz jeść więcej, Hans, jeśli nie chcesz się wykończyć. Nie zapominaj, że kiedyś wyjdziesz na wolność, do żony i dziecka. Nie możesz wyglądać jak kościotrup… Mam zresztą coś dla ciebie do jedzenia…

– Ja już tam nie wrócę – powiedział Priessl, wbijając wzrok w blat stołu, na którym opierał skute kajdankami dłonie.

– Wrócisz, wrócisz. – Mock wetknął papierosa w usta Priessla, potarł zapałkę o ścianę i podał aresztantowi ogień. – Ale wtedy masz słuchać moich rad, rozumiesz? Jeśli będziesz grzeczny, już nigdy nie znajdziesz się w pudle.

– Ja zostanę w pudle – wyszeptał Priessl, zaciągnąwszy się gwałtownie papierosem. – Na zawsze, panie nadwachmistrzu. Dlatego tak bardzo chciałem, żeby pan mnie odwiedził.

– To dlatego tak błagałeś o spotkanie? – zapytał Mock szorstko, wyjął z papierośnicy wszystkie papierosy i przesunął je po stole w stronę swego rozmówcy. – Żeby się ze mną pożegnać przed śmiercią, tak? Wybij sobie z głowy te głupie myśli! Odbębnisz karę, a potem wrócisz do swoich! Masz dla kogo żyć! Powtarzam, wybij sobie to z głowy…

– Bez obrazy, panie nadwachmistrzu – przerwał mu Priessl. – Nie dlatego pana prosiłem o przyjście, żeby się z panem pożegnać, chociaż wiele panu zawdzięczam… Chciałem, aby pan zaopiekował się Luise, moją żoną… Boję się, że po mojej śmierci wejdzie… że wróci na złą drogę… A co wtedy będzie z moim małym Klausem? A pan ma doświadczenie w pracy z takimi dziewczynami… Niech pan jej nie pozwoli zejść na złą drogę!

– Przeceniasz moje możliwości, Hans. – Mock też zapalił i wypuścił dym wysoko, pod sufit. – Nie boisz się, że dajesz ją pod opiekę policjantowi od dziwek? Przecież to prawie jak alfons! Spotykałem je na złej drodze, a one nie chciały z niej schodzić… To ty sprowadziłeś na dobrą drogę swoją Luise. Tobie się udała ta niełatwa sztuka. I twoja żona na tej drodze już pozostanie. Z tobą.

Priessl skutymi dłońmi chwycił Mocka za nadgarstek i zbliżył się ku niemu. Mock odsunął się z obrzydzeniem od aresztanta, aby nie zadławić się smrodem. Każda prostytutka, która cieleśnie miała do czynienia z Mockiem, znała doskonale jego credo, które zwykle wygłaszał przed pierwszym spotkaniem. „Nie znoszę żaru, brudu i smrodu – mawiał – masz być zatem czysta i przyjąć mnie w chłodnym pomieszczeniu”. Z tych trzech idiosynkrazyj opadły dziś Mocka wszystkie. Na zewnątrz rozlewał się żar, a wewnątrz dławił go smród Priessla i lepki brud pokoju widzeń.

– Błagam pana! – zawołał Priessl, zrywając się z krzesła. – Niech się pan zajmie moją Luise!

– Siadaj i nie zbliżaj się do mnie! Nie chodzisz w ogóle do łaźni czy jak? Śmierdzisz jak gnojowica. Człowieku, co się z tobą porobiło? Zawsze byłeś elegancki, a teraz wyglądasz jak pener!

– Moja kochana Luise… – Aresztant oparł się o jasnobrązową lamperię ściany, a potem osunął się po niej.

Mock odpalił jednego papierosa od drugiego. Zapach wo

– Zajmę się nią, Hans – powiedział powoli – ale pod jednym warunkiem. Powiesz mi, dlaczego chcesz się zabić i dlaczego nie chodzisz do łaźni.

– A kto panu powiedział – były informator wypuścił smrodliwy oddech – że ja chcę zabić siebie samego? Nie, ja zabiję kogoś i

– Nie spełniłeś wszystkich moich warunków. Nie odpowiedziałeś na moje drugie pytanie. Dlaczego się nie myjesz?

Mock wstał z kucek, obszedł stół, oparł but na krawędzi krzesła i obserwował rysę na ostrym nosku. Przez chwilę oceniał, czy uda się ją zapastować.

– Nie odpowiedział i nie odpowie – rozległ się głos strażnika, który wszedł do pokoju widzeń. – On się wstydzi. Ale ja wiem i powiem…

Priessl wstał i otarł mokrą twarz. Patrzył na strażnika oczami bez wyrazu. Jego spojrzenie było puste, źrenice zwęziły się do wielkości główki od szpilki, oddech stał się urywany, a grdyka skakała pod napiętą skórą szyi. Mock nie widział jeszcze u nikogo takiej reakcji.

– Niczego nie powiesz, jebany klawiszu – Priessl powiedział to wolno i cicho. – A teraz chcę wyjść, koniec widzenia.

Uderzenie, które szarpnęło Priesslem, było mocne i nieoczekiwane. Więzień runął w kąt pokoju i znów się osunął. Głowę wcisnął między kolana i przykrył ją dłońmi. Strażnik odpiął pałkę od pasa i uderzył Priessla w splecione dłonie. Na chudych palcach więźnia pojawiła się czerwona smuga. Strażnik stał w rozkroku i patrzył na swoją ofiarę. Odłożył pałkę i wziął zamach nogą. Zahaczył obcasem o stołową nogę, co sprawiło, iż jego cios stracił impet. Trafił Priessla pod pachę. Więzień zwinął się na podłodze w mały kłębek. Strażnik odwrócił się i odsunął stół daleko. Miał wystarczająco dużo miejsca, by zabić Priessla.

– Teraz lepiej dokopię temu śmierdzielowi – uśmiechnął się do Mocka. – Tej małej dziwce…

Nie zdążył jednak zrealizować swojego zamiaru, bo poczuł piekące klaśnięcie na policzku. Uderzenie było tak silne i niespodziewane, że głowa strażnika odwróciła się na bok, a on sam stracił równowagę. Zabrzęczały w oknach brudne siatki, na których osiadały tłuste opary ze znajdującej się piętro niżej kuchni. Mock podskoczył do strażnika i wcisnął w siatkę jego policzek. Zaatakowany usiłował odepchnąć napastnika, ale Mock był jak skamieniały.

– Nie bij go, rozumiesz? – wysyczał.

Wtedy otworzyły się drzwi i stanęli w nich dwaj i